Wydawnictwo vs. autor
Znana od dawna zasada mówi, że człowieka poznaje się po tym, jak traktuje sprzątaczkę. Albo inaczej: co byś zrobił słabszemu od siebie, wiedząc, że nie spotkają cię z tego tytułu żadne konsekwencje? Twoja odpowiedź nie ma wielkiego znaczenia, bo liczy się to, co zrobiłbyś naprawdę. A tego zapewne Ty sam nie wiesz.
W Polsce przywykliśmy do opóźnień w płatnościach. Spóźniają się firmy we wszystkich branżach. Spóźniają się nawet, a może przede wszystkim, instytucje państwa polskiego. Wydawnictwom też więc zdarzają się obsuwy. Każdy może mieć problemy finansowe i zalegać z płatnościami. Prowadzę firmę od kilkunastu lat i mogę to zrozumieć: z jednej strony są wierzyciele, z drugiej dłużnicy. Pierwszych nie obchodzi zerowy stan twojego konta. Masz zapłacić i już, choćbyś musiał sprzedać własne dzieci. Ci drudzy nie odbierają telefonów, zbywają pustymi obietnicami lub plajtują. Sytuacja wygląda jednak inaczej, gdy przelew jest jednym z argumentów w polityce wydawnictwa wobec autorów. Arsenał środków jest potężny, z prostą armatą „nie zapłacimy ci” na pierwszej linii i zaraz za nią nieco bardziej wyrafinowaną „zapłacimy ci za tę książkę, jak podpiszesz umowę na następną” lub „w ogóle nie zobaczysz pieniędzy, jeśli napiszesz coś dla innego wydawnictwa”.
Pisarz jest w tej trudnej sytuacji, że nie może wzorem robotniczym zrobić demonstracji połączonej z paleniem opon, by mu się budżet państwa dorzucił do pensji. Autor nie ma pensji i jeśli w danym miesiącu nie sprzeda się żadna jego książka, to on nie dostanie ani grosza. Robi się jednak szczególnie nieprzyjemnie, gdy książki się sprzedają, a grosza i tak nie ma. To upokarzające i demotywujące, musieć upominać się o pieniądze za ciężką pracę. W dużej firmie, gdzie ludzie są zatrudniani na etat, opóźnienie w wypłacie pensji o jeden dzień byłoby dla pracowników szokiem. Wiedzą ile i kiedy dostaną, mogą mieć wątpliwości co najwyżej do wysokości premii. Tymczasem pisarz wie tylko, jak dużą dostanie zaliczkę, bo późniejsze wynagrodzenie to procent od sprzedaży książki. Jeżeli do tego dojdą kilkumiesięczne opóźnienia, to znaczy, że przez długi czas na konto nie wypłynie nic. Książkę pisze się pół roku, rok, czasem dłużej, a procenty od sprzedaży zwykle pojawiają się nie wcześniej, niż pół roku po oddaniu gotowej powieści do wydawnictwa. Oznacza to, że od rozpoczęcia pracy do otrzymania pierwszych pieniędzy ze sprzedaży mija co najmniej rok, a potem i tak, w przeciwieństwie do ekspedientki, handlowca, urzędnika czy lekarza, autor nie wie, ile dostanie. To sytuacja bardzo niekomfortowa dla kogoś, kto chce się utrzymywać z pisania. Jeszcze bardziej niekomfortowo robi się, gdy wydawnictwo po prostu nie chce płacić.
Jest też druga strona konfliktu. Znam ją, bo oprócz tego, że piszę, również jestem wydawcą. Zdarza się, że wydawnictwo wyciąga kogoś z tłumu, bo zauważa w nim talent. Daje szansę debiutantowi, wydaje mu pierwszą książkę, wkłada dużo pracy, pieniędzy, a przede wszystkim serca w redakcję i w promocję. Dopieszcza autora, doradza mu, pomaga doskonalić warsztat i inwestuje w jego image, a chwilę potem ten mały duchem niewdzięcznik przechodzi do konkurencji, bo tam mu trochę więcej zapłacą. I to nie jest niezgodne z prawem. Prawo chroni głownie interesy twórcy, a wydawcę traktuje jak pośrednika w handlu pietruszką. Wiem, jakie fochy potrafią strzelać autorzy i jest to po części związane z cechami charakteru, jakie trzeba posiadać, żeby móc pisać. Kiedyś próbowaliśmy współpracować z debiutującą autorką dla dzieci. Była tak zadufana w sobie, że odrzuciła wszystkie (dosłownie) zmiany redakcyjne i korektorskie. Twierdziła, że to jej dzieło i nikt się nie będzie w nie wtrącał. Tymczasem w tym dziele roiło się od błędów, również szkolnych byków ortograficznych i interpunkcyjnych. Rozstaliśmy się po kilku trudnych rozmowach – w jej przekonaniu z naszej winy.
