Mars (opowiadanie)

publikacja Science Fiction F&H 1 (listopad 2005)

pobierz plik txt…

To opowiadanie rozwinąłem w 2003 roku, dzięki czemu powstała moja pierwsza powieść (pod tym samym tytułem).

Science Fiction F&H 1 (listopad 2005) - okładkaHuk słabł z każdą chwilą, a jasny słup ognia wydobywający się z dysz Saturna 15 stawał się powoli kolejną gwiazdą na czerwonym, wieczornym niebie. Po kilku minutach znikł całkiem.
Tłum u podnóża wzgórz zaczął szturmować ogrodzenie bazy. Pod naporem setek ciał siatka w wielu miejscach ustąpiła. Ludzie w bezsilnej złości zaczęli niszczyć zabudowania tłukąc szyby, wyłamując drzwi i podpalając wyrzucone na zewnątrz meble. Większość jednak nie przyłączała się do szaleństwa. Stali tylko i patrzyli, lub, tak jak ja, odwracali się by powrócić do swoich domów. Kilkudniowy marsz w przeciwną stronę. Nie wiem, po co tu przyszedłem. Na co liczyłem? Na co liczyli ci wszyscy ludzie, matki, ojcowie niosący na plecach małe dzieci? Naiwnie mieli nadzieję, że znajdzie się dla nich miejsce w ostatniej rakiecie.
Ostatniej rakiecie na Ziemię.
Elektryczne samochody były rzadkością, a spalinowych nie używano od lat. Większość ludzi maszerowała piechotą. Widziałem ich wszędzie dokąd sięgał mój wzrok. Były ich setki tysięcy. Setki tysięcy pozbawionych nadziei istnień.
Wcześniej kolonizacja tej planety wydawała się lekiem na wszystkie choroby cywilizacji. Przez sto lat bezludne reaktory kosztem gigantycznych nakładów energii produkowały syntetyczny tlen. Równocześnie elektrolitycznie odzyskiwano go ze zgromadzonej w wielu miejscach planety wody. Pierwsi osadnicy zaczęli przybywać tutaj z przeludnionej i zanieczyszczonej Ziemi sto dwadzieścia lat temu. Na początku płacono im za to, dodając w prezencie dom, szklarnię i niezbędny sprzęt. Potem kampania reklamowa okazała się tańsza, a ludzie zachęceni optymistycznymi doniesieniami z nowego świata zaczęli płacić za bilety. Statki leciały pełne a wracały puste. Tak było przez prawie sto lat. Życie w bogatych krajach stało się znów przyjemne, bo obywatel wysłany na Marsa przynosił państwu większy zysk niż ten, który pozostawał. Populacja Stanów Zjednoczonych i Europy zmniejszyła się o dwie trzecie. Biedne kraje wprawdzie nadal pozostawały biednymi, ale przynajmniej nie głodowały, bo kierowano tam tanie nadwyżki żywności zarabiając na tym przy okazji.
Odkąd ktoś wyliczył, że na Marsie zmniejsza się zawartość tlenu w atmosferze ceny biletów powrotnych zaczęły szybko rosnąć. Silniki spalinowe czerpały energię z prostej reakcji chemicznej łączenia wodoru z tlenem. Powstawała woda - substancja bardzo deficytowa, ale znikał tlen. Każdy sam mógł produkować wodę na własny użytek, bo wodór, bezużyteczny wcześniej produkt uboczny produkcji tlenu był dostępny za darmo. Firmy prowadzące na zlecenie rządu elektrolizę chętnie pozbywały się wodoru, by nie ponosić kosztów jego magazynowania. Niestety szybko okazało się, że dzieje się to na tak masową skalę, że tlenu zaczyna ubywać mimo stałej jego produkcji. Znów interes jednostek był sprzeczny z interesem ogółu. Darmowe paliwo stało się szybko podstawą przemysłu. Ludzie nie chcieli zmian, bo wymagałoby to od nich cięższej pracy. Dalekowzroczni politycy, którzy widzieli nadciągającą zagładę po prostu przegrywali wybory. A populiści? Populiści odlecieli na Ziemię.
Zapiąłem szczelniej kombinezon. Robiło się coraz zimniej. Za godzinę trzeba będzie rozstawić namiot i przeczekać noc. Skoki temperatury to też efekt rozrzedzenia atmosfery. Klimat na tej szerokości geograficznej pięćdziesiąt lat temu odpowiadał prawie ziemskiemu z południa Europy. Oczywiście w nocy temperatura spadała do minus pięciu, dziesięciu stopni, ale teraz w dzień było plus pięćdziesiąt a w nocy minus trzydzieści. Na domiar złego Mars przechylał się coraz bardziej w stosunku do płaszczyzny ekliptyki i za jakieś sto lat temperatura na tej półkuli ustali się na poziomie minus stu pięćdziesięciu stopni, by po przeciwnej stronie planety osiągnąć plus dwieście. Znośna temperatura będzie panować tylko w okolicy równika, ale tam z kolei prędkość huraganów będzie przekraczać półtora macha. Przeżyć można będzie tylko w podziemnych schronach. Przeżyć?… Bez żywności?…
