Vertical - fragment #3

Vertical - okładkaWstałem i niemal krzyknąłem. Z korytarza coś na mnie patrzyło. Szydłonóż sam wskoczył mi w dłoń. Spojrzenie wielkich, nieruchomych oczu było obce. Martwe, jak stwierdziłem po chwili. Przełknąłem ślinę i wolno podszedłem bliżej. To nie były oczy, tylko szkliste elementy jakiejś nieruchomej, metalowej konstrukcji opartej o ścianę. Dziesiątki tulejek, jakiś zaśniedziałych przewodów, zbiorniczków, osłon. Złom leżał tu pewnie od wielu lat.
Minąłem go i ponownie dotarłem do galerii. Zerknąłem na białą smugę światła od drzwi. Padała na pustą podłogę, korzeni nie było… Może księżyc przesunął się już dostatecznie, by… Nie, wiedziałem, że to nieprawda.
Stałem na szczycie schodów ze świecącą kulą w dłoni i czekałem na cokolwiek, na poruszenie kogoś w dole, na coś, czym się zdradzi, czym potwierdzi swoje istnienie. Czułem dziwną, trudną do racjonalnego wyjaśnienia obawę przed zejściem na dół. Ciepłe światło kuli rozpraszało mrok w mojej najbliższej okolicy, w dole ledwo szkicując zwały niezidentyfikowanego, błyskającego miejscowymi odblaskami zaplątania. Teraz nie działo się nic, nie widziałem najmniejszego ruchu, słyszałem tylko poświstywanie wiatru w oknach wież.
Odwróciłem się gwałtownie, słysząc ciche szczęknięcie z korytarza za plecami. Znów cisza, tylko podłoga delikatnie zadrżała, jakby gdzieś w podziemiach przewróciło się coś ciężkiego.
Może nie miałem się czego obawiać? W tak dużym, opuszczonym budynku muszą mieszkać jakieś zwierzęta. Dźwięki mogą też pochodzić od stygnących w nocy elementów dachu, obluzowanych okien…
Ruszyłem z powrotem, ale po chwili znów zamarłem w miejscu, widząc wpatrzone w siebie oczy. To tylko ten sam porzucony pod ścianą złom na wprost naszego schronienia… Wtedy nagle dotarło do mnie coś oczywistego: martwe oczy były zwrócone w moją stronę, choć przedtem patrzyły na nasze posłanie. Przeszedłem na przeciwną stronę korytarza i przesunąłem się z plecami przy ścianie aż do naszego schronienia. Schronienie! Teraz wolałbym być w lesie, wśród tych nieznanych, istniejących tylko w teorii drapieżników. Z ulgą stwierdziłem, że metalowa konstrukcja pozostaje nieruchoma. Może idąc potrąciłem coś nogą i ta niby głowa się przesunęła?
Od strony hallu znów dobiegło mnie postukiwanie, ledwie dosłyszalne skrzypienie. Jakbym swoim odejściem przyzwolił na jakiś rodzaj aktywności.
Odwróciłem się, by wejść i znów niemal krzyknąłem. Szklane oczy wpatrywały się we mnie jak przedtem. Głowa obróciła się, gdy nie patrzyłem! Potrząsnąłem kulą, bo zaczęła przygasać i tyłem wszedłem do naszego schronienia z zamiarem obudzenia Her i jak najszybszego opuszczenia zamku. Cofając się krok za krokiem, patrzyłem na to coś w korytarzu. Nie ruszało się, ale byłem pewien, że uczyni to, gdy tylko spuszczę z niego wzrok.
W końcu musiałem się obrócić i tym razem krzyknąłem naprawdę. Her obudziła się, rozejrzała i wyskoczyła z krzykiem spod koca. Podbiegła i przylgnęła do mnie, a ja objąłem ją ramieniem. Patrzyliśmy w przerażeniu na coś, co pochylało się nad naszym posłaniem, z wyciągniętą dłonią unoszącą skrawek koca. Wyobraźnia pozwoliła określić to, co widzieliśmy, ale równie dobrze mogło to być coś zupełnie innego. Po chwili wytężonej obserwacji zdołałem jednak z gąszczu mechanizmów: osłon, prętów, rurek i kół zębatych wychwycić pewien porządek. Wyciągnięta ręka naprawdę była ręką, zakończoną chwytakiem, teraz trzymającym koc. Na górze ażurowego korpusu, na obrotowym, pochylnym łożu siedziała głowa. Całość była niższa od nas, ale skomplikowana konstrukcja podstawy, służącej z pewnością do przemieszczania się, sugerowała, że maszyna może się wyprostować i przybrać na wysokości.
– To maszyna – wyjaśniłem zduszonym głosem. – Automat. Nie poruszy się, dopóki na niego patrzymy.


Udostepnij
Glodne Slonce

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).