Przyciemnianie dark future

Gdy dawno temu kilkudziesięciu żeglarzy przypadkiem dotarło do Wyspy Wielkanocnej, dostali od losu bilet wstępu do raju na ziemi: łagodny klimat, nieograniczone zasoby łatwego do zdobycia pożywienia i równie nieograniczone zasoby drewna. W połączeniu z brakiem groźnych drapieżników stwarzało to warunki idealne do dostatniego życia. A jednak kilka stuleci później mieszkańcy zamienili raj w jałowe piekło, w którym wrogie grupy walczyły o ostatki pożywienia. Po dżungli nie było już śladu, zarżnięto ostatnie zwierzęta, zjedzono ostatnie owoce. Upadek kultury spowodował, że już od pokoleń wyspiarze nie pamiętali, skąd przybyli ich przodkowie. Nie wierzyli nawet, że istnieje cokolwiek poza ich wyspą. A nawet, gdyby wpadli na pomysł, by z wyspy uciec, to już dawno nie mieli drewna do zbudowania łodzi.

Jednym z moich bardziej zaskakujących spostrzeżeń ostatnich lat jest to, że większość ludzi kompletnie nie interesuje się przyszłością wykraczającą poza horyzont wyznaczany przewidywaną długością ich życia. Zupełnie jakby w momencie ich śmierci miał przestać istnieć cały świat. Wydaje się, że wraz z rozwojem nauki i edukacji ludzie powinni być bardziej świadomi, tymczasem wygląda na to, że chłop pańszczyźniany myślał bardziej perspektywicznie niż dzisiejszy przedstawiciel kategorii DINK (double income, no kids), bo w swoich działaniach brał pod uwagę dobro dzieci i wnuków.

Żyjemy w czasach bezprecedensowych (lub chociaż tak nam się wydaje), bo po raz pierwszy w historii ludzkości ogarniamy wiedzą całe dostępne nam środowisko i potrafimy ocenić nasz wpływ na nie. Możemy więc planować, jak korzystać z niego w sposób odpowiedzialny. A jednak tego nie robimy i niszczymy to środowisko w sposób równie bezprecedensowy.

Wyspa Wielkanocna to miniaturowy model Ziemi. Tym bardziej adekwatny, że robimy to samo, co mieszkańcy wyspy, tyle że w skali planetarnej. Okradamy przyszłe pokolenia ze wszystkiego, z surowców naturalnych, z żyznych ziem, z czystego powietrza i czystej wody. Okradamy ich nawet z dobrobytu, bo żyjemy ponad stan na kredyt, którego nie będziemy potrafili spłacić. Oficjalny dług publiczny na jednego obywatela Polski to 20 tysięcy złotych, a realny jest co najmniej czterokrotnie wyższy. Nasze emerytury już dawno są przejedzone, przejedzone są emerytury naszych dzieci a nawet naszych nienarodzonych wnuków. Dług wciąż rośnie i w końcu ktoś upomni się o spłatę.

Ale pal diabli gospodarkę, rynki finansowe, bankowość. Te wirtualne byty nie raz padały i się podnosiły, startując niemal od zera. Gorzej sytuacja wygląda z zasobami naturalnymi planety – ich nie da się po prostu zresetować. Jeśli je zużyjemy, to ich nie będzie. Proste. To samo dotyczy zasobów odnawialnych. Warto wspomnieć, że mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej opierali się na surowcach w stu procentach odnawialnych, a i tak zniszczyli je całkowicie. Te procesy zachodziły powoli, przez pokolenia, wiec wyspiarze mogli nie mieć świadomości, co się dzieje. My mamy tę świadomość. Widzimy te zmiany, wiemy, do czego prowadzą, a i tak nic z tym nie robimy.

Za mojego życia populacja na Ziemi podwoiła się, przy czym wzrost dotyczył niemal wyłącznie krajów rozwijających się. Jeśli przyrost się utrzyma na podobnym poziomie, to w ciągu najbliższego pół wieku ludzkość będzie musiała wyprodukować więcej żywności niż w całej swojej historii, od początków rolnictwa dziesiątki tysięcy lat temu. To oczywiście nie jest możliwe.

Zanim jednak zaczniemy głodować, czeka nas kryzys energetyczny i surowcowy. Ponieważ czerpiemy z ograniczonych zasobów, jest proste jak 2+2=4, że wydobycie ropy, gazu, węgla, stali, miedzi i całej reszty niezbędnych nam substancji zacznie spadać, a wreszcie ustanie. Ściślej mówiąc, mimo naszych usilnych starań, już spada. Bez surowców, a szczególnie bez energii, nie może istnieć cywilizacja. Za ile czasu ten nasz skomplikowany system podtrzymywania komfortu życia zacznie się krztusić? Trudno powiedzieć. 50 lat? 80 lat? W tym momencie DINK-sy uśmiechają się, bo 50 lat oznacza dla nich nigdy, czyli nie ma problemu. Nie, jeszcze się nie cieszcie.

Poziom życia, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, da się utrzymać tylko pod warunkiem, że reszta świata, czyli obecnie 80-90% będzie nadal klepać biedę. Oni oczywiście nie chcą klepać biedy, chcą żyć jak my. Jeśli dodamy do naszych rozważań szybko industrializujące się Chiny i Indie (sami im w tym nierozsądnie pomagamy), to otrzymamy trzy razy więcej chętnych do tych samych surowców. Czyli mamy nie 50 lat, a 20-30. A teraz dodajmy część Ameryki Południowej i Afryki. Wygląda to źle, prawda?