Asteroid wprowadzony na orbitę w roli stabilizatora okazał się zbyt lekki i nikt mi nie wmówi, że autorzy projektu kolonizacji nie zdawali sobie z tego sprawy od początku. W sumie czułem to samo, co większość pozostałych tu ludzi, a było nas w kilku zasiedlonych rejonach planety koło dwóch miliardów. Czułem się oszukany. Byliśmy ofiarami projektu, w którym na prawdę nie chodziło od kolonizację nowej planety, ale o oczyszczenie Ziemi. Coś, jak wyrzucenie śmieci. Genialny spisek wszechczasów. Kampanie reklamowe kierowane były precyzyjnie do ludzi o wybranych niepożądanych na przyszłej Ziemi cechach. Nowy świat, nowa ludzkość to nie byliśmy my. My zostaliśmy wydaleni, by nowa, oczyszczona ludzkość przetrwała na Ziemi.
Nie chciało mi się dalej iść. Prawdę mówiąc równie dobrze mogłem popełnić samobójstwo po prostu kładąc się spać na otwartym terenie. Nie… instynkt jest zbyt silny. Wprawnymi ruchami rozstawiłem namiot i zacząłem przygotowywać kolację.
Wszystko by się zgadzało. Teraz już oficjalnie nas porzucili. Ostatnia rakieto odleciała. Powiedzieli, że każdy start zużywa tyle tlenu, że zabraknie go na planecie po przetransportowaniu trzydziestu procent ludności. Może to i prawda, ale czemu w takim razie nie wybudowali tu orbitalnych wind, jak na Ziemi w czasach Wielkiego Exodusu? Oczywiste, że nas nie chcą z powrotem, bo wówczas spisek przygotowywany przez pokolenia nie miałby sensu, a każdy wracający człowiek to ogromne koszty. Choćby rehabilitacja wzmacniająca szkielet i mięśnie. Jeśli się ma więcej niż czterdzieści lat to nie ma po co wracać, chyba, że się chce resztę życia jeździć na wózku. Nawet dla zdrowych, młodych ludzi powrót do silnego ciążenia nie jest przyjemny, a ci urodzeni na Marsie z powodu swego nadnaturalnego wzrostu do końca życia na Ziemi będą mieli bolesne problemy z układem mięśniowo-szkieletowym. Ale nawet jak się ich uda rehabilitować, to trzeba im zapewnić solidne podstawy do funkcjonowania w innym, bardziej skomplikowanym pod względem technicznym i społecznym, środowisku. To wszystko razem sprawiło zapewne, że rakiety wracające na Ziemię zaczęły coraz częściej ulegać niewyjaśnionym katastrofom.
Udało się w końcu zahamować proceder handlu wodorem i siłą rzeczy ludzie musieli przejść na urządzenia elektryczne zasilane energią słoneczną. Życie stało się cięższe, a tlenu i tak ubywało. Reaktory produkujące syntetyczny tlen przestawały działać jeden po drugim. Były zaprojektowane na sto lat pracy, a wytrzymały i tak prawie dwieście. Do ich naprawy brakowało pieniędzy i części. Zresztą nie było tu już nikogo, kto by potrafił tego dokonać. Plany zalesiania wielkich obszarów nie powiodły się. Mars był jałowy i suchy a finału naturalnego procesu użyźniania się gleby, jeśli ten nastąpi, nikt z nas nie dożyje. Rośliny mogą żyć bez tlenu – my nie.
Brak złóż ropy naftowej i gazu ziemnego uniemożliwiał rozwój własnego zaawansowanego przemysłu. Nie można tutaj produkować tworzyw sztucznych, nawozów, leków, gumy a nawet syntetycznej żywności. Bez dostaw z Ziemi nie mogą powstawać urządzenia elektryczne i elektroniczne, a co najważniejsze – statki zdolne do podróży międzyplanetarnej. Po okresie błyskawicznego rozkwitu nastąpił więc równie gwałtowny upadek. Jeśli coś się zepsuło najczęściej nie dawało się już naprawić. Puste hale fabryczne, wymarłe miasta. Cywilizacja cofnęła się tu w ciągu kilkunastu lat o całe wieki.
Dobrze, że przynajmniej nie mam rodziny. Po co budować przyszłość, gdy zna się finał? Co odpowiedzieć dziecku, które zaczyna zadawać pytania?…
Panika osiągnęła punkt kulminacyjny, gdy prace wykopaliskowe grupy zapaleńców odsłoniły miasto sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat. Ludzkie miasto. Skolonizowaliśmy już uprzednio Marsa. Widmo jakiej nadciągającej katastrofy pchnęło nas do tego wtedy? Czy ludzie wyginęli na Ziemi a potem ponownie się tam pojawili, gdy zagrożenie minęło? Czy też po prostu zdobyli nowy świat dla przestrzeni życiowej, jak tego i my pragnęliśmy? A może i wtedy przeprowadzono proces oczyszczenia ludzkości? Jedno jest pewne: nasi praprzodkowie nie zdołali się utrzymać na Marsie i planeta samoczynnie powróciła do stanu naturalnego. Martwego.
Ale czyż przetrwanie gatunku nie usprawiedliwia ofiar? Z punktu widzenia ofiary wygląda to nieco inaczej. Chociaż… może ja to wszystko widzę w krzywej perspektywie?

Warszawa 2001

Udostepnij
Glodne Slonce

3 Responses to “Mars (opowiadanie)”

  1. Rudy 102 Says:

    Bardzo fajne, ciekawe gdzie można kupić trą książkę??

  2. Produkt Tym Says:

    Hey! Super arts about Produkt Tym

  3. Biwman Says:

    Ciekawe. Trzyma klimat.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).