Różaniec - fragment #2

Różaniec Przyjdzie, nie przyjdzie, przyjdzie… Obracał w dłoniach zapalniczkę. Chrzanić, nie ten, to będzie inny. Dopijał drugą kawę i wyglądał przez okno na słoneczny, ruchliwy chodnik. Może gdzieś tam jest, trzeci raz mija kawiarnię i bije się z myślami. Przyjdzie, nie przyjdzie… Klient, odważny anonimowością sieci, umawia się, ale często pęka przed osobistym spotkaniem. To oczywiście naiwność, bo dyskrecja w internecie jest ułudą amatorów. Będą chcieli wyśledzić – wyśledzą każdego. Tajemnica tkwi w nijakości codziennej szarej egzystencji. Tak przynajmniej powinno to wyglądać z zewnątrz. Powycierana i wymięta kurtka wojskowa, bezfasonowe spodnie z wieloma kieszeniami i czapka z daszkiem. To ostatnie, by uniknąć wzroku kamer, umieszczanych zwykle pod sufitem.
Wybrał miejsce, którego nie widziała żadna.
Na blacie leżał komunikator – płaski czarny monolit wielkości dłoni. Co kilka sekund wyświetlał godzinę. Dwunasta czterdzieści siedem, ponad kwadrans po czasie. To też się często zdarzało. W zawodzie nuzzlera cierpliwość czasem się przydawała, choć w przypadku Harpada była to umiejętność nabyta i nie rozciągała się na inne sfery życia. Inne sfery życia w ogóle źle u niego wyglądały. Dobijał czterdziestki i jedyne, czego mu nie brakowało, to pieniądze. Reszta była chaosem. Potrzebował kamuflażu, szarości, by Nadzór nie skupił na nim swojej uwagi. Niestety, każda próba podjęcia stałej pracy na pół etatu kończyła się po miesiącu, dwóch awanturą z szefem. Nikt nie chce pracownika, który zawsze wie lepiej. Brak oficjalnej pracy to był pewien problem, ale lepiej kamuflować już się nie da bez zatracania własnego ja. Sprawy rodzinne wyglądały…
— Pan Harpad? — Nad stolikiem pochylał się drobny mężczyzna o wyglądzie szczurka. Łysa czaszka, okrągłe okulary, odstające i lekko szpiczaste uszy jednoznacznie kojarzyły się Harpadowi z gryzoniem. Przybysz nawet skajową teczkę trzymał przed sobą w chudych, ugiętych ramionkach, jakby nie mógł się zdecydować, czy chce jej bronić, czy się za nią schować.
Harpad postawił na blacie otwarty dyskreter i do wyłożonego pluszem wnętrza wrzucił komunikator. Gestem wskazał krzesło po drugiej stronie stolika. Przybysz posłusznie usiadł, a raczej przycupnął na krawędzi siedziska, włożył komunikator do pudełka i wbił wzrok w blat.
— Mam złe przeczucia. Żona ostatnio źle się do mnie odnosi — zaczął cichym falsetem. — Coraz gorzej, szczerze mówiąc. W pracy też beznadziejnie. Myślę, że to jak mnie traktuje szef, też ma duży wpływ… Wieczorami, leżąc w łóżku, zastanawiam się jak go zabić. To tylko takie myśli oczywiście. Nie zrobię tego. Jak miałbym…? Wczoraj wydarzyła się taka przykra sytuacja z sąsiadem –
— Nie musi się pan tłumaczyć. — Harpad zamknął dyskreter. Teraz komunikatory były izolowane akustycznie i elektromagnetycznie. — Nie interesują mnie pana motywy. Pan płaci, ja podaję wartość PZ.
— Tak po prostu? — Szczurek zerknął na rozmówcę i uciekł wzrokiem. Zaczynał działać Harpadowi na nerwy.
— Chyba o to panu chodzi?
— Tak, tak… — Gorliwie przytaknął przybysz i ponownie zapatrzył się w blat.
Harpad czekał na kolejne pytanie. Nie doczekał się, wyjaśnił więc:
— Płaci pan teraz. Odpowiedź dostarczę za piętnaście minut.
— A jeśli pan ucieknie z pieniędzmi? — Szczurek spojrzał na niego z dramatycznym wyrazem twarzy.
— Wówczas będzie to znaczyło, że został pan okradziony — odparł spokojnie Harpad — ale odkąd siedzę w tym interesie, czyli od jakichś dwunastu lat, nigdy tego nie zrobiłem.


Udostepnij
Glodne Slonce

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).