Przyszłość książki

Nie ma wątpliwości, że książka papierowa będzie wypierana przez elektroniczną. Nie ma również wątpliwości, że słowo pisane będzie oddawało pole innym formom przekazu. Książka w obecnej postaci, czyli pokrytych maczkiem kartek w twardej lub miękkiej oprawie nie zniknie, ale stopniowo stanie się przedmiotem luksusowym, dostępnym i zrozumiałym dla elity.

Forma

E-booki to nowe możliwości i nowe zagrożenia. Możliwość zgromadzenia całej biblioteki w pamięci małego e-readera jest bardzo atrakcyjna dla aktywnych nomadów początku XXI wieku. Przeprowadzamy się częściej, mieszkamy w wynajętych domach, potem zmieniamy pracę, partnera i znów się przeprowadzamy. To wymusza zmniejszenie fizycznej masy i objętości majątku ruchomego.
E-booki wydają się więc idealnym rozwiązaniem. Również dla wydawcy, bo koszty produkcji, magazynowania i dystrybucji papierowych cegiełek są spore.
Ale to tylko pozorna korzyść. Skopiowanie papierowej książki jest kłopotliwe i kosztowne. Nawet jeśli kopia okaże się minimalnie tańsza od oryginału, to czytanie jej nie będzie zbyt wygodne. Natomiast, jak pokazuje doświadczenie branży filmowej, muzycznej czy software’owej, pliku cyfrowego nie sposób zabezpieczyć przed kopiowaniem. Co więcej, jest to kopiowanie bezstratne. Sytuacja jest właściwie trudniejsza niż w przypadku filmu czy muzyki, e-booki bowiem w ogóle nie będą miały nośnika materialnego – będą sprzedawane przez internet. Jeżeli autor nie będzie mógł poświęcić się pisaniu i zarabiać nim na życie, zajmie się czym innym - książki nie będą powstawać. Jak więc zabezpieczyć zyski autora i wydawnictwa? Możliwości zabezpieczeń plików jest wiele. Niestety większość jest uciążliwa dla zwykłego użytkownika, a jednocześnie nie stanowi problemu dla pirata-specjalisty. Jeżeli użyjemy najlepszego zabezpieczenia, polegającego na przypisaniu pliku do konkretnego urządzenia, to jego zgubienie bądź zniszczenie spowoduje utratę całego księgozbioru. Jakaś forma backupu jest więc niezbędna. A backup oznacza kopię. Jedynym dobrym zabezpieczeniem jest więc chyba uczciwość czytelników.
Innym potencjalnym zagrożeniem jest nadmiar. Każdy posiadacz komputera będzie mógł napisać książkę i ją opublikować (CTRL P). Osłabiona zostanie bariera w postaci redaktorów weryfikujących jakość dzieła i radosna tfurczość, która teraz jest domeną internetu, wyleje się na karty elektronicznych książek.
Oczywiście czytanie na ekranie laptopa czy palmtopa jest niewygodne. Urządzenia dedykowane do tego celu już istnieją – są to e-readery (e-book readery). Przypominają nieco komputery tabletPC, tyle że zastosowanie wyświetlacza w technologii e-paper pozwala im pracować między ładowaniami wiele godzin (e-paper pobiera prąd tylko do zmiany zawartości ekranu). Głównymi ograniczeniami tego rodzaju urządzeń pozostają nadal: cena, niezbyt czytelny ekran, no i delikatność konstrukcji. Jeśli te ograniczenia znikną, użytkowników e-readerów zacznie przybywać bardzo szybko.