Ludzie niegodni trafiają się i po stronie wydawców, i po stronie pisarzy. W naszej cywilizacji cechy, które powszechnie są uważane za negatywne, czyli np. cynizm, egoizm, skłonność do kunktatorstwa, i tak dalej, długo by wymieniać, są jednocześnie cechami zapewniającymi najprostszą drogę do sukcesu. Tak można robić pieniądze, tak można osiągać sukcesy w polityce, ale niekoniecznie sprawdza się to w kulturze. Jak się bronić przed takimi ludźmi? Można użyć środków prawnych i zapisać w umowach kary za wszelkie opóźnienia w płatnościach. Obawiam się jednak, że każda dodatkowa strona w umowie o dzieło to kolejne pole do popisu dla prawników obu stron, kolejne kruczki i haczyki, kolejne problemy i energia idąca nie w tę stronę, co trzeba. Tak nie wyeliminuje się nieuczciwości, tylko wprowadzi ją na inny poziom. Zabezpieczeniem powinna być marka, którą każdy, i autor i wydawca, buduje przez lata. Zaufanie i jasne zasady od początku współpracy są lepsze od paragrafów.
January 18th, 2010 at 14:12
No to już wiemy, co panu leży na wątrobie. ;d
Rzeczywiście, pan może to ocenić obiektywnie - widzi pan dwie strony tego konfliktu. Pewnie nieraz pan sobie myśli “Pisarze to durnie.”, a zaraz potem “Wydawcy to idioci”. Życzę panu, żeby pan nie zwariował i dalej radził sobie świetnie zarówno z pisaniem, jak i z wydawaniem książek.
January 18th, 2010 at 15:55
Hmm… Mam takie pytanie, ale jak Pan nie chce, to nie musi Pan odpowiadac.
Felix kosztuje 36,90. Ciekawi mnie ile pieniędzy z tej kwoty dostaje Pan za sprzedanego jednego Felixa.?
January 18th, 2010 at 16:05
Wydawca zakazuje autorowi ujawniania tajnych danych z umowy!!!
:)
January 18th, 2010 at 20:00
Jeśli się nie mylę, to niedawno tez musiała Pana spotkać sytuacja podobna do opisanej. W sumie pytanie Ponurego Żniwiarza jest ciekawe, choć podejrzewam, iż raczej nie będzie to większość z 36,90. M. in. twarda też oprawa ma swoją cenę, ale za to książka jest trwalsza i lepiej się prezentuje ;)
January 18th, 2010 at 20:32
A ja myślę, że w tym bardzo neutralnym wpisie, chodzi o Fabrykę Słów i to jak oni traktują autorów. Jakub Ćwiek coś o tym pisał ostatnio, bo się z Fabryką Słów rozstał w mało przyjemny sposób. O FS można poczytać w paru miejscach:
http://carpenoctem.pl/wordpress/jakubcwiek/2010/01/07/ciekawy-przypadek-drzewa-crossa/
http://witold.blox.pl/2010/01/Crossgate-oczami-fana.html
http://gniazdosepow.blogspot.com/2010/01/sepy-kraza-na-fabryka-sow.html
January 18th, 2010 at 21:21
Hmm… Ale czy Pan Kosik nie wydaje książek w swoim własnym wydawnictwie…? Dobra, jak nie wolno, to nie i koniec gadki :P
January 18th, 2010 at 23:11
Pana Kosika nie spotkała sytuacja podobna do opisanej.
Autor dostaje z reguły ok. 10% ceny okładkowej. To w sumie chyba żadna tajemnica :).
January 18th, 2010 at 23:30
Serio.?! Poważnie tak mało.?! I co, reszta idzie na wydawnictwo? Hmm. Dlaczego tak mało?
January 18th, 2010 at 23:31
Chyba zadaję za dużo pytań, ale… ciekaw jestem ;)
January 18th, 2010 at 23:41
Wydawnictwo dostaje mniej niż połowę. Z tego trzeba opłacić autora, redakcję, korektę, skład, grafika, druk, reklamę i promocję. Podatki. Czynsz, telefony, pracowników, kurierów, papier i cartridge do drukarki. Inne książki, które się nie sprzedały. Czasem walnie komputer, trzeba kupić nowy. Tyle wydawniczej kuchni dla niezorientowanych. :)
January 19th, 2010 at 1:26
Aha. Teraz to już jest bardziej możliwe do ogarnięcia. Czyli generalnie nie jest wesoło. A nie można zwiększyc ceny książki? I od czego ta cena, i jej ewentualne podwyższenie, zależy? Od liczby stron…?
