Snowpiercer

SnowpiercerNie lubię filmów, w których mimowolnie kibicuję bohaterom negatywnym. Ci negatywni bohaterowie na tym poziomie narracji są przedstawiani jak złe mamusie, które próbują zabronić dziecku zjedzenia wszystkich słodyczy na raz, a autorzy filmu mówią do widzów jak do dzieci, że zabranianie czegoś innym dzieciom jest generalnie złe. Gdyby (cytując moją żonę) Tarantino wziął na warsztat prozę Coelho i (koniec cytatu) zatrudnił na półtora etatu kilku brazylijskich scenarzystów, to wyszłoby coś w podobnym ciężarze gatunkowym jak Snowpiercer. Uwaga, będą SPOJLERY. Opowiem nawet zakończenie.

Jest taki problem z ekranizacją komiksów, że fani pierwowzoru najchętniej widzieliby komiks jako gotowy storyboard. A skoro ci fani mają być trzonem opiniotwórczych widzów pierwszego rzutu, to siłą logiki finansowej twórcy filmu poddają się temu i podporządkowują narrację wizualną estetyce komiksu. A ponieważ język komiksu i język kina to dwa różne języki, takie literalne tłumaczenie idiomów nie może się dobrze skończyć.

Background fabuły w skrócie jest prosty: walka z globalnym ociepleniem zakończyła się globalnym zlodowaceniem i teraz sobie radźcie frajerzy. Było wiele razy, jasne że było (np. Kolonia), ale nie w tym problem. Problem w tym, że jedyni ocalali podróżują superpociągiem, który bez zatrzymywania się od osiemnastu lat przejeżdża trasę przez pół świata, a nieśmiertelna lokomotywa dostarcza wszystkim energii do życia. Pierwsza myśl jest mniej więcej taka, że to kompletnie bez sensu. Jednak siedzę grzecznie w miękkim fotelu w niemal pustej sali kinowej i czekam na jakieś wyjaśnienie. I, wyobraźcie sobie, niedoczekanie moje – mam przyjąć na wiarę, że tak po prostu musi być. Przyznaję, poczułem się urażony.

Ale OK, przyjrzyjmy się tej Arce Przyszłości (taki jest polski podtytuł). Im bliżej lokomotywy, tym wyższy standard podróży. A ostatnie wagony to już właściwie slumsy i policyjny terror. I w tych slumsach co jakiś czas dochodzi do buntów. Akcja filmu startuje wraz z kolejnym buntem. Miały być spojlery, to będą, bo ten bunt, choć przewidziany i wręcz zaplanowany przez pociągową elitę, odnosi skutek. Czyli, jakby to powiedział inżynier ciepłownictwa – zawór bezpieczeństwa rozp…lił instalację, którą miał zabezpieczać.

Na czele rewolucji stoi młody gniewny, który przeszedł przemianę z walczącego o życie dzieciaka w szlachetnego przywódcę, który czysty moralnie wspina się na szczyt hierarchii społecznej i na samym końcu (czyli w lokomotywie), gdy dostaje ofertę najwyższej władzy, odrzuca ją, by nie zarysować sumienia. Co więcej, poświęca się, zatrzymuje gołą ręką przekładnię pędzącej lokomotywy (tak – gołą ręką, pędzącej lokomotywy), by wydobyć z wnętrza mechanizmu dziecko. Poświęca rękę, żeby uratować dziecko – to bardzo szlachetne, ale ja na jego miejscu poświęciłbym raczej któryś ze stojących obok mebli.

Bunt zamienia się w ludową rewolucję, a rewolucja odnosi zwycięstwo. Zwycięstwo wygląda mniej więcej w ten sposób, że wszyscy giną w wielkiej katastrofie po wykolejeniu pociągu. Ale co z tego?! Wprawdzie wszyscy zginęli, i ci „dobrzy” i ci „źli”, ale przynajmniej postąpiliśmy słusznie. No OK, niemal wszyscy zginęli. Dzięki obowiązującej od jakiegoś czasu w Hollywood politycznej poprawności, zginęli wszyscy biali. Przeżywają za to młoda Azjatka i Murzyniątko. Oboje, jako jedyni ocalali przedstawiciele Homo sapiens, mają przed sobą świetlaną przyszłość na śniegowej pustyni w towarzystwie niedźwiedzia polarnego. Czuję, że ktoś tu kogoś zaraz zje…

Schemat goni schemat, banał goni banał, a wszystko w infantylnie nielogicznej strukturze fabularnej. To nawet nie byłoby złe, gdyby zachować spójność atmosfery filmu z opowiadaną historią. Niestety… Na przykład sekwencja walki w wagonie pełnym zamaskowanych rzeźników z noktowizorami i w kubraczkach z błyszczącego ortalionu jest tak irracjonalnie idiotyczna, że… aż mi było głupio przed innymi ludźmi w kinie, że tam siedzę i że zapłaciłem za bilet. Patrzcie, to ten głupek, który wydał 23 zeta i teraz ogląda rzeźników z noktowizorami i w kubraczkach z błyszczącego ortalionu.

Rozumiem, że jest w tym pewna symbolika, alegoria współczesnego świata z jego nieformalnymi klasami, z bogatymi i biednymi, z moralnością i chciwością. To jasne od pierwszego wejrzenia, tylko że tej alegorii nie wolno opowiadać językiem Mortal Kombat. Powiecie, że filmy Gilliama też są nielogiczne? Zgoda! Tyle że u Gilliama nielogiczność nie jest wadą, a cechą. Bohaterowie zachowują się irracjonalnie, bo każdym swoim atomem są częścią irracjonalnego świata. I widz widzi irracjonalność tego świata, widzi więcej niż unurzani w niej bohaterowie.

