Sięgnąć po Zajdla

ZajdelJak co roku wokół Nagrody Zajdla rosną spory i sporki, kłębią się chmury i obłoczki. Zwykle chodzi o to, że nagrodę dostają nie ci, co powinni, a czasem o to, jak w zeszłym roku, że nagrody nie mają sensu, bo wszyscy powinni być równi. Niedawno Martin Ann (dawniej Marcin Przybyłek) napisał na swoim blogu, że otrzymanie Nagrody Zajdla jest wynikiem rodzaju przekupstwa, na przykład nachalnej autopromocji w postaci picia piwa autora z czytelnikami na konwentach. Posypał się za to na niego grad krytyki, w znacznej części niezasłużonej. Marcin dotknął sedna sprawy, obawiam się jednak, że użył zbyt mocnych słów.

Nagroda Zajdla jest plebiscytem. Można nazywać plebiscyt nagrodą za najlepszą powieść, nagrodą dla najlepszego autora, ale w praktyce będzie to nadal plebiscyt. Może więc lepiej się nie łudzić, nazywać rzecz po imieniu i przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Torcik ze składowymi Nagrody Zajdla powinien wyglądać mniej więcej tak:
- 50% - jakość literatury, przy czym „jakość” niekoniecznie oznacza „głęboka”, „piękna” czy „ambitna”, za to prawie na pewno oznacza „fajnie się to czyta”;
- 30% - promocja autora i konkretnej książki tradycyjnymi kanałami;
- 15% - image autora (niekoniecznie prawdziwy);
- 5% - inne czynniki, wśród nich „picie piwa autora z czytelnikami na konwentach”.

Oczywiście można każdą z tych składowych powiększyć, jeśli ktoś bardzo się uprze i dysponuje odpowiednimi środkami. Nie da się ukryć, że jakość literatury jest czynnikiem coraz mniej istotnym, bo dwadzieścia lat temu dałbym tej składowej 90%. I chyba to najbardziej boli Marcina, mnie zresztą też. No niestety, świat się zmienia (psuje) i ten, kto twierdzi, że dobry towar obejdzie się bez reklamy, nic nie sprzedaje. Chwalenie się nie jest już nietaktem, jest zaletą. Niedawny przykład powieści napisanej przez nie-Rowling pokazał, że mechanizmy rynkowe nie robią wyjątku dla świata książki. Smutne to trochę, bo może się okazać, że nagrody dla najlepszych książek będą niedługo dostawały biografie celebrytów i poradniki ogrodnicze. Nie zmienimy tego. Masa ciągnie w dół.

Jednak jestem (ostrożnym) optymistą. Nagroda Zajdla jest nagrodą głównie prestiżową. Jej wpływ na sprzedaż książek laureata jest nieznaczny, nie ma więc sensu za bardzo się starać, żeby tę nagrodę zdobyć metodami niegodnymi gentlemana. Statuetkę Zajdla pewnie dałoby się kupić, gdyby ktoś bardzo się postarał. Kupić na przykład poprzez opłacenie przyjazdu na Polcon trzystu osób, których jedynym zadaniem byłoby wypełnienie karty głosowania i wrzucenie jej do urny. Tylko czy wtedy nagroda nadal byłaby nagrodą? Czy odbieranie statuetki przy gwizdach zamiast oklasków kogokolwiek mogłoby cieszyć? Prestiż z tego byłby raczej ujemny, więc taniej już chyba zrobić na własne potrzeby odlew statuetki, albo od razu kilka, i po cichu postawić na kominku. Ładny przedmiot, nie powiem.

Statuetkę można kupić, nagrody kupić się nie da. Nagroda to nie ten kawałek metalu, tylko uznanie czytelników fantastyki. Oni ocenią, czy autor nie posunął się za daleko z nieuczciwą promocją. Jak na razie to działa.


Udostepnij
Glodne Slonce

9 Responses to “Sięgnąć po Zajdla”

  1. Adriano Kuc Says:

    Mocno i celnie!
    Dzięki Rafał.