Trochę ciemny w tym jestem, niestety…
January 19th, 2010 at 8:39
Zwiększyć cenę? I tak książki są drogie. Zwiększenie ceny będzie korzystne wtedy, gdy wszyscy będą czytali 5 książek rocznie. Ja czytam znacznie więcej i przez te ,,niskie ceny” muszę chodzić do biblioteki.
January 19th, 2010 at 11:48
Nie… Zwiększanie ceny FNiN, mam nadzieję, nie nastąpi. Książka wprawdzie nie należy do najdroższych, ale do najtańszych też nie. Rzadko spotykam tańszą książkę (a trochę ich kupuję ;) ). Większość książek ma taką albo wyższą cenę w miękkiej oprawie, więc uważam, że biorąc pod uwagę treść, twardą okładkę, wydawnictwo, itd. to za 36,90 i tak dużo.
January 19th, 2010 at 13:58
Oprócz treści, wydawnicta i twardej oprawy liczy się też praca, którą autor włożył w powstanie książki.
W takim razie, skoro Pottery były w miękkiej oprawie, wydawnictwo wydawnictwem, treśc treścią, to dlaczego ostatnie tomy były sprzedawane po 50 zł, a nawet więcej…?
I w związku z tym kolejne pytanie, bo może właśnie to ma znaczenie. Czy GNL, który został wydany na Litwie (?)… Czechach (?)… Nie pamiętam dokładnie, ale coś takiego, jest tam sprzedawany w takiej cenie, która przeliczona na złotówki daje cenę polskiego wydania GNL?
January 20th, 2010 at 0:56
Nie sprawdzałem tego i jakoś nie mam siły. Zerknij na litewskie i czeskie księgarnie internetowe, a potem na kursy walut w NBP. Porównaj też z innymi książkami na tamtejszych rynkach.
January 20th, 2010 at 11:04
A może by tak wprowadzić w końcu elektroniczne wydania książek? W końcu czytniki książek nie są już super nowiścią.
Czy autor byłby w stanie sam wydać taką książkę bez pomocy wydawnictwa?
Jeśli tylko około 10% ceny książki trafia do autora, to wtedy przy wydaniu elektronicznym własnym sumptem, do autora powinno trafiać pewnie od 80% do 100% ( w zależności od formy dystrybucji).
Jeśli cena wydania elektronicznego byłaby o połowę mniejsza to i tak autorowi powinno się to opłacać i to zdecydowanie.
Argument, że będą piracić moim zdaniem nie ma sensu bo w tej chwili nie ma problemu z zaopatrzeniem się w tzw. darmowe “wydanie elektroniczne”a przecież istnieje tylko wydanie papierowe…
January 20th, 2010 at 12:31
Wydawnictwo i tak będzie potrzebne, potrzebna będzie jakaś dystrybucja. Zbędna stanie się tylko drukarnia. Nie sądzę, żeby autor jakoś szczególnie więcej zarabiał na e-booku. Za to na rynku pojawi się sporo wątpliwej jakości niedorobionych, niezredagowanych i nieskorekconych powieści, które normalnie nie przeszłyby przez filtr redaktorów. Czemuś jednak służy ten proces edycji ksiązki.
E-booki, jasne, ale najpierw muszą zacząć większe wydawnictwa.
January 20th, 2010 at 15:22
Nie, nie, nie! E-booki w porównaniu z normalnymi książkami, dotykiem papieru, jego zapachem… Nie, nie ma porównania.
A w weekend sprawdzę w jakiej cenie jest GNL za granicą.
January 20th, 2010 at 19:20
Zgadzam się, że w przypadku e-booków wydawnictwo będzie nadal potrzebne, bo raczej nikt nie obędzie sie bez korekty, redakcji i promocji. Mam jednak wątpliwości, czy naprawdę niezbędny będzie dystrybutor, czy też jego roli nie przejmie Wujek Google - co by właściwie szkodziło wydawnictwu sprzedawać książki ze swojej strony internetowej?
January 20th, 2010 at 20:38
O, a ja Żniwiarza zdecydowanie popieram, nic nie zastąpi prawdziwej książki, w papierowej wersji. A biblioteki? Jak będą wtedy wyglądały? Zniknie połowa frajdy z wypożyczenia starszego egzemplarza książki, znalezienia w środku starych zasuszonych kwiatów, których ktoś zapomniał wyjąć, zakładek i tego wszystkiego, szelest kartek, zapach książki, ile osób to jeszcze przede mną czytało… Nie, ja bardzo dziękuję za coś takiego. Nowsze rozwiązania nie zawsze są lepsze.
January 20th, 2010 at 21:54
Oczywiście, że wolę papier. Pisałem już zresztą o tym ponad rok temu http://rafalkosik.com/przyszlosc-ksiazki
A dystrybucja i promocja będą potrzebne, żeby skupiać w jednym miejscu książki dziesiątek, setek wydawnictw, grupować je i robić to wszystko, co teraz robi merlin.pl czy amazonka.pl.
