Przestrzeń publiczna

Pasaż Wiecha, WarszawaDo wszelkiego rodzaju złych zachowań, głównie niechcianych reklam w cyberprzestrzeni już się przyzwyczailiśmy. Spam zalewający nasze inboxy, animacje zasłaniające treść, którą próbujemy przeczytać, czy bezkarne, głupie i obraźliwe wypowiedzi anonimów to niemalże norma. To cena, jaką płacimy za darmowe usługi internetowe i wolny dostęp do sieci. Z cyberprzestrzeni możemy nie korzystać, lub korzystać sporadycznie. Unikanie przestrzeni publicznej, czyli tej fizycznie współdzielonej z innymi, jest niemożliwe.

Kiedy zawisła pierwsza wielkoformatowa reklama zasłaniająca okna budynku, pomyślałem sobie, że to siatka ochronna założona na czas remontu. Fajny pomysł. Ale remont się nie zaczynał, a siatka wisiała. A potem pojawiły się kolejne. Business nie kieruje się moralnością, tylko zyskiem. WarszawaApelowanie do sumienia ludzi reklamy czy do właścicieli firm, by nie zasłaniali komuś okien i nie szpecili miasta, nie ma sensu. Jeśli prawo dopuszcza takie działania i jeśli są one skuteczne, to reklamy będą się pojawiać. To tak, jak z handlarzami ulicznymi. Jeśli z jakiegoś miejsca nie przepędzi się pierwszego, to za tydzień będziemy tam mieli mały bazar – pleśń na tkance miasta. Bazary nie są niczym złym, ale nie powinny powstawać spontanicznie w reprezentacyjnych miejscach. A powstają, bo jest na to społeczne przyzwolenie. Jeśli więc władze miasta nie zareagowały na pierwsze reklamy na elewacjach, to można było przewidzieć, że szybko pojawią się naśladowcy.

Piccadilly Circus, LondynPrzykład londyńskiego Piccadilly Circus pokazuje, że nawet cały dom zakryty reklamami może być atrakcją turystyczną słynną na cały świat. Nie ma w tym niczego złego, o ile wewnątrz budynku mieści się np. dom towarowy, który nie potrzebuje światła dziennego ani widoków. Bilboardy w miastach nie są niczym złym, o ile w ich umieszczaniu zachowuje się umiar i porządek. Przykład dobrze wkomponowanej w architekturę reklamy i to całkiem sporej możemy obejrzeć na warszawskim budynku IlMet. Ilmet, WarszawaBillboardy stojące wzdłuż ulic też ujdą, jeśli nie zasłaniają wartościowego widoku i zachowują jaki taki porządek. Sieczka reklam indywidualnych, zwykle robionych po amatorsku, to już jednak przegięcie, a siatki na elewacjach budynków mieszkalnych – zwyczajnie patologia.

Nachalne i brzydkie reklamy to tylko jeden z objawów braku szacunku dla przestrzeni publicznej. Znacznie gorsze jest dosłowne zawłaszczanie tej przestrzeni poprzez stawianie legalnych lub nie ogrodzeń oddzielających duże obszary miejskie. Grodzone osiedla to zjawisko, które zatrzymuje naturalny rozwój miasta, zaburza komunikację, nie dopuszcza do powstawania więzi społecznych, rodzi antagonizmy i dzieli ludzi na tych z wewnątrz zasiek i tych obcych, potencjalnie wrogich, spoza nich. W perspektywie czasu poszatkowanie przestrzeni zwiększa poczucie wyobcowania i obniża poziom bezpieczeństwa. Czyli – samo zło. Tyle, że zło dla całej społeczności, a korzyść (niechby i iluzoryczna) dla grodzącej się grupki.

ToruńPółnocna część prawobrzeżnej Warszawy to doskonały przykład siekania miasta. Ogrom zjawiska widać z wału przeciwpowodziowego, stanowiącego naturalną granicę rozwoju w kierunku Wisły. Kilometrami, po kres widoczności ciągną się kolejne płoty, za którymi stoją stłoczone mikroosiedla z tradycyjnym już niedoborem miejsce parkingowych wokół. W każdym obozie jest malutki placyk zabaw, w każdym z nich jedno dziecku lub mała grupka dzieci. Do kolegów mogą tylko pomachać przez kraty. Niektórzy mieszkańcy sami demontują pojedyncze elementy ogrodzeń, by móc dotrzeć na przystanek, do sklepu i nie nadkładać pół kilometra ani nie przechodzić przez kolejne check-pointy.

