Siedem miliardów i rośnie

Tymczasem w oligocenieWojciech Cejrowski jakiś czas temu, stojąc na bezludnym afrykańskim płaskowyżu, dementował pogłoski o przeludnieniu. Bo rzeczywiście na naszej planecie jest całkiem sporo wielkich przestrzeni, gdzie nikt – albo prawie nikt – nie mieszka. Część ludzi z zatłoczonych do granic możliwości aglomeracji należałoby przesiedlić na niezamieszkane rejony. Proste? Oczywiście że nie. Ludzie nie gromadzą się w miastach z powodu kaprysu, lecz z przyczyn ekonomicznych.

Jest nas coraz więcej, choć niekoniecznie tych z nas i niekoniecznie w tych miejscach, co byśmy chcieli. Więcej ludzi to większe kłopoty, a przecież sprowadzanie rozwiązania problemu przeludnienia do znalezienia miejsca, gdzie można nadmiarowego osobnika osiedlić, świadczy o głębokim niezrozumieniu problemu. Człowiek to zachłanne zwierzę, je więcej, niż musi, zajmuje więcej miejsca, niż powinien i produkuje więcej śmieci, niż nakazywałby rozsądek. A im bogatsze społeczeństwo, tym większe marnotrawstwo. Wraz ze wzrostem populacji i bogaceniem się człowiek potrzebuje więcej zasobów (żywności, energii, surowców). Oznacza to intensywniejszą eksploatację środowiska i jeśli posuniemy się do zagospodarowania bezludnych dziś rejonów, to powstaną tam nie miasta, lecz pola uprawne, kopalnie, elektrownie.

Na złość wieszczącym katastrofę ekologom wcale nie ma pewności, że ropa naftowa jest surowcem nieodnawialnym. Nie ma również niepodważalnych dowodów, że to człowiek wpływa na efekt cieplarniany, dziurę ozonową i kilka innych zjawisk, które miałyby doprowadzić ludzkość do zagłady. Być może wszystkie katastrofy, którymi nas straszą, są czystą fantastyką, być może nadejście tych katastrof będzie przez swoich wieszczów wciąż przekładane tak samo jak premiera końca świata. Nie da się jednak zaprzeczyć, że kłopoty istnieją, narastają i pojawiają się nowe. Na przykład już dziś poważnym problemem staje się niedostatek wody. Jeżeli ocieplenie klimatu – nieważne z naszej czy nie naszej winy – będzie postępować, to ogromne obszary rolnicze zamienią się w pustynię. Co się wtedy wydarzy? To samo, co wydarzało się niezliczoną ilość razy w ciągu naszej historii – ludzie wyruszą na poszukiwanie zasobów gdzie indziej. Tyle że po raz pierwszy w historii nie będzie już wolnych, nienależących do nikogo zasobów.

Ludzi przybywa i będzie przybywać. A najwięcej tam, gdzie najtrudniej się żyje. To dostosowanie ewolucyjne – w trudniejszych warunkach potomstwo musi być liczniejsze, by przetrwać. I zasada ta się sprawdzi, gdy liczniejsza armia pokona mniej liczną w wojnie o wodę. Na długo, zanim Ziemia zamieni się w jedno wielkie miasto a la Coruscant, zabraknie zasobów naturalnych, również tych odnawialnych. Ziemia sama pozbędzie się nadmiaru Homo sapiens, morząc go głodem i wojnami. Można się spodziewać, że Homo sapiens będzie miał coś przeciwko.

Gdy pola uprawne osiągną maksymalną wydajność, gdy ze skał nie zdołamy już wycisnąć ani odrobiny ropy, a zużycia wody i energii nie da się dalej ograniczać, trzeba będzie posunąć się do metod bardziej radykalnych – wyemigrować z własnego środowiska, choćby po to, by zwiększyć powierzchnię upraw. Sposobów jest kilka.

Pierwszym rozwiązaniem, które się nasuwa, są pionowe miasta zrealizowane w oparciu o hiperwieżowce, bądź o całe struktury przestrzenne. I wszystko byłoby pięknie, bo w takim pionowym mieście można by bardzo efektywnie kontrolować klimat, uprawiać rośliny, pozyskiwać wilgoć i energię elektryczną wprost z atmosfery. Wielką wizję psuje niestety równie wielki cień, który częściowo wyłączy z użytku grunt w pobliżu pionowego miasta.

Kolejnym pomysłem rodem ze starych książek i filmów SF są miasta podwodne. Wody mamy znacznie więcej niż lądu, więc jak się postaramy, to na luzie dobijemy do dwudziestu miliardów populacji. Możliwe? Jasne, że nie. Podwodne miasta są jak najbardziej wykonalne technicznie, lecz filmowe wizje przestrzennych jasnych wnętrz trzeba by zamienić na klaustrofobiczne klity. No i w sumie dlaczego mieszkać pod wodą? Niewygodnie i drogo. Wprawdzie morze zapewnia wszystko, co potrzeba do życia, ale już części zamiennie do skomplikowanej aparatury utrzymującej znośne warunki w habitacie powinno się sprowadzać z lądu.