January 21st, 2010 at 0:29
Czytałem notkę o przyszłości książki ;)
January 22nd, 2010 at 0:14
Ojej, dyskusja w komentarzach przypomina mi mój wczorajszy egzamin… :D
Złote proporcje, punkty typograficzne, kwadraty i firety - miodzio!
(dobrze, już sobie idę, już idę, sesja wyprała mi mózg… tak się po prostu odezwałam, bo fajnie poczytać gdzieś w sieci, ile osób stoi za wydaniem książki - dzięki, Kasiu! - bo czasem się boję, że takie informacje docierają tylko do tych studentów, którzy nie przysypiają na ćwiczeniach ;p)
January 22nd, 2010 at 2:22
Nie jestem przekonany, czy grupowanie książek w jednym miejscu będzie rzeczywiście konieczne. Albo inaczej - będzie konieczne, ale myślę, że pomału jako “jedno miejsce” można traktować internet.
Jednak podstawowym - definicyjnym wręcz - zadaniem dystrybucji jest dostarczenie produktu od wytwórcy (w tym przypadku wydawcy), do odbiorcy. W przypadku e-booków żaden pośrednik nie jest w tym celu konieczny.
Jedyna rola jaką ewentualnie widzę dla dystrybutorów to rozwój odpowiednich technologii i sposobów zabezpieczenia przed piractwem; ale i w takim przypadku nie sądzę, żeby byli w stanie żądać nawet w przybliżeniu tak wielkich rabatów jak obecnie. Funkcję promocyjną mogą spokojnie przejąc przeróżne serwisy tematyczne, otrzymujące ewentualnie jakąś skromną część zysku z książki, w przypadku gdy nabywca dotrze na stronę wydawcy z tego konkretnego serwisu - ale to tak w sumie na bieżąco wymyślam.
A dla hurtowników to już w ogóle nie widzę przyszłości, w perspektywie kilkunastu lat. Tzn. jacyś tam przetrwają, ale ich rynek będzie się kurczył wraz z rynkiem książek papierowych. Jakbym był właścicielem hurtowni, to bym się już powoli zaczął rozglądać, za jakimś jeleniem któremu można by ja opchnąć. Szczęśliwie - nie jestem ;)
January 23rd, 2010 at 12:27
Tsiar - nawet książki wydawane w Internecie będą wymagały redakcji, korekty, składu, ilustratorów…
Funkcję promocyjną serwisy tematyczne pełnią już teraz (zerknij na tył okładki, rubryczka patronaty).
Jeśli coś odpadnie - to drukarnia, księgarnia (ale będą księgarnie internetowe, dystrybucja czytników).
Ale i tak nie wierzę, że książki zostaną wyparte całkowicie. Bo książka papierowa działa, jeśli wysiądzie prąd. Czytnika nie poczytasz przy świeczce, jak skończy się bateria. Czytanie papieru mniej męczy wzrok (jestem spośród moich znajomych jedyną osobą, której wygodniej czytać z monitora niż z papieru), wiele osób drukuje e-booki, jeśli nie dotarło do papierowej postaci, bo 200-300 stron z ekranu to dla nich jak samobójstwo.
Papierowe zostaną podręczniki szkolne, część akademickich.
Kiedy wyruszasz w podróż i chcesz poczytać, to bezpieczniej zabrać ze sobą książkę, bo po pierwsze nie kusi złodzieja (opchnie na allegro za dychę?), po drugie - jak zostanie skradziona, to mniej szkoda. Wielogodzinna podróż z czytnikiem to już ryzyko, że ktoś się na niego pokusi. Książkę można kupić w każdej chwili, w każdym miejscu - jeśli komuś akurat uciekł pociąg, zagląda do pierwszego z brzegu kiosku i ma co czytać. W wypadku e-booków - musi mieć przy sobie czytnik lub laptopa. I wyjąć go na dworcu, np. nocą. Trochę ryzykowne. Jak zalejesz książkę wodą (pomijając deszcz, wiele osób lubi czytać w wannie) - będzie “działała” dalej, tylko papier będzie brzydki. Jak wrzucisz czytnik/laptopa do wanny, w której siedzisz - w najlepszym razie pozbywasz się sprzętu, w najgorszym - życia.
Tak jak nie zniknęły gazety, kiedy pojawiły się portale informacyjne, tak samo nie wierzę w zniknięcie książek.
Bo poza tym wszystkim, co wymieniłam, zostaje jeszcze przyzwyczajenie. Ludzie, dla których coś, co jest zbiorem bajtów, nie jest książką. Ludzie, dla których liczy się zapach, szelest papieru, odwracanie kartek, wodzenie palcem po stronie, zbieranie autografów. Ci ludzie nie znikną nagle, bo pojawią się technologie.
