Wieki światła

Ian R. MacLeod - Wieki światła / The Light AgesRzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii, w świecie, który z grubsza odpowiada schyłkowi Epoki Wiktoriańskiej, co narzuca całej powieści steampunkowy charakter. Najważniejszą różnicą między historią rzeczywistą a fikcją literacką jest eter. To magiczna substancja, która sprawia, że niemożliwe w sposób magiczny staje się możliwym. Hm… Brzmi średnio. Ale czekaj, czekaj, nie sądź pochopnie. Ta koncepcja naprawdę się broni.

Wydobywa się ów eter z głębin ziemi jak ropę naftową, tyle że jest to znacznie trudniejsze i bardziej pracochłonne. Efekt wart jest jednak zachodu. Eter sprawia, że potraktowane nim przedmioty stają się poddane woli tworzących je mistrzów cechowych. Mamy więc wspaniałe budowle, które zgodnie z prawami fizyki musiałyby runąć, mamy tramwaje, które jeżdżą same, zamki reagujące na głos, nie tępiące się noże etc.

Z drugiej strony eter daje przyzwolenie na tandetę. Dziadowsko wykonane kotły parowe, które bez odpowiednich eterowych zaklęć musiałyby eksplodować, działają gładko mimo ogromnego ciśnienia. Tryby przekładni maszynowych nie muszą być precyzyjne, by precyzyjnie działać. A bilans energetyczny, liczony miarami naszej fizyki, nie zgadza się na pewno.

Cała koncepcja świata opartego na eterze okazuje się jednak nadspodziewanie spójna. Zresztą, jeśli zmierzyć energię, jaką można uzyskać z grama eteru, będzie ona z pewnością mniejsza od energii z grama magicznej substancji dostępnej w naszym świecie – oczyszczonego uranu 238. Trzeba jednak przyznać, że zastosowania eteru są szersze. Pokusa to zbyt silna, by jej nie ulec i stopniowo nie uzależnić od niego każdego dosłownie aspektu życia, włącznie z liturgiami w kościele.

MacLeod jest mistrzem unikania opisów akcji. Narrator zwykle przybywa na jej miejsce za późno i obserwuje scenę po zajściu. Jest to o tyle asekuranckie, że jako wszechwiedzący wie o tej akcji od kilkuset stron. Jeśli więc mamy zamieszki w Londynie, które mają rozpirzyć pół stolicy, to narrator wraz z bohaterami profilaktycznie na ten dzień wyjeżdża za miasto, by powrócić, jak rozpoczyna się sprzątanie.

Sam pomysł skonfrontowania steampunku i magii jest ryzykowny. Wydawałoby się, że musi z tego wyjść banalna historyjka z gatunku eskapistycznego fantasy. Nic podobnego. Cała historia z eterem jest tylko tłem, ważnym, ale jednak tłem. Tłem dla obserwacji socjologicznych, analizy nieuchronności nadciągającej rewolucji. Klasa rządząca nie może ustąpić choćby na pół kroku, bo przestanie być klasą rządzącą, a biedni ludzie zwyczajnie nie chcą żyć dalej w biedzie. Tego konfliktu się nie da rozwiązać pokojowo.

Człowiek w każdej, najlepszej, mogłoby się wydawać, sytuacji, znajdzie sposób, by zarobić jednego pensa więcej, przy okazji zubażając bliźniego o pensów dziesięć. Rośnie więc dystans między najbiedniejszymi i najbogatszymi, a możliwości awansu społecznego są starannie zablokowane skodyfikowanymi drogami edukacji w zawodzie, który niemal zawsze jest dziedziczny. Klasy społeczne i przynależność cechowa są jak kasty – trudno o większy demotywator do praworządnego stylu życia dla kogoś ambitnego.

W sumie więc wyraz powieści pozornie jest głęboko lewicowy. Jeśli uznać, że cechy rzemiosł są odpowiednikami naszych korporacji, a rewolucja to wynik buntu traktowanych przedmiotowo robotników, to wypada nazwać Wieki światła pochwałą socjalizmu. Ale, ale, nie tak prosto! Bo z kolei jeśli uznać, że cechy rzemiosł to odpowiedniki związków zawodowych, w jeszcze bardziej mafijnej wersji niż te we współczesnym świecie, to otrzymamy opis zwykłego zamachu stanu, po którym nic poza nazewnictwem i świniami przy korycie się nie zmienia. Jak jest naprawdę? Przeczytajcie i sami znajdźcie odpowiedź


Udostepnij
Glodne Slonce

8 Responses to “Wieki światła”

  1. Rafal Kosik Says:

    Pierwszy. Przy okazji dwa spostrzeżenia:

    1. Wojciech M. Próchniewicz jako tłumacz stanął na wysokości zadania i powieść jest przetłumaczona bardzo w porządku.

    2. Wieki światła to jedyna książka z „Uczty wyobraźni”, która ma napis na grzbiecie nie do góry nogami ;)

  2. Shadowmage Says:

    AD1. Zgadza się.

    AD2. Zgadza się. Dostali za to zresztą burę, ale to pierwsza książka z UW była.

    AD.wpis - tak ciężko się w sumie połapać: podobało się, czy nieszczególnie?

  3. Rafal Kosik Says:

    Podobało mi się, ale pozostał niedosyt, wynikający głównie z braku dynamiki.

  4. Adggamma Says:

    Wybiera się Pan może na “Igrzyska Śmierci” do kina?

  5. Rafal Kosik Says:

    Waham się. Opinie o tym filmie krążą różne.

  6. Shadowmage Says:

    Rafale, przecież nie mogło być dynamiki w książce wzorowanej m.in. na Dickensie. Mnie właśnie ten powolny rytm podobał się bardzo.
    Więcej akcji masz w kontynuacji, “Domu burz”.

  7. Rafal Kosik Says:

    O Domu burz już pisałem http://rafalkosik.com/dom-burz. Też nie było tam zbyt wiele dynamiki. Nie jestem wielkim fanem Dickensa i czytałem MacLeoda głownie dla wizji świata. Stylizacja jest więc dla mnie minusem.

  8. cleevleen Says:

    Na igrzyska może pan iść spokojnie. Byłam i powiem, że prawie identyczna z książką, więc jeśli się komuś film nie spodoba, nie spodoba się także książka.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).