Tu jest podobnie jak z Batmanami Nolana – jeśli zrezygnuje się z surrealizmu na rzecz schematycznego i dosłownego patosu, osiąga się efekt odwrotny od założonego i efektem tym jest żenująca śmieszność. Dalej jest już tylko pastisz. Innymi słowy, zamiast oglądać przedstawienie teatralne, oglądasz aktorów biegających po deskach sceny i wiesz, że nie są prawdziwi, że udają i po przedstawieniu pójdą do domu na kolację. Ja wiem, że jestem w mniejszości z takim poglądem, ale to w żadnym razie nie przeszkadza mi mówić mniejszościowym głosem, że Snowpiercer, podobnie jak nolanowskie Batmany, to są złe filmy. I złe w ten sam sposób – poprzez dosłowność i tymczasowość w kontrze do ponadczasowości. Cóż, pieniądz jest pieniądz. Blade Runner, okrzyknięty (słusznie!) najlepszym filmem SF wszechczasów, w pierwszym rzucie kinowym zaliczył spektakularną klapę. Zaczął zarabiać dopiero po latach.

Gdyby nie trzymać się kurczowo pierwowzoru i gdyby ten film wyreżyserował Terry Gilliam albo Wes Anderson, to Snowpiercer miałby szansę naprawdę stać się tym, co kłamliwie obiecuje plakat, czyli przejść do historii kina obok Blade Runnera i Matrixa (pierwszego). Prawdopodobnie byłoby to arcydzieło. A tak wyszedł z tego film dla głupszej części young adults i za tydzień nikt nie będzie go pamiętał.


Udostepnij
Glodne Slonce

12 Responses to “Snowpiercer”

  1. Rafal Kosik Says:

    Co tam robią Tilda Swinton i Ed Harris? Fuchę robią.

    Próbowałem znaleźć czeski trailer, ale się nie udało.

  2. Tałum Says:

    Na szczęście zawsze można liczyć na “grową” wersję Batmana.

  3. Jeremiasz Says:

    Ciekawe. Mam identyczne przemyślenia po obejrzeniu tego filmu. Nie wzbudza żadnych emocji poza zażenowaniem.

  4. Temerir Says:

    Ja gdy tylko zobaczyłem zwiastun stwierdziłem, że nie ma sensu wydawać na ten film ani złotówki. W ogóle czy taka idea “pociągu przyszłości” jest choć trochę realna? Bez żadnej konserwacji torów, etc.?

  5. Rafal Kosik Says:

    Takie drobiazgi, jak konserwacja torów, pomijam, bo te przy sypiącym śniegu stałyby się nieprzejezdne po kilku dniach. I właśnie w tym problem, jeśli twórcy dopuszczą, by widz wypadł z konwencji i zaczął się zastanawiać nad takimi detalami, to już przegrali - zamiast spektaklu teatralnego oglądasz ludzi na scenie. Dlatego przytoczyłem przykład Gilliama - w Brazil czy w 12 małpach jest cała masa nielogiczności, ale nie zwracasz na nie uwagi, bo nie wystają z konwencji.

  6. wisznu Says:

    fakt, zrobili z tego fantastykę socjologiczną.

    I też mnie zastanawiała większośc wymienionych tu spraw.
    Już same założenia filmu były idiotyczne. Zakończenie z tym białym misiem kojarzyło mi się z seksmisyjnym “bocian, jesteśmy uratowani” ;). I też się zastanawiałem - jaki sens ma przeżycie katastrofy przez dwójkę dzieci znającą tylko pociąg?

    W każdym momencie ten film drażnił. I nie pozwolił zawiesic niewiary, choć naprawdę - do samego konca - chciałem dać mu tę szansę.

    No i jeszcze w rozmowie Wilford nakłamał Curtisowi, że jest pierwszą osobą, która przeszła całą długość pociągu.
    Przecież jeszcze w trakcie akcji filmu całą długość pociągu przeszła ta gruba baba w żółtym ubraniu.
    I to 2 razy.

  7. wisznu Says:

    po namyśle:

    zauważyłem, że reżyserem jest Koreańczyk. To trochę zmienia obraz sytuacji.
    miała wyjśc z tego chyba jakaś przypowieść o kondycji naszego społeczeństwa, ale mu nie wyszło.
    Facet próbował połączyć azjatycką umowność niektórych pomysłów czy głównych założeń, czy teatralność (co widać po niektórych scenach walk, czy postaciach - typowo mangowy facet z wielkim młotem, czy rozprawa z “gangiem siekier”) i amerykańską dosłowność. Dlatego wyszło mu takie dziwadło.

    (Tak na marginesie - a propos azjatyckiej umowności - nie wiem czy wiecie, ale jedynym krajem, gdzie film “Wiedźmin” odniósł względny sukces jest właśnie Japonia. Oni docenili umowność naszego gumowego smoka i drętwą grę postaci oraz elementy aikido w scenach walk)

  8. requiem007 Says:

    Ludzie nie powinni brać się za coś czego nie potrafią . A jak się biorą to efekty widać na załączonym obrazku .

  9. trebik Says:

    Abstrahując od tematu Pana nowa książka to- “Akademia Detektywów”?

  10. Dziobal Says:

    A widziałeś może Transcendencję i możesz coś o niej powiedzieć :)?

  11. Rafal Kosik Says:

    Dopiero się wybieram.

  12. Dziobale Says:

    Obejrzałem, ale polecić się nie odważę.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).