Zakaz ryczenia w miejscach publicznych

O problemie palenia w miejscach publicznych chciałem napisać od dawna, ale nie mogłem się zebrać. Zmotywowała mnie ciekawa dyskusja, jaką prowadziłem ze znajomymi w knajpie. Dyskusja była wprawdzie na zupełnie inny temat, ale istotne jest to, że była co chwilę przerywana, bo połowa dyskutantów musiała wychodzić zapalić. W efekcie dyskusja się rozmyła. Nie będę jednak pisał o stratach, jakie powodują palacze na przykład w firmach, przez te ciągłe przerwy. Wprost przeciwnie, będę ich bronił. O co chodzi z tym ryczeniem, wyjaśnię za chwilę. Najpierw o paleniu.
Nie palę papierosów, palę za to fajkę, ale raczej rzadko i raczej, jak jestem sam (dobrze się pisze z fajką w zębach). Główna różnica między papierosem a fajką jest taka, że te pierwsze śmierdzą, a druga pachnie, no ale ciężko zakazywać palenia wszystkiego za wyjątkiem fajek. Ogólnie zakaz palenia w miejscach publicznych nie bardzo mnie dotyczy – przeszukując pamięć, mogę sobie przypomnieć dwa, może trzy przypadki z zeszłego roku, kiedy zapaliłem fajkę poza domem i zawsze była to knajpa, gdzie już i tak było nadymione. Tyle w kwestii wstępu, żeby wyjaśnić, że nie walczę tu o swoje.
Wolny kraj można poznać po stosunkowo małej ilości zakazów. Jest pewna bardzo prosta zasada, która mówi, że:

  • Wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego.

W tym przypadku można ją rozumieć jako:

  • Mogę palić, jeśli nie zmuszam nikogo innego do wdychania dymu.

Ale też:

  • Nie zabraniam nikomu palić, jeśli mogę uniknąć wdychania jego dymu.

Tak więc palenie na przystankach, biurach, czy innych tego typu miejscach jest złe, ale już podczas spaceru ulicą… tu bym się zastanawiał. Problem jest obecnie szczególnie widoczny w knajpach, gdzie ludzie spędzają kilka godzin i zamierzają się wyluzować. Oczywiście relax palacza koliduje z relaxem niepalącego, a do tego dochodzą jeszcze pracownicy knajpy, bo co innego raz w tygodniu posiedzieć w dymie, a co innego pracować w nim na okrągło (chociaż, jak ktoś się boi ciemności, nie powinien pracować w kopalni). Jest na to rozwiązanie, zwane wentylacją. Wystarczy zapewnić kierunek przepływu powietrza od części dla niepalących, żeby nie dostawał się tam dym. Jeśli są dwie sale, to powinno wystarczyć, jeśli jest jedna, to niestety w knajpie powinien być zakaz palenia.
Palenie nie jest wcale najgorszym z nałogów. Dziesiątki bardziej szkodliwych substancji zjadamy codziennie i nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Co więcej, żeby uniknąć ich przyjmowania, musielibyśmy prowadzić własne przydomowe gospodarstwo rolne. Mówię tu o wszelkiego rodzaju „uszlachetniaczach”, konserwantach, barwnikach spożywczych, a nawet zwykłych substancjach, ale poddanych procesom zwiększającym ich trwałość (np. utwardzane tłuszcze). W znakomitej większości knajp wolno sprzedawać alkohol, a skutki jego spożywania potrafią być bardzo przykre dla otoczenia, szczególnie jeśli spożywa go człowiek z wrodzoną lub nabytą niedoczynnością mózgu. Czy zatem powinniśmy zakazać sprzedaży alkoholu? Pierwsze co się nasuwa, to przykład prohibicji w USA. Jaki był efekt, a raczej efekty, wiadomo. Całkowity zakaz palenia, co jest marzeniem wielu ludzi, miałby podobne skutki, powiększając dochody podejrzanych organizacji na czarnym rynku.
Teraz będzie o ryczeniu. Konkretnie o ryczeniu dzieci w knajpach. Znacznie częściej spotyka się palaczy, niż ryczące dzieci, ale jestem skłonny przypuścić, że przebywanie w obszarze rażenia ryczącego dziecka, w przeliczeniu na jednostkę czasu, jest bardziej szkodliwe niż bierne palenie. Zdarza mi się pracować koncepcyjnie w kawiarniach (jeśli mogę, wybieram sale dla niepalących), więc statystycznie rzecz biorąc, co jakiś czas trafiam na ryczące dziecko i wtedy jest to oczywiście koniec pracy. Przed paroma laty byłem nawet świadkiem przewijania dziecka na sali… Czy to znaczy, że powinienem żądać zakazu wstępu do kawiarni z dziećmi poniżej np. czwartego roku życia? Albo weźmy czosnek. Dla wielu ludzi jego zapach jest skrajnie obrzydliwy. Zakazać używania czosnku? A może napojów gazowanych, bo po nich się beka?
Przy określaniu granic wolności naszej i „ich” bardzo przydaje się umiar i empatia. Jeśli wczujemy się w potrzeby drugiej strony i zrozumiemy je, konflikt uda się rozwiązać. Jeśli natomiast założymy, że nasza racja jest nadrzędna, że palacze są be i nic nas nie obchodzą ich potrzeby, konflikt będzie narastał.


Udostepnij
Glodne Slonce

2 Responses to “Zakaz ryczenia w miejscach publicznych”

  1. foczka Says:

    Pewien Rafał Kosik z Warszawy
    cztery Felixy wydał dla sławy
    a nastoletnich fanek
    miał wokół cały wianek
    lecz z żalem unikał zabawy

  2. Czeski Says:

    Zgadzam się. ;)

    Dobrze pisze się z fajką w zębach. :P

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).