January 24th, 2010 at 1:59
“nawet książki wydawane w Internecie będą wymagały redakcji, korekty, składu, ilustratorów…” Przepraszam, ale czy ja napisałem coś innego? Ba, ja nawet napisałem dokładnie to samo, w pierwszym komentarzu.
“Czytanie papieru mniej męczy wzrok ”
Z Kindlem - not. Mówię z doświadczenia.
“Wielogodzinna podróż z czytnikiem to już ryzyko, że ktoś się na niego pokusi.”
Na razie, ale to się zmieni. Argument zasadny, acz krótko- względnie średnioterminowo.
“W wypadku e-booków - musi mieć przy sobie czytnik lub laptopa. ”
Taa, ale skończysz czytać i w dowolnym miejscu możesz sobie kupić kolejną książkę. Co więcej, w jednym urządzeniu masz całą biblioteczkę.
“w której siedzisz - w najlepszym razie pozbywasz się sprzętu, w najgorszym - życia. ”
No bez jaj, nie wiem jakie w tym jest napięcie, ale maleńkie raczej.
“Tak jak nie zniknęły gazety, kiedy pojawiły się portale informacyjne, tak samo nie wierzę w zniknięcie książek. ”
Znów - nie pisałem nic innego. Znaczy, zgadzam się.
Ale przede wszystkim, ja nie pisałem, że nie widze przyszłości dla książek papierowych, tylko że nie jestem przekonany, czy zewnętrzny dystrybutor będzie konieczny w procesie sprzedaży e-booków.
W sumie, to gdyby nie to “Tsiar” na początku Twojego komentarza, to byłbym pewien, że z moim nie ma on nic wspólnego, bo był na zupełnie inny temat.
January 24th, 2010 at 12:36
W dużej mierze odniosłam się do tego:
“A dla hurtowników to już w ogóle nie widzę przyszłości, w perspektywie kilkunastu lat. Tzn. jacyś tam przetrwają, ale ich rynek będzie się kurczył wraz z rynkiem książek papierowych. Jakbym był właścicielem hurtowni, to bym się już powoli zaczął rozglądać, za jakimś jeleniem któremu można by ja opchnąć. Szczęśliwie - nie jestem ;)”
Jeśli hurtownicy mieliby przeżyć kryzys, to wcześniej papierowa książka musiałaby niemal zaniknąć. W tym wypadku - w perspektywie kilkunastu lat. A to już niewykonalne. Pomyśl choćby, ile rocznie jest drukowanych podręczników szkolnych. Żeby znikły hurtownie, trzeba by wprowadzić obowiązkowe czytniki do każdej szkoły. Pomijając już niechęć odgórną, bo każdy może wykorzystać czytnik do zabawy, nie do nauki, a choćby łatwo ukryć, że czyta beletrystykę na lekcjach, to ktoś te czytniki musiałby kupować. A nie każdego stać - więc musiałyby być dofinansowane. Skąd na to pieniądze w budżecie? Nie ma, więc tony książek zostają i mają się dobrze tak długo, aż czytnik nie stanie się niezbędny do życia.
A w wypadku e-booków i tak będzie potrzebny zewnętrzny dystrybutor, tyle że z serwerownią zamiast hurtowni (nawet jeśli cała sprzedaż będzie via e-mail, to ktoś to przecież musi obsługiwać i gdzieś te pliki przechować). Przecież wydawnictwo papierowe na upartego też by mogło samo sprzedawać swoje książki, w jakimś sklepie firmowym i Internecie. Ale wygodniej mieć oddzielnego dystrybutora.
Co do napięcia - mój laptop (jak i większość) działa podłączony do kabla. Nie chciałabym testować, czy wrzucony jest w stanie zabić czy nie jest.
Co do całej biblioteki - zgoda, to jest największa zaleta e-booków. W jednej kosteczce setki książek. Ale korzystanie z jednej konkretnej już jest wygodniejsze w wypadku papieru. Ja jestem osobą, której wygodniej czyta się z monitora niż z papieru - a jednak i tak sięgam po papier. To co dopiero mają powiedzieć osoby, które wolą kartki? Zresztą sposoby transportu książek bywają przeróżne - widziałam już książki zwijane w rulon i wkładane do kieszeni, upychane w walizce tak, że trzeba było na niej stać, żeby domknąć - książki się gniotły, darły, plamiły… ale dalej spełniały swoją funkcję. Wszystkie osoby, które traktują książkę jako rzecz użytkową, nie obiekt kultu, i właśnie tak z nimi postępują, siłą rzeczy nie uznają, że czytnik jest wygodniejszy - bo jego nie zwiną w rulonik, nie poskaczą po nim, bo jak tu uszkodzić coś, na czym mają jedyny dostęp do swojej biblioteki?
“Na razie, ale to się zmieni. Argument zasadny, acz krótko- względnie średnioterminowo.”
