Czy literatura powinna zajmować się aktualnymi tematami?

Trudno się pisze w czasach pandemii. Teraz, w połowie maja, już trochę przywykliśmy, ale gdy kończyłem poprzednią powieść, COVID-19 dopiero ujawniał się w Polsce. Myślałem sobie wtedy, co ja za nieistotne bzdury tutaj wypisuję, przecież za oknem dzieją się rzeczy ciekawsze. I cóż było robić? Część tej rzeczywistości dodałem do mojej fikcji.

Kończyłem akurat współczesną wariację na temat legendy o Złotej Kaczce, czyli historii zakończonej morałem, że pieniądze szczęścia nie dają. Nie będzie wielkim spojlerem, jeżeli zdradzę, że moim młodocianym bohaterom również nie udało się ograć wrednego ptaka, w związku z tym stracili wszystkie pieniądze. I trochę nie podobało mi się to zakończenie, bo wydało mi się zbyt pesymistyczne jak dla najmłodszych czytelników. I nagle okazało się, że pandemia doskonale się w to wpisała, bo obecne zakończenie brzmi (uwaga spojler!): przez jakiś czas nie będziemy chodzić do galerii handlowych, zamiast tego będziemy dużo grać w planszówki i bawić się w domu. Co całkiem przy okazji, choć w minimalnym stopniu, ułatwiło dzieciakom pozostanie w domach. Mam nadzieję.

Czy to dobry pomysł? Czy literatura powinna zajmować się aktualnymi tematami? Ta sama pandemia pomogła mi w poprawieniu nie najlepszego moim zdaniem rozpoczęcia powieści, nad którą teraz się garbię. Wysłałem moich bohaterów (Felixa, Neta i Nikę) do Indochin, przy czym bardzo ważne dla akcji było, żeby dostali się tam samolotem wojskowym. Na pytanie, dlaczego nie polecieli samolotem pasażerskim, nie znałem wiarygodnej fabularnie odpowiedzi. A tu proszę – samoloty pasażerskie w większości zostały uziemione. I po problemie. Chociaż tylko częściowo, bo to uziemienie musi brzmieć wiarygodnie również za dziesięć lat, kiedy nowi czytelnicy nie będą pamiętali lockdownu z 2020 roku.

Na początku 2017-go roku znajomi namawiali mnie do wydania antologii opowiadań, których akcja rozgrywałaby się w fikcyjnym państwie San Escobar. To wydawało się genialnym pomysłem, bo przecież wtedy państwo powstałe z przejęzyczenia ówczesnego ministra spraw zagranicznych było źródłem niezliczonych memów. Wykazałem się jednak daleko idącym sceptycyzmem, przewidując że to państwo jest niestabilne politycznie i wkrótce przestanie istnieć. I tak się też stało. Gdybyśmy zdecydowali się na rozpoczęcie tego projektu, antologia ukazałaby się najwcześniej po roku, kiedy byłaby równie popularna jak prognoza pogody z zeszłego tygodnia. Wydaje mi się, że wkładanie do książki bieżącej polityki jest najgorszym możliwym pomysłem. Zaraz po pisaniu romansów wampirycznych.

Z tego też powodu nie umieściłem w jednej z części serii „Felix, Net i Nika” popularnej młodzieżowej grupy muzycznej, o co prosili fani. Po dwóch latach o grupie nikt już nie słyszał, a literatura powinna przecież żyć dziesiątki lat i zachowywać jak największą aktualność. Na ile to możliwe. Podobnie jest ze słownictwem młodzieżowym i modnymi słowami, które szybko przeminą. Trudno przewidzieć, które się przyjmą, a które znikną. Sam jestem ciekaw, na ile nietłukący okaże się „dzban”.

Z tego samego powodu unikam, jak tylko mogę, podawania dokładnych wartości liczbowych, np. pojemności pamięci komputerów albo prędkości transmisji danych, czy generalnie parametrów technicznych dotyczących szybko rozwijających się technologii. Nikogo nie dziwi, czemu Magellan nie używał nawigacji satelitarnej – to każdy z nas ma otagowane w głowie jako „dawno temu”. Natomiast, gdy w jednym z ostatnich filmów o Bondzie tajny agent użył telefonu jeszcze bez ekranu dotykowego, aż zrobiłem pauzę, żeby się upewnić.

Dotyczy to wszystkich dzieł, które nie są w jasny sposób osadzone w konkretnych datach, tylko ich akcja rozgrywa się w umownym i niedookreślonym „współcześnie”. W szesnastej części FNiN dla akcji bardzo ważne było podanie zasięgu samolotu pasażerskiego. I to akurat uznałem za bezpieczne, bo ten zasięg niewiele się zmienił przez ostatnie kilkadziesiąt lat i pewnie niewiele się zmieni aż do czasu, gdy samoloty zostaną wyparte przez inny środek transportu. Jednocześnie nie opisuję przesadnie szczegółowo np. telefonów używanych przez bohaterów. Bo jeszcze ktoś za trzy lata zdziwi się, czemu nie mają składanego ekranu.