Treść

To akurat nic nowego, każda próba porządkowania prowadzi do szufladkowania. Od początku kariery książki popularnej wydawcy dzielili je na grupy z etykietami „kryminał” czy „romans”, co znakomicie ułatwiało im promocję, a czytelnikom rozeznanie, do którego regału w księgarni podejść. Dla autorów oznacza to wtłoczenie w koleiny. Niektórym zapewne to nie przeszkadza, ale tym ambitniejszym ogranicza swobodę artystyczną. Tu również następuje ciągła specjalizacja, więc mieliśmy kilka lat temu wysyp „kryminałów historycznych z wątkiem religijnym w tle”. W przyszłości autor będzie miał problemy z pisaniem, co mu w duszy gra. Na tego rodzaju luksus będą sobie mogli pozwolić najlepsi. Reszta będzie musiała pisać na zamówienie i według briefu.
Od dawna działają spółki autorskie. Nie ma w tym niczego złego, dopóki nie jest to grupa dziesięciu osób piszących pod jednym pseudonimem, a oficjalna biografia „autora” mówi, że jest on genialnym nastolatkiem, którego cała edukacja pozostała w rękach rodziców. Z punktu widzenia marketingu nazwisko autora jest marką taką jak Nokia czy Jeep, więc maszyna rynkowa będzie się starała z każdego nazwiska wyciągnąć jak największe zyski. Niektórzy znani autorzy anglosascy niespecjalnie się kryli z tym, że ich późne książki są pisane przez innych, zwykle młodych pisarzy na dorobku. Mistrz prócz użyczenia nazwiska na okładkę (i zgarnięcia lwiej części zysku) tworzył ogólną koncepcję i nadzorował proces pisania. Naturalnym następnym krokiem wydaje się projektowanie bestsellerów z użyciem tych samych narzędzi, które od lat pomagają promować buty sportowe czy napoje energetyczne. Proces powstawania książki rozpocznie się więc od badań rynku, a głównie zmian w preferencjach czytelniczych grupy docelowej. Następnie zostanie zaprzęgnięty do pracy wirtualny autor, czyli grupa wąsko wyspecjalizowanych i doskonale wyszkolonych wyrobników: od koncepcji, od budowy postaci, od opisów przyrody, od dialogów, etc. Ich połączone siły sprawią, że książka będzie doskonalsza niż pisana przez jednego człowieka, ale straci duszę. Produkt końcowy spełni wszelkie wymogi dobrej książki popularnej dla mniej wymagających czytelników, ale oczywiście będzie miał niewiele wspólnego z tym, co teraz uważamy za dobrą książkę. Zważywszy, że książki jedynie firmowane nazwiskiem autora prawie zawsze są gorsze niż te rzeczywiście przez niego napisane, ten trend źle rokuje jakości przyszłej literatury.
Kresem rozwoju książki pisanej (przynajmniej kresem jaki widać z roku 2008) jest przejęcie trudu tworzenia literatury przez programy komputerowe. Jeśli ktoś nie użyje tej informacji w promocji książki, prawdopodobnie nawet tego nie zauważymy.

Język

To naturalne, że język angielski wypiera wszystkie inne języki obszarów kultury globalnej. Również z literatury. Dość szybko rośnie liczba Polaków czytających beletrystykę po angielsku, nieraz wyłącznie po angielsku. To zjawisko uszczupla nieco polski obszar językowy, ale go nie niszczy. Zagrożenie nadchodzi z innej strony, a raczej zewsząd – z rozwoju kultury obrazkowej i łatwo dostępnych, nieraz darmowych bodźców. Tych wciąż przybywa: to choćby kilkaset kanałów telewizyjnych w każdym domu, czaty dostępne przez komórki, dziesiątki sieczkowatych programów radiowych czy serwisy w stylu YouTube, które dostarczają krótkotrwałej rozrywki w tempie przewyższającym wielokrotnie możliwości jej wchłaniania. W tej konkurencji słowo pisane przegrywa, bo wymaga wysiłku. Ostateczny cios książce zada więc postępujący analfabetyzm.

Teatr nie umarł wraz z narodzinami kina, ale stał się sztuką elitarną o małym zasięgu oddziaływania. Kino też nie umarło po wynalezieniu telewizji i DVD. Nie zniknie i książka, póki będą ludzie ceniący dotyk, zapach papieru i staroświeckie kodowanie myśli za pomocą kilkudziesięciu znaków.


Udostepnij
Glodne Slonce

18 Responses to “Przyszłość książki”

  1. Mari Says:

    :-o

  2. Rafal Kosik Says:

    I to jest właśnie przykład kultury obrazkowej ;)

  3. Dziwak Says:

    U la la… No niezle. Troche szkoda, ale jakby nie patrzec, ja juz i tak mam duzo w pamieci komputera…

  4. niektoś Says:

    “a oficjalna biografia „autora” mówi, że jest on genialnym nastolatkiem, którego cała edukacja pozostała w rękach rodziców.” - z jakimś dosyć znanym autorem mi się to kojarzy… hmmm… czyżbym miała rację?

  5. Rafal Kosik Says:

    Skojarzenie słuszne;) Ale to tylko akcent humorystryczny.

  6. Janek Says:

    Mówiąc o tereści zupełnie przyznaje panu racje w epice już od dawna (podobnie jak w muzyce) nie dla wszystkich istnieje wolność słowa. Ludzie, albo piszą niezrozumiale dla wszystkich, albo na zamówienie. Reszta to wąska grupa literacka, która albo jest odbiorcą, albo piszę o tym co nie dla wszystkich jest zrozumiałe. W literaturze jest tak, że zazwyczaj o cenie książki nie decyduje wartość literacka, ale tylko okładka.