Zmieni się wtedy, kiedy ludzie masowo przekonają się do czytników. A żeby się zmieniło… najpierw muszą się do nich przekonać.
No i jeszcze jedno - aktualnie jedyne skuteczne (w miarę) zabezpieczenie przed piractwem dla czytników jest takie, że książka może być czytana na tym jednym urządzeniu. Czyli - zepsuje nam się czytnik (to urządzenia o wydajności kilku lat) - biblioteki nie ma. Papier się nie zatnie, nie zawiesi, nie zamarznie, nie przepali, nie będzie miał spięcia…
Wracając jeszcze do piractwa - jasne, że już teraz są nielegalne e-booki. Ale spójrzmy trzeźwo na ich jakość - są skanowane programami do rozpoznawania liter, przez co mają literówki, o składzie w ogóle nie ma mowy. To nawet nie “półprodukt”. Wybierając e-booka a książkę czytelnik wybiera nie tylko łamanie prawa/uczciwość, ale też jakość.
Dobrze złożony e-book a książka to już wybór uczciwość/czytanie z papieru a nieuczciwość/z monitora. W momencie, kiedy takie e-booki mamy legalne, prędzej czy później wylądują w sieci. Czyli nie musimy już tracić na jakości składu i redakcji, ściągając książkę z neta. Ale przecież alternatywą jest książka, własna, do postawienia na półce.
No i opcja trzecia: legalne e-booki i nielegalne e-booki, w świecie bez książek. Jakość i nośnik te same, różnią się tylko ceną. Sądzę, że piractwo stałoby się jeszcze powszechniejsze, bo przecież tu szalą jest wyłącznie uczciwość. Część czytelników jest uczciwych, część nie. A wydaje mi się (badaniami tego nie poprę, taka moja gdybologia), że ludzie nadal mają wrażenie, że plik “ściągany” z Internetu powinien być za darmo. Nie wszyscy, ale wielu. Stąd masowe ściągania ton e-booków, muzyki, której nigdy się nie przesłucha. W sytuacji, kiedy kopia legalna nie będzie się różniła niczym, poza świadomością, że ktoś na tym zarabia - średnio wyobrażam sobie przyszłość rynku wydawniczego. Choćby po to potrzebne będą książki papierowe. Dla możliwości wyboru.
Bo że na powszechniejszym piractwie przede wszystkim stracą wydawcy i autorzy, ale w perspektywie też czytelnicy, to chyba wiemy? Bo jak autor nie zarobi z pisania, to będzie musiał znaleźć sobie inny zawód, więc będzie mniej/gorzej/nie będzie pisał.
Ale są też oczywiście pozycje, które bardziej przydają się w e-bookach - encyklopedie, słowniki… Nie trzeba zarzucać domu ciężkimi tomami, w dodatku obok grafik, zdjęć i transkrypcji można zamieszczać też nagrania dźwięku i filmiki, w dodatku materiału ilustracyjnego może być zwyczajnie więcej, bo nie zajmuje stron.
No, takie moje luźne rozmyślania w temacie… ;)
Takie luźne rozmyślania na temat… ;)
January 24th, 2010 at 13:56
Kurde, pisanie z przerwami ma jednak wady… oO’ Dwa razy napisałam ostatni wers ;p pardon.
January 24th, 2010 at 21:03
Tesska, małe sprostowanie. W kablu od lapa masz taką skrzyneczkę: prostownik. Zmienia prąd zmienny z gniazdka na taki, ktorym ładuje się akumulator… I chyba ktoś wepchnął tam też transformator, bo napięcie wyjeżdżające sobie ze skrzynki to 19V ;)
E-booki się raczej nie przyjmą, w sensie nie będziemy chodzić do empiku po powieść SF o Warszawie na krążku :) Papier to papier, ma swój urok, nie niszczy się, można postawić na półce, cieszyć się okładką…
Za to słownik na kompa jest genialny… wystarczy wpisać dane słowo i odrazu wyskakuje tłumaczenie, obrazek, wymowa etc.
January 24th, 2010 at 23:52
CD z książką? Nikt chyba nawet nie rozważa e-booków sprzedawanych na materialnym nośniku. To musi być łatwe do kupienia (kilka kliknięć), w miarę tanie, ale przede wszystkim mniej upierdliwe niż kopia nielegalna. Całkiem sporo ludzi piraci programy, muzykę lub filmy, dlatego że legalne kopie zawierają upierdliwości w stylu przymusu obejrzenia reklam, których nie da się przewinąć, wpisywania kodów, czy konieczności każdorazowego wkładania oryginalnej płyty do napędu.
