World War Z

World War ZWielu tak jechało po tym filmie, że aż mnie odrzuciło. A jak w końcu go obejrzałem, to miałem ochotę odlajkować paru znajomych na FB za glanowanie dobrego kina. No może nie jest to Polański, ale zdecydowanie w kategorii filmu popularnego, jest to chyba najlepszy kawałek kina, jaki widziałem w tym roku.

Poważnie. To jest jeden z lepszych filmów, jakie widziałem ostatnio. Jest to też mądry film. Nie w tym sensie mądry, że po wyjściu z kina przewartościowujesz swoje życie, rzucasz palenie i przestajesz okradać staruszki. Jest mądry w tym sensie, że oglądanie go nie boli. Owszem, jest to kino przygodowe, sensacyjne, przegięte, ale trudno wskazać ewidentne bugi logiczne. Nauka i polityka też znacząco nie odbiegają od obecnego stanu wiedzy. Wprawdzie czas przemiany w zombie od momentu zarażenia jest znacząco za krótki względem tego, jaki mógłby być nawet w przypadku najbardziej zjadliwego wirusa, lecz to przełknąłem już w 28 dni później i teraz nie będę rozdrapywał. Nie będę też rozdrapywał tematu tempa pracy żydowskich budowniczych ani długości rozbiegu Herculesa.

Czekałem chociaż na hollywoodzki finał, który zrobi wielką kupę na torcie, a tu nic – głównego bohatera nie ratuje lotniskowiec wespół z połową floty; główny zły nie ponosi zasłużonej kary, bo główny zły nie istnieje. Jest tylko zły wirus, niespecjalnie personifikowany jak w Jestem Legendą. Otóż mamy tutaj zło świata i to z nim się pojedynkuje się bohater.

Pojawia się w tym filmie pewien problem biznesowy, polegajacy na tym, że grupa docelowa może wyjść z kina nie całkiem usatysfakcjonowana. Czasem bohaterowie rozmawiają i niestety nawiązują w rozmowie do wcześniejszych wydarzeń filmu. To trudne do przeskoczenia dla widza, któremu bufor fabuły wystarcza na ostatnie pięć minut. Na nieszczęście dla nich ekran nie błyska a głośniki nie grzmią cały czas. Są te przykre przerwy konwersacyjne, podczas których widz afabularny nie wie, co ze sobą zrobić.

Mossad, CIA, UN – to słowa klucze do poważnego traktowania fabuły. Brakuje słowa kluczowego MI6, ale może się chwilowo przejadło i przepiło Heinekenem. Jeśli mowa o tych widzach ciut bardziej wyrobionych, to będzie ich trudno odlepić od tapicerki.

Oczywiście jest tu masa zapożyczeń z innych filmów, ze wskazaniem na 28 dni później, i masa wyświechtanych zagrywek w stylu zgubionego inhalatora czy samochodu, który nagle nie chce odpalić. No ale takich elementów nie unikniemy w tym gatunku.

Na koniec warto wspomnieć o doskonałej muzyce grupy Muse, a dokładniej o jednym utworze, który w kluczowych momentach podbija nastrój do potęgi. Scena lądowania i przejazdu przez Jerozolimę to niemal gotowy clip. Więcej! To idealny przykład zgrania wszystkich elementów składających się na to, co nazywamy sztuką fimową.

Szczerze polecam Word War Z.


Udostepnij
Glodne Slonce

14 Responses to “World War Z”

  1. Adam Trojka Says:

    A już miałem się nie przyznawać że film mnie też się podobał ;).

  2. wisznu Says:

    fakt, oglądało się dobrze, choć cały czas miałem wrażenie, że to powinna być gra komputerowa, a nie film.
    Cała akcja pasowałaby do strzelanki idealnie - częste zmiany lokacji, krótkie misje prowadzące praktycznie po sznurku do kłębka :)

    A znajomi byc może znali juz książkę, której ten film miał byc ekranizacją? Ponoć książka była lepsza, a film miał tyle zmian w scenariuszu, że z oryginału pozostał tylko tytuł :)

    mnie irytowało kilka spraw w filmie:
    Czy naprawdę facet musiał lecieć do Izraela, i z członkiem Mossadu spotkac się osobiście? Naprawdę ONZ nie ma możliwości, żeby pogadac sobie z kims na większą odległość?
    I tu druga rzecz - czy w całym ONZ-cie tylko główny bohater i jego żona mieli telefony satelitarne?

