W ciemność. Star Trek

W ciemność. Star Trek (Into Darkness. Star Trek)Wybrałem się na Star Treka w koszulce Star Wars, pełen obaw, że mnie nie wpuszczą do kina jako prowokatora. Ostatecznie mnie wpuścili, ale chyba lepiej, gdyby byli bardziej stanowczy. Fabuła tego filmu jest niestety zlepiona w równym stopniu z dobrych pomysłów, co z prostackich i oklepanych zagrań. Po niewielkich przeróbkach doskonale sprawdziłaby się w nowych przygodach Bolka i Lolka.

Wszystkie startrekowe gadżety działają, albo nie, zależnie od widzimisię scenarzysty. To sprawia, że emocje szybko siadają, bo trudno taki film traktować poważnie. I nie wynika to ze specyfiki gatunku, tylko z poważnych braków w strukturze fabularnej i ignorowania fizyki na poziomie szkoły podstawowej. Sytuację nieco ratują dobrze napisane i dobrze zagrane postacie, a dzięki doskonałym efektom komputerowym da się wysiedzieć w miękkim fotelu te dwie godziny. Szkoda, że bez wielkiej satysfakcji.

Gwiezdna Flota ma poważne braki kadrowe. Załoga okrętu „Enterprise” liczy jakieś pół tysiąca osób, ale gdy przychodzi co do czego, to wszyscy są zajęci i na najbardziej ryzykowną misję musi się udać kapitan z pierwszym oficerem i lekarzem pokładowym. Do złapania dysponującego nadludzkimi możliwościami geniusza zła nie jest wysyłany oddział specjalny, tylko znów nieszczęsny pierwszy oficer Spock. A gdy już widać, że sobie nie radzi, to do pomocy dostaje sekretarkę.

Zawiązanie akcji wygląda następująco: terrorysta (Holmes o manierach Moriarty’ego) dokonuje zamachu, po czym z użyciem teleportera czmycha na planetę Klingonów, wrogów Federacji (Federacja to ci dobrzy). Ekstradycja raczej nie wchodzi w grę, czyli gościa trzeba zwyczajnie zlikwidować. Dowództwo Gwiezdnej Floty ma użyty przez niego teleporter, ma koordynaty ostatniej teleportacji, wie więc, gdzie jest rzezimieszek. Wystarczyłoby wysłać za nim tą samą drogą mała bombkę. Ale nie, musi tam polecieć cały statek „Enterprise”, a kapitan, pierwszy oficer i sekretarka w małym nieuzbrojonym lądowniku muszą wylądować na wrogiej planecie, by osobiście schwytać terrorystę. Dlaczego oni to robią? Musi być przecież jakiś powód tak nielogicznego postępowania. Powód jest następujący: gdyby postąpili logicznie, film zakończyłby się po kwadransie.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że krytykowanie Star Treka to jak wytykanie błędów charakterologicznych postaci z Nowego Testamentu. Próbuję jednak spojrzeć na ten film jak na film, który powinien się bronić sam, bez ochronnego pola siłowego serii. No a się nie broni.


Udostepnij
Glodne Slonce

5 Responses to “W ciemność. Star Trek”

  1. Wielki Fan Agenta Mamrota Says:

    Film był ciekawy i dla mnie (jako człowieka nieobeznanego w temacie) zachęcający do pogłębienia tematu. Jednak w porównaniu z Iron Manem 3
    ( którego oglądałem tuż przed Star Trekiem) przewidywalny. I olbrzymi plus za grę filmowego Khana.

  2. Werrnerr Says:

    To rzeczywiście kino dla widza trochę ułomnego, ale tacy to teraz większość.

  3. wisznu Says:

    jak uwielbiam serię star trek, tak zawsze mnie irytowało, że na wszelkie akcje idzie najważniejsza osoba na statku. Czy Kirk, czy Picard robili to samo… A im bardziej niebezpiecznie, tym chętniej szli w bój osobiście

  4. Dziobal Says:

    Podzielisz się wrażeniami z Elizjum?

  5. Rafal Kosik Says:

    Elizjum jeszcze nie widziałem. Z licznych opisów wnoszę, że lepiej ten stan utrzymać.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).