Trzy cyfry, tysiąc kombinacji

publikacja Science Fiction 50 (czerwiec 2005)

(fragment)

Science Fiction 50 (czerwiec 2005) - okładkaO tym, że nie wszystko jest w porządku przekonała mnie zimna lufa przytknięta do mojej skroni. Nie panikowałem, to ostatnia rzecz, jaką warto robić w takiej chwili. Oceniłem szanse obrony na zero koma zero procent. Siła spokoju. Anna stała przy lodówce, trzymana przez potężnego mężczyznę, który wciskał jej srebrną lufę w szyję. Trzeci mężczyzna wziął od niej papierowe torby z zakupami i dostawił na blat pod zasłoniętym pancerną roletą oknem. Potem zrobił to samo z moimi torbami. Popchnęli nas, niespodziewanie delikatnie, pod ścianę. Anna zacisnęła palce na mojej dłoni. Zauważyłem, że z blatów zniknęły wszystkie ostre przedmioty. Trzej mężczyźni ustawili się w strategicznych punktach pomieszczenia, opuszczając broń, ale nie zdejmując palców ze spustów. Nie znałem ich, nie byli stąd. To nie wróżyło niczego dobrego.
Nim zdążyłem o cokolwiek zapytać, do kuchni wszedł czwarty mężczyzna. Pięćdziesięcioletni, wysoki, szczupły, z siwymi włosami. Władczy typ. Palił jedno z moich cygar, ale uznałem, że lepiej nie zwracać mu uwagi. Wydmuchnął dym; widać było, że umie palić.
– Schowajcie broń – polecił pozostałym. Mimo krótkiego zawahania wykonali rozkaz. – To nie jest napad – zwrócił się do nas. – Nie chcemy was zabić, ani okraść. Chcemy porozmawiać.
– Jeśli chodzi o moje systemy – odzyskałem głos – to nie zostawiam furtek. Nie mogę-
– Nie chodzi o pana systemy – przerwał mi zdecydowanie, ale bez unoszenia głosu.
Powiedział „pana”. To kompletnie mnie zaskoczyło. Ale i tak najbardziej zaskakujący był sam fakt, że oni w ogóle tutaj byli. Dom potrafił się sam bronić. Nie włączały się żadne syreny, nic z tych rzeczy – dom zabijał intruzów. Jednak ci czterej wyglądali na zupełnie żywych. W mojej głowie odbywał się teraz galop myśli. Gdzie zostawiłem lukę? Jak obeszli wszystkie zabezpieczenia? Czyżby to okno na strychu?
– Chodzi o panią – dokończył po dłuższej chwili mężczyzna.
Spojrzałem na Annę, a ona na mnie. Nic z tego nie rozumieliśmy. Nie zajmowała się niczym konkretnym. O ile wiedziałem, nie posiadała żadnych specjalnych umiejętności. Żyliśmy razem, dbała o dom. Tylko tyle.
– Przejdźmy do salonu – powiedział, wskazując ręką drogę. W jakiś sposób był pewien, że nie będziemy próbować żadnych sztuczek.
Drgnąłem i pociągnąłem dziewczynę. Zrobiliśmy kilka niepewnych kroków i usiedliśmy na skórzanych kanapach – były w tym domu, kiedy go zająłem.
– Chcemy tylko porozmawiać – powtórzył gość, siadając naprzeciwko. – Niezależnie od wyniku tej rozmowy nic się wam nie stanie. Porozmawiamy, potem pożegnamy się i wyjdziemy, a pani wszystko sobie przemyśli.
– Kim panowie są? – zapytałem ostrożnie. – I o co chodzi?
– Jestem reprezentantem Rządu Tymczasowego Rzeczpospolitej Polskiej, którego celem jest ponowne zjednoczenie i odrodzenie Polski. – Uśmiechnął się, jakby oznajmił, że chce nam sprzedać nowy odkurzacz. – Macie państwo jakieś plany na przyszłość? Co zamierzacie robić za pięć lat?
– To samo co dziś. – Wzruszyłem ramionami. – Spokojnie tu sobie żyjemy. Dalekie to od ideału, ale mogło być gorzej.
– Myślicie, że ten stan jest stabilny? Nie jest. Zapasy konserw, które jecie – kciukiem wskazał kuchnię – muszą się skończyć. Wszystko się skończy i ten mafijno-feudalny system upadnie. Nie ma już produkcji przemysłowej. Głód jest silniejszy od strachu, więc porządku metodami Szefa nie da się utrzymać.
Jakoś nigdy o tym nie myślałem w ten sposób…
– Zostanie mięso na bazarach, owoce, chleb – ciągnął. – Ale potem nie będziecie mieli czym płacić. To będzie następny etap: prawdziwy głód. Tradycyjne rolnictwo nie zdoła wyżywić pozostałych przy życiu ludzi. Bez nawozów sztucznych, przetwórstwa, konserwantów. Zasoby wszędzie skurczą się dramatycznie. Nasi sąsiedzi, Rosjanie, Niemcy, organizują się. Kto wie, ile czasu minie, nim zafundują nam nowy rozbiór Polski. Można być pewnym, że organizują się również inni, którzy mogą się wkrótce stać naszymi sąsiadami.
– Cóż my możemy na to poradzić? – zapytałem.
– Tak naprawdę chodzi tylko o panią. – Wskazał Annę. – Nazywa się pani Anna Lewicka, prawda? Chcemy, żeby pani dostarczyła ważne dokumenty. Do Krakowa.
Do Krakowa. To brzmiało niemal, jak „na Księżyc”. Nie miałem pojęcia, co się dzieje poza granicami miasta, w innych miastach. Czy istniały jeszcze drogi międzymiastowe? Czy można było tak zwyczajnie pojechać do Krakowa?
– Czemu akurat tam? – zapytała zaskoczona. – I czemu ja?
– Na terenie byłej Polski zaznaczają się wyraźnie strefy wpływów, wokół wielkich miast. Trzeba te mniejsze struktury przekształcić w jedną, większą, silną Rzeczpospolitą. Jeśli nie uczynimy tego w porę, powstaną słabe, wzajemnie zwalczające się semi-księstwa i ten układ zacznie się utrwalać. Rozpad dzielnicowy, osłabienie i wreszcie upadek pod obcym butem. Rozmowy władz Warszawy z władzami Krakowa są bardzo zaawansowane. Tymczasowy Rząd Polski pełni jedynie rolę mediatora. Nie chcemy się angażować bezpośrednio, to bardzo delikatna materia. Kurierem powinien być ktoś, kogo wszyscy będą darzyć szacunkiem i zaufaniem.


Udostepnij
Glodne Slonce

2 Responses to “Trzy cyfry, tysiąc kombinacji”

  1. katine Says:

    bywały lepsze

  2. gothic114 Says:

    Ile kosztuje jedenSF ???

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).