Są ludzie, którzy z różnych przyczyn, na przykład wykonywanego zawodu, muszą odizolować się od innych, ale jest ich naprawdę niewielu. Reszta mieszkańców grodzonych osiedli, czyli jakieś 99% wybiera mieszkanie za płotem, bo taki model stał się już normą w dużych miastach. Zresztą, czy powstają teraz inne osiedla? Trend jest wręcz odwrotny – grodzone są, legalnie lub nie istniejące od dziesięcioleci osiedla. To prymitywne zachowanie, wyszarpnąć co się da i szybko ogrodzić, żeby inni przypadkiem nie skorzystali. Tak, jesteśmy prymitywnym społeczeństwem, skoro takie incydenty zdarzają się regularnie.

MetropolitanBiurowiec Metropolitan, jeden z ładniejszych budynków, jakie w ostatnich latach powstały w Warszawie, jest też wzorcowym przykładem udostępnienia przestrzeni prywatnej do użytku publicznego. Wewnątrz budynku znajduje się ogólnodostępne patio z fontanną, kawiarniami i sklepami. Nie ma żadnych barier. Korzyść dla właściciela przestrzeni jest oczywista – więcej klientów w punktach usługowych, większy zysk. Ale to wyjątek. Budynek jest dziełem wybitnego architekta sir Normana Fostera. Można przypuszczać, że gdyby koncepcja powstała w głowie tradycyjnie myślącego polskiego architekta, zapewne przejścia do patio budynku byłyby chronione kratami, lub innymi chociażby psychologicznymi barierami.

W spadku po destrucyjnie działającym społecznie socjalizmie zostało nam przeświadczenie, że wspólne znaczy tyle co niczyje, a jeśli jakieś dobro (więc i przestrzeń) nie ma konkretnego właściciela, to nie warto o nie dbać, a najlepiej wygrodzić kawałek tej przestrzeni do własnego wyłącznego użytku, zanim zrobią to inni. Tak już kilkadziesiąt lat temu powstawały dzikie ogródki działkowe. Park po polskuReakcja państwa (lub też samorządu, co w sumie kiedyś znaczyło tyle samo) była tedy bardzo demoralizująca, bo żadna. Ani nie zakazano tego, ani nie zalegalizowano. Umowny właściciel przestrzeni publicznej, najczęściej samorząd, zwykle nie ma pomysłu na jej zagospodarowanie nawet na poziomie małej architektury, o czym wspomniałem przy okazji budowy metra.

Przestrzeń publiczna to wspólne dobro, niezbędny element integracji i rozwoju społeczeństwa. Jest tylko małe ale – żeby coś wspólnego mogło istnieć, każdy musi dać odrobinę od siebie. Dać odrobinę, a wyzyskać wiele? To wydaje się rozsądne. Dla przeciętnego Polaka nie do przeskoczenia wydaje się mały drobiazg – tę odrobinę trzeba dać najpierw.


Udostepnij
Glodne Slonce

3 Responses to “Przestrzeń publiczna”

  1. Shadowmage Says:

    Sama prawda. Nawet ostatnio sam chciałem coś napisać o grodzonych osiedlach. Nie jest jednak do końca prawdą, że jest to norma w dużych miastach. To przede wszystkim cecha Warszawy (podobno jest ich około 400), w innych miastach Polski jest to znacznie mniejsza liczba. Ale z drugiej strony warszawiacy sami popierają takie budownictwo, sondaże mówią o 60%. Dostajemy co chcemy…
    Mnie nawet mniej wkurzają wielkie ogrodzone osiedla - są z dala od centrum, nie poruszam się tam na piechotę. Natomiast zamykanie bram, podwórek itp. w centrum jest frustrujące. Jak chodziłem do szkoły w okolicach pl. Zbawiciela, mnóstwo było skrótów umożliwiających szybkie przemieszczanie się po mieście. Teraz zostały już tylko ulice.

    I jeszcze jedna informacja: w Berlinie i Paryżu osiedli grodzonych jest odpowiednio 1 i 3. Jest różnica, nie?

  2. Majkel Says:

    Kilka bloków z mojego osiedla odgrodziło się od reszty. Trzeba było nadłożyć drogi do autobusu. Wewnątrz ogrodzenia znalazła się nasza kultowa górka z hydroforem. Przez lata był tam punkt spotkań kumpli. Starczyło kilka razy zalepić zamki w dwóch furtkach. Ludzie musieli obchodzić ogrodzenie naokoło do działającej furtki. Przestali je zamykać. Na koniec furtki zniknęły. Płot stoi a można przechodzić na skróty.

  3. Artur Says:

    Bardzo trafnie ujęte problemy. Musimy pamiętać, że przestrzeń publiczna jest dla ludzi! Należy ją dostosować do naszych potrzeb i dlatego uważam, że podstawą wieloletnich planów inwestycyjnych miast powinny być projekty zgłaszane do budżetu obywatelskiego. A ich kolejność realizacji powinna zależeć od poparcia mieszkańców. Zobaczcie koniecznie www.designforall.pl

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).