  7. Janek Says:

    Natomiast drugą rzeczą która mnie “wkurza” w literaturze to beznadziejne tłumaczenia, których w dzisiejszym świecie jest dosyć dużo.

  8. Wiana Says:

    Ja mam nadzieję, że książki nigdy zejdą na bok. Czytanie e-booków to nie to samo. Nie czuje się tej “materialnej”… tajemnicy, co ta książka nam da. Współczuję ludziom, którzy nigdy nie mieli w ręku książki i tym, kórzy nie umieją jej docenić.

  9. Procesor Says:

    Wie pan, że Vertical jest już dostępny w internecie? Smutne, lecz prawdziwe…

  10. Valandil Says:

    Świetny artykulik! A “oficjalna biografia „autora” mówi, że jest on genialnym nastolatkiem, którego cała edukacja pozostała w rękach rodziców”? Kojarzy mi się z tym Christoperem Paolini, czy jakoś tak, od “Eragona”

  11. maro Says:

    ciekawe jak przeczytacie te wasze e-booki kiedy wyczerpią się w nich baterie albo się zepsują albo wynajdziecie coś nowego. A książke zawsze i wszędzie możecie przeczytać nawet te z przedkilkuset lat

  12. tesska Says:

    Większy z Ciebie optymista, niż z pana profesora wykładającego historię ruchu wydawniczego na moim uniwerku, Rafale :)
    On twierdzi, że książki zostaną tylko w muzeach. A ja twardo wierzę w… problemy z oczami. Większość moich znajomych czyta książki papierowe dlatego, że według nich mniej męczą wzrok. I sądzę, że to, obok przyzwyczajenia, jeszcze przez jakiś czas (mam nadzieję, że długi) będzie przemawiało za książkami tradycyjnymi.

  13. Rafal Kosik Says:

    E-readery są coraz doskonalsze. Obecnie stosowany w nich elektroniczny papier potrafi udawać słabo wydrukowaną książkę (litery są ciemnoszare na jasnoszarym tle), ale sądzę, że kwestią czasu jest poprawienie jakości. W tym momencie myślę, że główną barierą ekspansji e-readerów będzie cena i delikatność urządzenia.

  14. twoja stara Says:

    wow

  15. TheAër Says:

    A ja nie wierzę ani w e-readery, ani w to, że tradycyjna książka mniej męczy wzrok. E-reader ma tą wadę, że jest to narzędzie specjalistyczne (dlatego tablet lub nawet netbook wydaje się być lepszą alternatywą). Absolutnie nie zamierzam niczego ujmować e-readerom, chodzi mi tylko o ludzkie wygodnictwo - gdy zaczęto produkować telefony z dużą pamięcią, odtwarzaczem MP3 i wyjściem słuchawkowym mini-jack, dużo osób odeszło od standardowych mp3-playerów.

    Co do książek papierowych, to po przeczytaniu 2000 stron na netbooku, zaczęło mi brakować podświetlenia w papierze. Backlight w laptopie czyni litery wyraźniejszymi i tym samym przyspiesza czytanie.

  16. Rafal Kosik Says:

    Przyzwyczajenie robi swoje, ale tak samo a MP3-player jest wygodniejszy od telefonu z odtwarzaczem, tak samo e-reader jest wygodniejszy od tabletu.

    A książka od e-readera.

  17. Rademede Says:

    Ja mam e-readera ale zdecydowanie bardziej wolę zwykłe książki.
    Niby wygodniejszy, bo mogę mieć ok 20 książek w jednym miejscu i nie muszę tyle dźwigać. Ale w takim czytniku (np. kindle) trochę ciężko jest czasem z polskimi znakami, układem stron i wielkością liter jak ma się plik w pdf. No i nudzi mnie ciągłe naciskanie klawisza jak chcę przejść na następną stronę. A bateria ma taką dziwną właściwość, że zawsze wyczerpuje się jak jest jakaś ciekawa akcja.

  18. Felix Says:

    Ja mam Kindle Touch i jestem ni
    m zachwycony. Moge pomiescic ok.2500 ksiazek, a brak polskich znakow wcale nie przeszkadza (dowodem moze byc ten comment).
    Wygodnie sie na nim czyta, nie musze wyciagac juz grubego tomiszcza Kinga w autobusie, tylko maly czytnik… Brak zapachu ksiazki moze troche przeszkadza, ale nie zaprzestalem czytac papierowych ksiazek. A z delikatnym wykonaniem sie nie zgadzam. Zreszta nawet jesli go jakos uszkodze, to producent (Amazon) przysle mi nowy ;).

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).