  2. nosiwoda Says:

    Yo, a gdzie poza blogiem i fanpejczem Ćwieka pojawiła się krytyka Ann? Bo chętnie przeczytam.

  3. Fan anonim Says:

    Zgadzam się że nagroda to nie tylko statuetka. Ona ma te nagrodę utożsamiać, być symbolem. Bo przecież uznania czytelników nie można sobie postawić w salonie.

  4. Rafal Kosik Says:

    @nosiwoda, na przykładu Piotrka Rogoży.

  5. Jerry Bremer Says:

    Ładnie napisane :)

    Mnie jednak zastanawia sens. Sens wszystkiego, samej nagrody. W plebiscycie nigdy nie jesteśmy w stanie wybrać “najlepszej książki roku”, bo nie ma kryteriów. To znaczy - ja mam świadomość, że w roku 2012 zostały wydane książki znacznie lepsze od tych, które czytałem. Lepsze w sensie bardziej wartościowe, mądrzejsze, ciekawsze. Jednak część z nich była napisana zbyt trudnym dla mnie językiem, więc ich nie przeczytałem, a o istnieniu reszty pewnie nawet się nie dowiedziałem, z braku promocji i reklamy. Nominowałem i głosowałem więc na najlepszą książkę, jaką przeczytałem, mając świadomość, że nie jest najlepszą książką, jaką mógłbym przeczytać.

    Głosujemy na książki, które najbardziej nam się podobały. A prawdopodobnie ta książka, która się ludziom najbardziej podoba, najlepiej się sprzedaje. Dzięki reklamie i promocji wie o niej więcej ludzi, więcej ludzi ją przeczyta, większą liczbę będzie stanowił procent tych, którym się podobała. Ich pieniądze to ich głosy oddane na tę książkę i w plebiscytowym rozumieniu to właśnie ta książka jest “najlepsza”.

    I jeśli to ona wygra nagrodę, to nie będzie w tym nic dziwnego, można się przecież było tego spodziewać, bestseller, ludzie już ją wybrali, więc fakt jej nagrodzenia właściwie nie ma znaczenia. A jeśli wygra inna książka, to znaczy że ludzie, którzy kupują książki, z zatem ci, którzy je czytają, mają tę nagrodę gdzieś, bo nie zagłosowali, nagrodę przyznała mała grupa ludzi, której podobało się coś innego niż bestseller, więc nagroda nie ma znaczenia.

    Może aby przyznawanie tej nagrody miało sens powinniśmy zabronić pisarzom wydawnictwom i księgarniom reklamowania i promowania książek w jakikolwiek sposób, drukować wszystko w szarych okładkach, pisane jedną czcionką - bo przecież ilustracja i typografia może mieć wpływ na zakup. Trzeba by także rozdawać książki, tak aby każdy, kto chce zagłosować, miał dostęp do wszystkich wydanych w damy roku książek (bo może się zdarzyć przecież, że nie stać go będzie na ich zakup, nie?), a ponadto dopilnować, aby każdy te wszystkie książki przeczytał. Wtedy plebiscyt imienia Janusza A. Zajdla na najlepszą książkę będzie miał sens.

    A nie, czekajcie… przecież ludzie są różni i różne rzeczy uznają za najlepsze. Powinniśmy więc jeszcze zunifikować wszystkich, tak, aby każdy miał identyczne wewnętrzne kryteria oceny. I wtedy, nareszcie, będzie można zakończyć dyskusje wokół nagrody, bo nie będzie żadnych wątpliwości.

  6. agrafek Says:

    Nie czytałem tej “w większości niezasłużonej krytyki” tekstu Przybyłka, ale dzięki tej notce przeczytałem sam przybyłkowy lament.