January 25th, 2010 at 3:05
A mniej upierdliwe chyba nigdy nie będą - bo upierdliwością będzie zabezpieczanie ich przed piraceniem. Chyba że wydawcy i dystrybutorzy postanowią zaszaleć i w imię ludzkiej uczciwości zrezygnują z zabezpieczeń - ale to też nie będzie “mniej”, tylko tak samo, a jednak za pieniądze.
January 25th, 2010 at 10:54
Panie Rafale! nosz mi chodziło o sam fakt… wolę na gwiazdkę dostać książkę w oprawce, świeżutki papier etc., a nie karteczkę: doładowałem Ci trzy e-booki z empik.com, pozdrawiam Gwiazdor…
January 25th, 2010 at 20:07
Jeśli e-booki wyprą papier, to EMPiK raczej przestanie istnieć ;p
January 25th, 2010 at 20:50
Albo przerzuci się na e-Empik. ale na to małe szanse. GPS wyaprł mapy, ale co do książek, to raczej trudno w to uwierzyć. Może za kilka pokoleń, jak już się ludzie totalnie od technologii uzależnią.
January 26th, 2010 at 0:47
No właśnie z e-EMPiK-iem były taki problem, że są nastawieni na sprzedaż w wielkich hurtowniach pełnych towaru. Nawet jeśli przekwalifikują personel/wymienią go na nowy i zajmą się sprzedażą internetową wszystkiego jak leci, to zbańczą choćby na pozbywaniu się lokali. Bardziej bym wierzyła w to, że wybije się inna firma, już teraz zajmująca się e-bookami - będzie miała lepszy start, bo musiałaby tylko rozszerzyć ofertę, a nie zlikwidować wszystko i zacząć od zera.
No ale ja nie wierzę w wyparcie papierowych książek jeszcze przez dłuuugie, dłuuugie lata, co chyba pokazałam powyżej? ;)
January 26th, 2010 at 13:25
Stawiałbym raczej na dodanie kolejnej zakładki w menu empik.com, merlin.pl, czy amazonka.pl. Tak się przynajmniej zacznie i zmieni się tylko jeśli się okaże, że portal nie jest potrzebny, bo masz to wszystko w urządzeniu i pobierasz co chcesz bez logowania się gdziekolwiek.
Inna sprawa to biblioteka w e-readerze. Swobodny backup oznacza swobodne kopiowanie, a bez backupu to żadna biblioteka. Tak jest np. w tunerach satelitarnych PVR z twardym dyskiem. Można nagrywać, co się chce, ale nagranie nie opuści urządzenia, więc jego awaria oznacza pożegnanie się z całymi zasobami.
Możliwe są skomplikowane rozwiązania np. z rejestrowaniem urządzeń w jakiejś bazie danych dystrybutora e-booków, ale wtedy poziom upierdliwości doprowadzi do piracenia z lenistwa, lub masowego zdejmowania zabezpieczeń. Jak pokazuje przykład X-boxa, dla chcącego nic trudnego.
Następna sprawa to wojna formatów. Jeśli na rynek trafi kilka niekompatybilnych wzajemnie standardów, to znów zacznie się masowe piracenie i konwertowanie do pdf lub nawet txt. Efekt ten sam.
Nie sądzę, żeby ktoś miał teraz dobry pomysł, jak to zorganizować. Jedno jest pewne - jeśli zyski nie będą trafiały do autorów, to książki nie będą powstawać.
January 27th, 2010 at 13:28
Ale pan Rafał dostaje pieniondze raczej nie tylko za samą treść ale także za (piękne) ilustracje.
January 28th, 2010 at 1:58
Rafał przede wszystkim jest swoim własnym wydawcą… ;) Czyli sam sobie szefem.
January 28th, 2010 at 13:26
Ktoś już chyba tam wcześniej pisał o rozdwojeniu osobliwości ;P
Ale w końcu pisarze i wadawnictwa żyją w symbiozie rynkowej. Bez jednego raczej trudno o drugie.
P.S A co do AS to chyba zeczywiście nawala bo raczej 9+2=11 ?
January 28th, 2010 at 22:21
Rozwiązaniem problemu jest dana bazych firmy produkującej czytnik, z pomocą którego można ściągać jedynie pliki z biblioteki danej firmy.
W Ameryce to już działa: urządzienie Kindle firmy Amazon (…) nabyło go 3mln. ludzi. 260tys. pozycji w bibliotece do ściągnięcia z bazy danych, możliwość przeglądania stron www, blogów i wikipedii, przerobienia urządzenia na iPoda. Wyświetlacz czarno-biały, funkcja lektora, ręczne dostosowanie czcionki, zastosowanie technologii E Link (nie męczy oczu)…
Podsumowanie artykułu jest takie: “Ale temat jest rozwojowy, tylko czy takie urządzenie jest w stanie kiedykolwiek zastąpić bezcenny zapach drukarskiej farby czy szelest przewracanych stron?”.