Tu pojawia się jednak pewien problem. Wspomniana już wcześniej moja seria młodzieżowa jest pełna gadżetów i nowych technologii, więc nie można opisywać wszystkiego ogólnikami – wtedy science fiction traci istotną jak dla mnie część swojego uroku. Czy istnieje na to sposób? Pewne jest, że literatura Lema zestarzała się bardziej niż Zajdla właśnie z powodu jej mocno technologicznego charakteru. Wszyscy pewnie pamiętają wizję czytników e-booków z Powrotu z gwiazd. Wiem, setny raz to czytacie. W tym i w paru innych przypadkach Lem trafił idealnie. W innych spudłował potężnie, choć i tak średnią ma bardzo wysoką.

Świat jednak biegnie dalej. Cóż z tego, że Lem przewidział e-booki, jeśli za kolejnych dwadzieścia lat mało kto będzie je pamiętał, bo zostaną zastąpione przez streaming audio? Czy zatem literatura powinna zajmować się aktualnymi tematami? Tak, jeżeli to nie zepsuje jej odbioru, gdy aktualny temat przestanie być aktualny. Nie, jeśli ma za jakiś czas stać się śmieszna, irytująca lub niezrozumiała. W tym przypadku lepiej zająć się publicystyką.


Udostepnij
Glodne Slonce

3 Responses to “Czy literatura powinna zajmować się aktualnymi tematami?”

  1. Krzysztof Smirnow Says:

    Ebooki zastąpione przez streaming audio? Jak to? Jak na razie mogliśmy obserwować przepiękne narodziny nowego nośnika. Po bólach porodowych, kiedy (pomnę świetnie, ponad 15 lat temu) generowałem sobie z plików tekstowych
    “Złotą Galerę” Dukaja przez czytnik Iwona do mp3-ki, żeby móc jej posłuchać (bo już 6 razy czytałem) podczas jazdy na rowerze, przez kilka studiów nagraniowych oscylujących na granicy opłacalności i płaczących na piratów kopiujących mp3-ki do netu, po normalny (choć nie przeczę, zapewne nie tak złoty jak system Windows) biznes, gdzie normalni ludzie kupują sobie książkę w wersji dousznej, gdzie mają swoich ulubionych lektorów (którzy potrafią nawet uratować niespecjalny tekst).

    Ja bym raczej założył niewykluczoną przyszłość, w której zaistnieją pliki “synestetyczne”: kupujesz książkę, którą możesz przeczytać, przesłuchać (w wersji “czytanej” oraz słuchowiska), a w odleglejszej przyszłości nawet obejrzeć w formie filmu.

    Istnieje inne zagrożenie, które już powoli się materializuje: eliminacja ludzkiej ręki z procesu twórczego. Już przecież naukowcy zabawiają się w uczenie algorytmów pisania po angielsku (jakoś ten język pasuje komputerom). Pompują je megabajtami literatury i każą generować, a to space-operę, a to kryminał. Na razie wciąż wymaga to wsparcia pomysłowości człowieka, ale program już potrafi załatwić sporą część książki, na którą składa się wodolejstwo. Ale za 10-20 lat? Kto wie? Może będę mógł wejść na portal, na którym będę opłacał niski abonamencik i w każdej chwili zamówić sobie poprzez formularz parametryzujący wygenerowanie (czy też: **wygenrowanie**) powieści (space-opera z wątkiem kryminalnym; dynamika akcji=6/10; skala=galaktyczna; dostępne technologie: skoki np, lasery, buzery, bajery; poprawność polityczna=1/10; wielowątkowość=5/10; tryb sagi (wielotomowość)=0/10;…)???

  2. noname Says:

    Czy to, że książki będą czytelnikom za 20 lat ukazywać inny i obcy technicznie świat jest naprawdę takie złe..? Czytałem Pana Samochodzika, czy Szatana z siódmej klasy i chociaż to było inne i zapewne przeoczyłem kilka aluzji, to wydaje mi się, że nie wpłynęło to szczególnie na odbiór historii…
    Tak samo lockdown może zdziwić czytelnika za 20 lat, ale jeśli to, że był lockdown z powodu choroby będzie w książce wymienione(a wierzę, że autor nie potraktuje tego jako oczywistość nie wymagającą zaznaczenia), to wierzę, że wyjaśnienie nadal będzie wiarygodne. ;)
    Natomiast rozumiem ostrzeżenie przed opieraniem książek na memach….

  3. JoannaM Says:

    Z jednej strony przywołanie konkretnego popularnego zespołu na pewno jest mile widziane wśród czytelników, którzy go znają (według mnie nie muszą nawet lubić - jeśli będzie im się kojarzył z jakimś momentem życia, to przyjmą taką wzmiankę z sympatią), a z drugiej rzeczywiście jest ryzyko, że po latach dla wielu osób dana nazwa nie będzie nic znaczyć - więc pewnie bezpieczniej wtrącić coś o “Panu Tadeuszu” niż o Sławomirze. Jednak powyższy komentarz noname też zwraca uwagę na ważną rzecz - jeśli historia nie jest w dużej mierze oparta na szczegółach z teraźniejszości, to chyba nie powinny one same w sobie sprawiać wielkich problemów w odbiorze. Sama lubię czytać powieści i z PRL-u, i z 20-lecia międzywojennego, i z XIX wieku - mając jako-takie pojęcie o danej epoce, nie przejmuję się zbytnio niezrozumiałymi odwołaniami do książek i artystów, których nie znam. Trochę zawsze można wywnioskować z kontekstu.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).