Jeszcze gorzej wygląda to, gdy sobie uświadomimy, że nie da się trzykrotnie zwiększyć obecnego wydobycia ropy czy gazu, bo łatwo dostępne złoża już są opróżnione. To oznacza kryzys surowcowy i ostrą rywalizację być może już za 10-15 lat. Najpierw będzie to rywalizacja ekonomiczna i polityczna (co ma miejsce już dziś), potem militarna. W efekcie wojen marnotrawstwo surowców urośnie do niebotycznego poziomu, jeszcze bardziej przyspieszając koniec świata jaki znamy. Bez ropy naftowej nie może istnieć rolnictwo przemysłowe, czyli spadnie pojemność środowiska, czyli planeta nie będzie mogła wykarmić ośmiu miliardów ludzi, tylko, powiedzmy, czterysta milionów. Albo i mniej, bo to samo rolnictwo przemysłowe doprowadziło do wyjałowienia prawie połowy ziem, do których się dotknęło. Prawdopodobnie, gdyby nie zamierzchłe kataklizmy i epidemie szatkujące populację, już byśmy przekroczyli punkt bez powrotu i ponownie mieszkali w jaskiniach.

W tym wypadku nawet nie bardzo ma zastosowanie powiedzenie „naprawianie świata zacznij od siebie”, bo w warunkach gospodarki globalnej wygrywa bardziej efektywny, czyli produkujący więcej. Pomóc mógłby chyba tylko globalny dyktator, taka rozpełznięta na całą Ziemię technokratyczna Unia Europejska z dyrektywami o maksymalnej dopuszczalnej mocy żarówek i limitami produkcji żywności z hektara.

Przepis wydaje się prosty: ograniczyć populację, obniżyć poziom życia, przenieść nakłady z krótkoterminowej napędzającej koniunkturę konsumpcji na długoterminowe rozwiązania alternatywnych technologii i źródeł energii etc. Hm… wychodzi z tego przepis na nowy komunizm. Tak czy inaczej, jeśli niczego nie zmienimy, nastąpi mniej lub bardziej gwałtowny regres i kryzys, z którego tym razem nie będzie już wyjścia. Zostaniemy jak ci Wielkanocczycy na gołej ziemi, jedząc surową ludzinę, bez technologii i surowców do zbudowania kosmicznej arki, która mogłaby nas ponieść na Nową Ziemię.

Przemijanie jest nieuniknioną konsekwencją istnienia. Ale po co się z tym tak spieszyć?


Udostepnij
Glodne Slonce

4 Responses to “Przyciemnianie dark future”

  1. bartoszcze Says:

    “Ograniczyć populację”, tak niewinnie brzmi. Pytanie: JAK BARDZO ograniczyć i jak tego dokonać? (bo nawet komunizm z tym problemem sobie łatwo nie radził).

  2. Rafal Kosik Says:

    Jak pokazuje praktyka, przyrost naturalny jest niższy tam, gdzie lepiej i bezpieczniej się żyje. Tyle, że najpierw trzeba podnieść poziom życia, a to wcześniej doprowadzi do wojny o surowce.

  3. Rafal Kosik Says:

    Zresztą pomysł na zmniejszenie populacji bez holocaustu pojawia się na przykład w tym serialu.

  4. Adggamma Says:

    To troche bez sensu, że tam gdzie lepiej się żyje rodzi sie mniej dzieci, a tam gdzie są wojny i głód rodzi się ich dużo. Chyba powinno być odwrotnie? Dziwny jest ten świat. Zawsze mnie dziwiło, że w czasie II wojny rodziło się tyle dzieci.
    Po przyczytaniu pana posta pomyślałam sobie `niech pan mnie nie straszy, niech pan nie straszy dzieci`. To trochę smutne, że tak pomyślałam, widać jestem na dobej drodze do stania się DINKem.
    Ale z drugiej strony co my właściwie możemy? Czy pojedynczy człowiek może coś zmienić? To troche śmieszne. Zachowujemy sie tak jak ludzie z wieżą babel. Wszyscy chcą dobrze, ale jakoś nie potrafimy się dogadać. Płyniemy na jednym statku, wiemy że zatonie , ale zamiast próbować go ratować, każdy cóś z niego zabiera, byle mieć jak najwięcejdla siebie dopoki statek jeszcze płynie.
    Pisał pan o tym w Marsie prawda? Wszyscy wiedzieli, że jak zaczną używać paliwa to jednak zniszczy marsa, a jednak widzac w tym krótkoterminowe zyski dla siebie pozwoli na to. I zniszczyli Marsa.
    Może im szybcuej nastąpi zagląda, tym szybciej bedziemy mogli zaczać od poczatku? Tak jak na marsie? Niestety znowu mam to samolubne pragnienie, zeby zaglada nastapila juz po moim zyciu i znowu `nie straszcie mnie` . widać taka już jest natura człowieka. I skoro przez tyle tysiecy tak bylo to chyba nie ma juz zadnych nadziei na zmiane. Smutno mi tylko ze w ciagu wieku rozwalilsmy nasza ziemie tak jak nie zrobili tego ludzie przez tyle tysiecy.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).