January 28th, 2010 at 23:16
Jeśli jest dostosowanie czcionki, to już nie jest złożony e-book, tylko tekst wrzucony w coś a’la Word ;p Czyli dla mnie coś, co nigdy nie będzie się ubiegać o miano gotowej książki.
January 28th, 2010 at 23:27
Podział na strony i rozdziały jest zachowany. Pewnie mają na myśli jakiś zoom, dla osób gorzej widzących.
January 29th, 2010 at 10:17
Widzę, że nie korzystaliście z czytników książek.
Mam Sony PRS-505 na E-ink (używam od dwóch lat) i wyjaśnię jak wygląda skalowanie tekstu akurat w tym czytniku.
Mam możliwość wyświetlania tekstu w 3 różnych wielkościach. Small, medium i large. Tak jak w word możecie sobie ustawić dowolną wielkość czcionki, tak samo jest tutaj tylko są to trzy wielkości.
Oczywiście zmienia to ilość stron, ale nie jest to żadnym problemem.
I to jest podstawowy plus czytnika w stosunku do papieru. Ogromny plus szczególnie dla osób starszych!! Nie wiem czy wiecie, że Kindle w USA najlepiej się sprzedaje nie u ludzi młodych tylko właśnie starszych lub już dojrzałych wiekiem.
Nowsze czytniki mają więcej poziomów skalowania czcionki.
Mi osobiście już wygodniej czyta się na czytniku niż na papierze. Szczególnie dotyczy to dużych książek. Np ostatnia powieść Stephensona jest potwornie niewygodna w czytaniu. Wielkie tomisko. Dla czytnika nie ma to znaczenia.
Wygodniej czyta się w łóżku :-)
Ktoś tam wcześniej napisał, że strach to pokazywać w pociągu. No właśnie nie. Ludzie nie wiedzą co to jest. Wydaje im się, że to jakiś notatnik/kalendarz jest (ten Sony ma taką skóropodobną okładkę).
Ktoś napisał, że fajniej mieć papierową książkę żeby ustawić na półce.
Tylko, że mi się już te książki na półkach nie mieszczą. Dla mnie taki czytnik to zbawienie.
January 29th, 2010 at 20:33
“Oczywiście zmienia to ilość stron, ale nie jest to żadnym problemem.”
Z punktu widzenia kogoś, kto oczekuje złożonej książki, gdzie ilustracje będą w konkretnym miejscu kartki i gdzie wszystko będzie ładnie dopasowane - to nie jest żaden problem. I nie jest to żadna książka :>
“Tylko, że mi się już te książki na półkach nie mieszczą.”
Moje trzymam w dwóch mieszkaniach, w jednym z nich oprócz półek - także w wielkim stosie na podłodze. I nie uważam, żeby czytnik był dla mnie zbawieniem.
January 31st, 2010 at 23:28
tesska - z tym “samym sobie szefem” to bym nie przesadzała… :)
February 1st, 2010 at 9:34
tesska - może powinnaś po prostu przedefiniować sobie słowo książka? Co to znaczy, że ktoś oczekuje konkretnie złożonej książki? Ja kupując książkę nie oczekuję, że na np stronie 200 będzie jakaś konkretna ilustracja a na 210 będzie zakończenie rozdziału. Interesuje mnie treść książki a nie to jak ona została podzielona.
Wydaje ci się, że jak ilustracja będzie na stronie 124 a po przeformatowaniu będzie na stronie 200 to będzie to jakiś problem dla czytającego? Ważne, aby nadal dotyczyła tego tekstu obok którego się znajduje.
Nie mówimy przecież o komiksach tylko o książkach. Poza tym ile książek dla dorosłych ma ilustracje? 1-2%?
Książka papierowa na pewno nie zniknie. Tak jak płyta winylowa nie znikła tak na pewno nie zniknie papier. Twierdzę tylko, że z czasem stanie się niszowy. Oczywiście jeszcze musi minąć wiele lat ale na pewno jesteśmy już bliżej procesu niż dalej, w którym papier będzie zastępowany przez czytniki lub jakieś inne uniwersalne urządzenia.
Zadajmy sobie pytanie ile młodych ludzi w wieku 24-35 kupuje codzienne gazety? Ja np. takich osób w swoim otoczeniu nie znam.
February 1st, 2010 at 14:34
z 70% osób kupuje gazety, a ściśle mówiąc Metro, rozdawane na większości przystanków w mieście ;)
February 1st, 2010 at 23:34
Metra się nie kupuje, Metro się dostaje za darmo :]
February 2nd, 2010 at 0:30
@cezner, są jeszcze przypisy, index końcowy, spis treści etc. Z pewnością da się to rozwiązać w ten sam sposób, co choćby linkowaniem w dokumencie html. Ale zdecydowanie zamysł artystyczny bardzo na tym ucierpi.