    No i zakonczenie (będe spojlerował) w tej Szkocji - po cholere było zabierać ze sobą dyrektora Instytutu, który nie potrafił doprowadzić faceta do właściwego pomieszczenia?
    i dalej - czy do wciskania przycisków potrzebne sa obie ręce, że trzeba było odstawić broń?
    A później - czy facet na prawdę nie miał ważniejszych informacji do przekazania, niż to, że kocha swoją rodzinę? I tak wszyscy wiedzą, że wybrał się na wycieczkę, bo chciał od nich odpocząć ;P
    A poważnie, to sam by wymyślił kilka wazniejszych informacji do napisania.

    Za to bardzo podobało mi się koreańskie rozwiązanie problemu. Genialne w swej prostocie:C

  3. Ponury Żniwiarz Says:

    Oglądałem film ze dwa tygodnie temu. Odpaliłem go zupełnie przypadkiem, naprawdę. Kiedyś tam widziałem trailer, coś tam się słyszało, ale w życiu mnie nie wzięła chcica, że muszę obejrzeć o kropka. Szczerze mówiąc, miałem oglądać Szkołę uczuć, a tu obok wyskoczył World War Z. No to przeklikałem i obejrzałem. Po seansie wpadłem tu, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie pisał Pan już o tym filmie. Patrzę dzisiaj i jest notka. I w pełni popieram. Świetnie mi się oglądało, jest sporo akcji, film głupawy nie jest. No i rzeczywiście trochę odbiega od konwencji pokazania spektakularnego finału, aczkolwiek końcowe przesłanie nawet jakby mnie trochę poruszyło.
    Jako że mało oglądam filmów pełnometrażowych, to po tym zdecydowałem się na własną mini recenzję na fejsie, co by może znajomy jeden z drugim się skusił.
    Fajny, fajny.

  4. Rafal Kosik Says:

    W momencie, kiedy Brad Pitt odstawia łom, od razu wiadomo, że nie odstawiłby go, gdyby nie wyraźny rozkaz scenarzysty. Można było to zgrabniej rozegrać, ale i tak jest to film bardzo mało obrażający inteligencję. Pomijam scenę startu Herculesa, żonę niosącą telefon vice sekretarzowi i takie tam w sumie nieistotne duperele. Porównajcie to z poziomem sensu Pacific Rim, skądinąd sympatycznego filmu, na którym jednak coraz głębiej wjeżdżałem w fotel, żeby nikt nie widział, że na niego poszedłem.

  5. wisznu Says:

    w sumie racja, w stosunku do innych filmów takich irytujących scen było wyjątkowo mało, niestety wszystkie skupiły się na końcu, psując ogólne wrażenie. :)

    a z Pacific Rim to też miałem wrażenie, że zmarnowałem na niego pieniądze.
    Ale to kwestia nastawienia. Np. na ostatni Resident Evil szedłem nastawiając się na idiotyczny film akcji i odpoczynek dla mózgu, to i wyszedłem zadowolony, bo dostałem to czego akurat potrzebowałem.

    A po Pacific Rim i entuzjastycznych komentarzach (i nazwisku reżysera) spodziewałem się inteligentnej rozrywki, a nie głupot w rodzaju bicia pięściami potwora po najbardziej opancerzonej części ciała - głowie i zdziwienia z braku efektów…
    Del Toro tu zawiódł u mnie w ważnej kwestii - zawieszenie niewiary. To mu się udało w Hellboy’u czy labiryncie Fauna. A szkoda, bo i w grach komputerowych i filmach bardzo lubię mechy w akcji.

  6. tamara Says:

    Nie lubię filmów o takiej tematyce- ale za namową postanowiłam się przemóc i obejrzałam:)i byłam w szoku -mi osobiście film również się spodobał, dosyć przyjemnie się go oglądało, wspaniale “budował napięcie” przy niektórych scenach, mogę go szczerze polecić.