Częściowo problemy te rozwiązuje przeniesienie całego projektu na powierzchnię. Z powodzeniem, choć na małą skalę, robią to Holendrzy – czy to zasypując płycizny, czy budując domy na pływających platformach udających ląd stały, czy po prostu zamieniając barki w domy. Jest to możliwe tylko na wodach przybrzeżnych lub wręcz śródlądowych, a i tak wiąże się z kosztami i trudnościami technicznymi niewystępującymi na lądzie stałym. Dowodem na to, że się da, przynajmniej przez jakiś czas, również dalej od brzegu jest najmniejsze państwo świata. Nie, nie mam na myśli Watykanu. Chodzi o Sealand, quasi-państwo powstałe u wybrzeży brytyjskich na nieużywanej platformie z czasów drugiej wojny światowej. Mieszkanie na wielkich, stojących na dnie bądź zakotwiczonych platformach-miastach może nie będzie bardzo komfortowe, ale pod każdym względem lepsze od podwodnego habitatu.

Idąc w druga stronę, można by się zastanawiać nad zbudowaniem miast napowietrznych, podwieszonych do balonów wypełnionych helem, lub – efektywniej – aerożelem z próżnią zamiast powietrza. A jeszcze lepiej zastąpić balony linami łączącymi powierzchnię Ziemi z ciężkimi obiektami powyżej orbity geostacjonarnej. Takie miasta na wysokości kilku tysięcy kilometrów nad równikiem nikomu by nie przeszkadzały, gdyż na powierzchni zajmowałyby tyle miejsca, ile zaczepy lin.

Skoro już opuściliśmy powierzchnię Ziemi, to czemu od razu nie przenieść się na stację orbitalną ze sztuczną grawitacją? Wielu doceniłoby niezmienną aurę i święty spokój. Stacje orbitalne za kilkanaście, kilkadziesiąt lat mogą się stać miejscem wypoczynku ekscentrycznych milionerów, ale bez rozwiązania problemu komunikacyjnego – niczym więcej. Zdecydowanym plusem jest za to dodatkowa funkcja stacji – izolacja od Ziemi, co się może okazać cenne w przypadku potężnej pandemii lub innej katastrofy na skalę globalną.

Niestety, wszystkie wymienione powyżej pomysły nie wpłynęłyby znacząco na odciążenie środowiska, nadal bowiem przemysł pozostawałby na powierzchni Ziemi, a zanieczyszczenie powietrza by się nie zmniejszyło. Stację orbitalną trzeba by więc zamienić w samowystarczalny statek kosmiczny, który wymaga jedynie dostarczania energii z zewnątrz, a tej w pobliżu centrum Układu Słonecznego nie brakuje. Tu problemem jest głównie napęd, bo całej reszcie technologicznie byśmy zapewne podołali. Jeśli wystarczyłoby kasy.

Podążając tym tropem, skoro już mielibyśmy napęd, zamiast gnieździć się na statku, wygodniej byłoby znaleźć ziemiopodobną planetę i zwyczajnie ją zasiedlić. Problem leży w tym, że jeżeli jakaś planeta zapewni warunki podobne do ziemskich, to można przypuszczać, że będzie tam istniało życie podobne w jakimś stopniu do ziemskiego. Podobne oznacza niekompatybilne na poziomie molekularnym. Zjeść rosołu z „obcej” kury raczej się nie da. Zanim więc byśmy się tam osiedlili, musielibyśmy zniszczyć całe tamtejsze życie. Niestety po takiej operacji planeta nie nadawałaby się już do użytku.

Ultymatywną metodą wydaje się genetyczna modyfikacja samego człowieka – o czym pisał chociażby Andrzej Zimniak w Białym Roju – tak, by człowiek, nie używając drogich technologii, mógł opanować niedostępne środowisko. Chociażby wspomniane wcześniej oceany. Tylko… czym to się różni od wyhodowania sztucznej rasy inteligentnych karpii?

A w sumie to po co szukać innej planety, skoro nasza własna jest pod ręką. Wiemy na pewno, że warunki panujące tutaj przez ostatnie kilkadziesiąt milionów lat, jeśli nie dłużej, pozostawały znośne dla ludzi. Wahania temperatury i stężenia tlenu można przeżyć. Dinozaury były jadalne, pewnie tylko smakowały jak kurczak. Zaraz, halo! Mówimy o przeszłości… To se ne vrati. Ale może prostsze od zbudowania hipernapędu jest stworzenie wehikułu czasu? Z pewnością równie fantastyczne.

Na czym polega pomysł? Przenosimy w przeszłość dobrze wyposażoną i liczną grupę osadników, czyli pozbywamy się kilkunastu milionów ludzi z przeludnionej teraźniejszości. Lądują, załóżmy, trzydzieści milionów lat temu w środkowym oligocenie. Tworzą tam cywilizację, która przecież nie będzie istniała wiecznie. Zwinie się, zdegeneruje, zabije sama siebie najdalej po kilkudziesięciu tysiącach lat. Wystarczy więc zostawić margines jakichś stu tysięcy lat, by planeta posprzątała po najeździe pasożytów, i możemy słać kolejną ekipę.

