Obejrzałem ostatnio film, który mnie nie zachwycił. Szczerze mówiąc, był to po prostu zły film. Widziałem w życiu masę złych filmów, więc przywykłem do kiepskiego aktorstwa, słabych dialogów, nieudolnego montażu i tak dalej. I jakoś mnie to już nie rusza. No ale film lub książka SF, które są na bakier z elementarną wiedzą naukową, niezmiennie mnie irytują. Przecież fantastyka naukowa powinna przybliżać ludziom wiedzę, tłumaczyć jak działa świat, a nie ogłupiać!

Obrażanie się jest ostatnio tak modne i powszechne, że aż głupio odstawać od tego trendu. Pomyślałem sobie jakiś czas temu, że też chciałbym czasem poczuć się urażony, ale nie tak osobiście, lecz prawdziwie, jako część większej grupy. Jak na złość nic nie było dość dobre, by na poważnie spełnić to zadanie. Sytuacji nie ułatwiał też fakt, że nie należę do żadnej grupy społecznej, której przysługiwałoby prawo do poczucia się obrażonym. Olśnienie przyszło nagle, gdy zobaczyłem scenę, w której bohaterowie filmu chodzą w skafandrach po konstrukcji podwodnej bazy wewnątrz Rowu Mariańskiego. I wymyśliłem… obrazę uczuć naukowych!

Rów Mariański ma mniej więcej jedenaście kilometrów głębokości, czyli panuje tam ciśnienie około tysiąca stu atmosfer. To mniej więcej tysiąc sto kilogramów nacisku na każdy centymetr kwadratowy. Bardziej obrazowo: wyobraź sobie, że jedną ręką próbujesz podnieść ciężarówkę. Załadowaną gruzem. To taka skala. A bohaterowie owego filmu nie dość że spacerują w skafandrach, w których szybki hełmów mają grubość kilku milimetrów, to jeszcze swobodnie przemieszczają się między pomieszczeniami o gigantycznych różnicach ciśnień, bez jakichkolwiek zaburzeń dekompresyjnych.

Przebitka z rzeczywistości: 26 marca 2012 r. batyskaf „Deepsea Challenger” zszedł na dno Rowu Mariańskiego i bezpiecznie powrócił na powierzchnię. Fantastyka twórczo zmieszała się tu z nauką, ponieważ batyskaf był pilotowany przez Jamesa Camerona, reżysera filmu Otchłań (Abbys) z 1989 r. Dodam, że część załogowa batyskafu została wykonana ze specjalnego stopu stali o grubości 64 mm. Jak skończyło się zastosowanie w batyskafach lżejszych materiałów kompozytowych, wiemy dzięki przykrej przygodzie batyskafu Titan na znacznie mniejszej głębokości.

Czy twórcy filmu o tym wiedzieli? Myślę, że tak. Myślę, że uznali, iż nie warto się starać dla tych kilku procent widzów, którzy przejmą się takim drobiazgiem. Czy raczej masą podobnych drobiazgów, bo dalej jest jeszcze gorzej. Każda fantastyka naukowa jest w mniejszym lub większym stopniu naciągana. Przecież opisuje sytuacje nieistniejące i nieznaną jeszcze wiedzę – inaczej nie byłaby fantastyką. Tylko… są różne rodzaje naciągania, mądre i głupie. Peter Watts w powieści Rozgwiazda opisał podobną sytuację, jednak poświęcił masę energii i czasu, by ją uwiarygodnić. Historia na tym nic nie straciła, a wręcz przeciwnie – modyfikacje, jakim zostali poddani bohaterowie, by wytrzymać warunki głębinowe, uczyniły ją znacznie ciekawszą.

Oczywiście potrafię zawiesić wiarę na kołku i po prostu cieszyć się dobrze zrealizowanym, wciągającym filmem. Jeżeli jest dobrze zrealizowany i wciągający. W obu częściach serii „Ghostbusters” ani przez moment nie pomyślałem o tym, że cała historia ma niewiele wspólnego z aktualnym stanem wiedzy naukowej. Pamiętam też fajne filmy klasy Z, których akcja rozgrywała się na statku kosmicznym, ale z powodu niskiego budżetu kręcono je w zastanych wnętrzach fabryk lub rafinerii. Przymykam wtedy oko, choć bywa to trudne, gdy w kadrze pojawia się ceglana ściana. Nawet oglądając wysokobudżetowe Gwiezdne wojny (te starsze), nie próbuję analizować aspektów fizycznych tego, co się dzieje na ekranie. Kupuję umowność historii, która przecież jest współczesną baśnią.

Co innego w przypadku filmów, które są nakręcone na poważnie. Jeżeli udają fantastykę naukową, a nie trzymają się elementarnych naukowych faktów, to jednak inna sprawa. To już rani moje uczucia naukowe.

Czy to się nie powinno nazywać fantastyka pseudonaukowa? Przecież w tego rodzaju filmach i książkach zostają użyte gadżety i scenografia SF, a w środku wiele pustką. Być może dałoby się to podciągnąć pod pojęcie weird fiction albo soft science fiction, tyle że sami twórcy używają jednak określenia science fiction. Tego rodzaju dzieł jest bardzo dużo, powiedziałbym nawet, że stanowią wyraźną większość. Widocznie masowemu widzowi jakoś bardzo to nie przeszkadza, a może ów masowy widz nie ma wyboru i bierze, co jest. Co ciekawe, w wielu przypadkach naprawdę niewiele trzeba, by historię uczynić bardziej wiarygodną. Ot, na przykład przenieść akcję z Rowu Mariańskiego na płytsze rejony Morza Północnego.

Obraza uczuć naukowych nie kończy się niestety na kinie i literaturze. Dotyczy również świata realnego. Najpopularniejsi politycy posługują się retoryką nie tylko odstającą od stanu wiedzy naukowej, ale często wręcz stojącą z nią w sprzeczności. Coraz częściej krytyce poddawani są również naukowcy i popularyzatorzy nauki za to, że fakty obrażają czyjeś uczucia. W sumie to chyba uda się znaleźć urażonych dowolnym faktem, dowolną teorią naukową, dowolnym wynikiem badań. Żadna teoria naukowa nie jest dogmatem, wręcz przeciwnie – by zostać uznana za naukową musi spełniać kryterium falsyfikowalności. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że każdy dysponujący odpowiednią wiedzą może daną teorię obalić. Ale to trudne, znacznie łatwiej przecież poddać ją pozamerytorycznej krytyce. Do tego nie trzeba niczego wiedzieć, ani niczego umieć.

Fantastyka naukowa nie tylko opisuje świat i próbuje przewidzieć przyszłość. Ona tę przyszłość kształtuje, kształtuje również następne pokolenia, uczy więc również stosowania metod naukowych w życiu. A przynajmniej powinna.