  7. basanti Says:

    Dla mnie super. Można się do czegoś przyczepić, ale chyba tak trochę na siłę…

  8. serpens volucer Says:

    @Wisznu No popatrz, a ja właśnie tego oczekiwałem… Przecież z góry wiadomo że jeśli w filmie są wielkie potwory/wielkie roboty oznacza to mordobicie.

    Shhhh… Hałas je ściąga…

  9. szary Says:

    Ja też słyszałem dobre opinie o tym filmie ze strony, z której się nie spodziewałem.
    Ale ja o czymś innym a’propos.
    Osobiście nie lubię filmów o Zombie, bo jest w tym dla mnie coś bardzo niepokojącego a może i złego.
    Najczęściej filmy te w mniejszym lub większym stopniu mówią o masowym, okrutnym i bezwzględnym zabijaniu osób będących w jakiś sposób różnych od “zdrowego” społeczeństwa.
    Zamiana w zombie odbywa się bez udziału woli zarażonego i od razu powoduje, że staje się on celem ataku “tych dobrych”.
    Nie mogę się opędzić od myśli, że pod zombie można by podłożyć każdą inną INNOŚĆ. Czy oglądalibyśmy w spokoju film o masowym zabijaniu chorych na AIDS, żebraków, Murzynów, świadków Jehowy albo niepełnosprawnych ?

    Nie wysnuwam tutaj żadnych teorii spiskowych ale po prostu dzielę się swoim wewnętrznym “psssie” które rodzi się przy wspomnieniu “instytucji Zombie”.

  10. Rafal Kosik Says:

    Polecam film Last man on Earth z 1964 roku, gdzie problem inności zombiech jest kluczowy. Podobnie zresztą miało być w pierwszej wersji Jestem legendą z Willem Smithem, no ale wyszło jak zwykle. W World war Z zombich zabija się (likwiduje właściwie) tylko i wyłącznie z tego powodu, że są agresywni.

  11. szary Says:

    Widziałem alternatywne zakończenie “Jestem legendą” - i bardziej mi się podobało. Dziękuję za hint, poszukam tego filmu 64-tego.
    Pozdrawiam

  12. Rafal Kosik Says:

    Ułatwię poszukiwania: http://www.youtube.com/watch?v=drMczeQYIBg

  13. Charlie Librarian Says:

    Ja też zadowolony byłem po seansie, a przyznam się szczerze, że cieszyłem się myślą, że zjadę film za to, że tak zepsuli książkę. Otóż na moje (nie)szczęście z podobieństw do książki rzeczywiście praktycznie został sam tytuł. A ja dostałem w miarę porządną wizję apokalipsy z herosem ratującym świat.

    Pewnych bzdur i idiotyzmów nie dało się nie zauważyć. Puściłem je jednak mimo uszu.

    Co do problemu inności zombich. Zombie zabijają ludzi, zjadają ich ciała i nie spoczną dopóki nie zniszczą całego gatunku (chociaż robią to bez udziału świadomości, bo zwyczajnie tej świadomości nie posiadają). Są plagą, której nie da się uleczyć i ja raczej nie dopatrywałbym się tutaj żadnych metafor.

    Jest taki brytyjski serial “In the flesh”, który opowiada o tym, że wynaleziono szczepionkę na żywe trupy i rząd brytyjski zaczął program społeczny dla “żyjących” umarłych coby przywrócić im należne miejsce w społeczeństwie. W tym serialu mamy inną sytuację, niż w większości filmów i książek o zombie. Otóż zombie odzyskuje swoją osobowość i stara się zaadaptować do “normalnego” życia. Cóż z tego skoro ludzie pamiętają, że zjadał im członków rodziny. Nie obejrzałem go jeszcze całego, ale zapowiada się interesująco.

  14. Asru Says:

    Film jest ok.

    Jedyna krytyka z jaką się spotykam to to że film nie ma żadnego związku z książką, od typu zombiaków ( w książce są standartowe wolne zjadacze mózgów etc) do treści, w sumie został tylko tytuł.

    A niektórzy liczyli na ekranizację książki, bo wiele osób uważa ją za najlepszą/jedną z najlepszych książek o tematyce zombiaków.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).