Ten plan nie ma słabych punktów. A na razie, do wynalezienia wehikułu czasu, najlepiej się nie mnożyć.


Udostepnij
Glodne Slonce

15 Responses to “Siedem miliardów i rośnie”

  1. Faktek Says:

    Jakoś tak mi się skojarzyło http://9gag.com/gag/268265

  2. OldShaterhan Says:

    Panie Rafale, a kto wie, czy obca kura nie będzie jadalna ;)
    Jak Pan tak wspominał o tych domach powietrznych, to wspomniała mi się pewna kreskówka, ale nie umiem sobie przypomnieć tytułu. ;)

  3. fan anonim Says:

    Ciekawe pomysły ale jak by się postarać to pewnie jeszcze pare można by wymyślić.

  4. Bartek Says:

    Niektóre wizje rodem z Jetsonów, a ta ostatnia to chyba Terra Nova.

  5. Rafal Kosik Says:

    To jest felieton podsumowujący wiele pomysłów. Co do jadalności kury, to wypadałoby poprosić o wyjaśnienie biochemika. Ja mogę odpowiedzieć niefachowo: z możliwych wielu kombinacji białek życie na ziemi wykorzystuje ledwie kilka. Być może kiedyś było ich więcej, ale ewolucyjnie liczba ta została zredukowana. Innych kombinacji organizm ludzki nie potrafi przyswoić, choć zapewne dałoby się z nich stworzyć coś, co by wyglądało i zachowywało się jak kura.

  6. Adameq Says:

    Obawiam się, że dużo szybciej niż do wynalezienia wehikułu czasu czy terraformowania innych planet, dojdzie do depopulacji i problem się rozwiąże, a przynajmniej na jakiś czas.

    PS Czy (naprawdę) wierzy pan w podróże w czasie?

  7. Maciej Mosak Says:

    Prawda jest taka, że ingerowanie w przeszłość, jest niebezpieczne i może przynieść katastrofalne skutki.

  8. szary Says:

    Wszystko fajne, tylko że tak na prawdę bez tego, że jest nas tak dużo nie byłoby postępu, który daje podstawę do snucia futurystycznych wizji.
    Wiele milionów ludzi musi pracować w psqudnych warunkach i płacić podatki aby kilku najzdolniejszych mogło wymyślać i realizować technologiczne skoki.

    Krótkie zdanie “najlepiej się nie mnożyć” otwiera drzwi do wielkiej manipulacji i zbrodni.
    Co się dzieje w Chinach to powoli dociera do świata. Jeżeli chociaż 1% teorii spiskowych o sposobach przeciwdziałania przeludnienia jest prawdą to też dreszcz przechodzi.
    Ja uważam, że jedyną drogą jest ucieczka w przód, chociażby miała to być jak w opisanym przez Pana pomyśle: ucieczka w przeszłość.

    Jako dodatkowy argument za tym, że problem jest do rozwiązania, można rozważyć przypadki państw zachodnich, gdzie rosnący dobrobyt powoduje zmniejszenie dzietności, aż do wystąpienia problemów demograficznych w drugą stronę.

  9. FNiN_addict Says:

    Zmarnował mi pan i tak beznadziejny dzień… Dzięki za dodatkowe zmartwienia.

  10. Samantha Says:

    Haha, i czymże wobec takich problemów jest jutrzejszy sprawdzian?:P ALbo matura?

  11. wisznu Says:

    cofniecie w czasie duzej grupy ludzi ma jedna wade - oni beda wykorzystywac dostepne zasoby naturalne (rudy zelaza, itp.), wiec w efekcie szybciej nam sie skoncza, bo zaczniemy z nizszego poziomu…

  12. szary Says:

    @wisznu:
    Przy założeniu że założona w przeszłości cywilizacja nie dotrwa do naszych czasów to i tak całe zgromadzone przez nich żelazo będzie dostępne w formie pozostawionego przez nich złomu.

    … no chyba że zwieją z nim w kosmos

  13. asia Says:

    Obca kura.Hm…ciekawe…

  14. cleevleen Says:

    powstał nawet taki serial Terranova o przejściu z przeludninoej Ziemi do ery dinozaurów. Tylko potem ludzie z Ziemi zaczęli czerpać surowce z przeszłości.

  15. FanOskar Says:

    Tak, ale gdyby ludzie w przyszłości przenieśli się w przeszłość i ją skolonizowali, to mielibyśmy dzisiaj tego ślady. Jeśli jakaś grupa ludzi hasała sobie z dinozaurami, to dzisiaj mielibyśmy tego ślady, jakieś szczątki starych budowli z materiałów z przyszłości czy inne wsio. Ten pomysł idzie się bujać.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).