    Nie przepadam za nadmiernie emocjonalnym stylem, w jakim Przybyłek napisał swoją notkę. W moich oczach jest ona smutna nie dlatego, że ukazuje jakąś prawdę nagrodzie, ale dlatego, że przebija przez nią obraz faceta przypisującego innym jak najgorsze intencje. Oto okazuje się, że w typowym konwentowym spotkaniu przy piwie nie ma żadnej autentyczności, a wyłącznie marketingowe wyrachowanie, a większość (do jakiej Przybyłek się nie zalicza) autorów to marketingowi wilcy. Jakoś tak między wierszami da się wyczytać, że prawdziwi artyści nie mają czasu na brudzenie sobie rąk autopromocją, bo piszą cierpiąc na skurcze pisarskie od trudu wstukiwania literek i darcia duszy na czworo.

    Najwyraźniej Przybyłek nabawił się bardzo mrocznych poglądów na świat i kolegów po piórze, skoro widzi ich tylko w takim świetle.

    A czy ma rację? Ma rację, że ważny jest marketing i że pisarze nauczyli się z niego korzystać, ale trudno mi ogłaszać go prorokiem za to odkrycie. Czy ma rację krzycząc, że larum grają, a Janusz Zajdel nie wstaje, za miecz nie chwyta? Nie ma racji. Sam się krzywię na niektóre wybory fandomu i dam głowę, że jeszcze nie było takiego laureata, który by dogodził każdemu. Ale czy fakt, że mój gust nie pokrywa się z gustem tych paruset osób, które pojechały na Polcon i oddały głos na Zajdla to już powód, żeby odsądzać nagrodę od czci i wiary?

    Nagroda jest nagroda fandomu. Nie nagrodą dla arcydzieł literackich, albo dla najmądrzejszych książek we wszechświecie, ale dla dokonań literackich, które tym członkom fandomu, którym się zechciało przyjechać i zagłosować, z jakichś przyczyn wydały się istotne. Jasne, chciałbym, by Zajdle nie omijały np. Twardocha, Szostaka, Nowaka czy Olejniczaka - moich faworytów. A omijają ich, cholera. Mam się z tego powodu obrazić na wszystkich i ich też poobrażać?

    Ćwiek nie jest autorem, na którego teksty nie mogę się doczekać. Jego metody autopromocji czasem mnie drażnią. Ale, u licha, nie dostanie nagrody nawet najgenialniejszy autor, jeśli nikt o nim nie usłyszy. I - cóż, ludzie są tylko ludźmi - lepiej pokazywać się jako sympatyczny luzak, niż rozszlochany ponurak rzucający na innych niefajne oskarżenia.

  7. Rafal Kosik Says:

    Jest jeszcze coś - werdykty ludu są nieodgadnione. W zeszłym roku ukazały się dwa moje opowiadania (trzy, jeśli liczyć Bolka i Lolka). Jedno „Staruch” jest chyba całkiem niezłe, drugie „Miasto ponad i pod” to typowa przygodówka. Pierwsze przeszło kompletnie niezauważone, za to za drugie dostałem Sfinksa. O ile co do pierwszego, to się spodziewałem, że tak będzie, to tyle w przypadku drugiego w życiu bym nie pomyślał, że ktoś je zauważy, o nagrodzie nie wspominając.

  8. 2 Says:

    Ja mam pytanie z innej beczki które od dawna mnie nurtuje, mianowicie: Panie Rafale, czego słucha Net? Pytanie wzięło się z zamieszanie muzycznego w “Orbitalnym spisku”, na imprezie sylwestrowej puszczał “rap i techenko”,
    potem przy polowaniu na kolcobota cytował tekst Staszka Staszewskiego znany z płyty Kultu ( już po sześciu latach przerwy pomarańczowa trasa Kultu wraca do Szczecina juhu),
    a w apartamencie neta na końcu “Małej armii” lamentował jak Feliks niszczył jego plakat Rammsteina. Pozdrawiam Mikołaj

  9. Rafal Kosik Says:

    Sądzę, że Net słucha po trochu każdego z wymienionych rodzajów muzyki.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).