Przeskok

publikacja Science Fiction 15 (5/2002)

(fragment)

Science Fiction 15 (5/2002) - okładka

To była kobieta. Elegancko ubrana w jasnoszary kostium. Jej rude włosy pływały w powiększającej się szybko kałuży krwi. Wokół przybywało ludzi, ale nikt nawet nie próbował jej pomóc. Nie żyła.
– Nie mam pojęcia, skąd się tu wzięła – powtarzał w kółko stojący obok facet.
Piotr przekręcił głowę patrząc kobiecie w twarz. Jakby znajoma. Wyraziste rysy: wąski nos, ostra linia szczęki, brwi jak z rysunku technicznego… Trochę przypominała Gillian Anderson, ale była wyższa.
“Boże… Stoję nad trupem i zastanawiam się, do kogo jest podobny…” – pomyślał z niesmakiem.
Przykucnął i zamknął jej powieki. Przez pół nocy zastanawiał się, dlaczego to zrobił.

Kończył własnie smażyć jajecznicę gdy rozległ się dzwonek domofonu. Wyłączył kuchenkę, wcisnął przycisk i zapytał:
– Słucham.
– Policja kryminalna. Porucznik Roman Wiśniewski. Proszę otworzyć.
Wykorzystując czas, przez jaki tamten wchodził na trzecie piętro, założył buty. Czy zrobił wczoraj coś nie tak? Z pewnością nie. Chyba że zamknięcie powiek trupa podchodzi pod zacieranie śladów. Niemożliwe! Prędzej to, że nie zaczekał na przybycie policji…
Otworzył drzwi. Wysoki i potężnie zbudowany, choć w żadnym wypadku nie otyły facet pokazał mu legitymację. Piotr był niższy od niego o dobre dziesięć centymetrów a patrząc na bary tamtego poczuł się cherlakiem.
– Proszę wejść.– Gestem zaprosił go do środka.– Czy coś przeskrobałem?
– Pan Piotr Lipiński?
– Tak.
– Pan jest projektantem biurowca przy ulicy Solec?
– Tak. Zawalił się?
Piotr nie mógł się powstrzymać przed żartem mimo, że był zaniepokojony. Policjantowi nie drgnął nawet jeden mięsień na twarzy. Wyciągnął z kieszeni zdjęcie i zapytał.
– Zna pan tę kobietę?
Oczywiście, że ją znał.
– Widziałem ją wczoraj.
Tym razem gość zwlekał z kolejnym pytaniem prawie sekundę.
– Gdzie?
– W Alei Solidarności… – Piotr zaniepokoił się poważniej. “Czy ktoś próbuje mnie wrobić?”– Skąd pan ma mój adres? Odjechałem stamtąd zanim przyjechała policja. Czy jestem o coś oskarżony?
Policjant sprawiał wrażenie lekko zbitego z tropu.
– Nie jest pan o nic oskarżony, ale muszę pana prosić o udanie się ze mną. Chodzi bardziej o wyjaśnienie, rodzaj konsultacji.

Nie skręcili w Solidarności. Nieoznakowany Passat Wiśniewskiego przeciął puste sobotnim przedpołudniem miasto, zjechał Karową w dół i po kilku minutach zatrzymał się przed niewykończonym jeszcze, nowoczesnym, kilkupiętrowym biurowcem. Piotr znał to miejsce. Od roku bywał tu kilka razy w tygodniu nadzorując realizację własnego projektu. Teraz stało tu kilka samochodów policyjnych a wejście było zabezpieczone biało-niebieską taśmą. Pilnujący jej policjanci przyglądali się mu jak szedł w kierunku wejścia. Mundurowy uniósł taśmę, by mogli wygodniej przejść.
“Poważnie coś się zawaliło” – pomyślał Piotr. Na prawdę zaczął się zastanawiać, co i gdzie mogło nie wytrzymać obciążeń. Do tej pory był przekonany, że udawało mu się dzielnie odpierać ataki inwestora, który na wszystkim, czego nie widać z wierzchu, chciał oszczędzać. Kilka razy był już niemal pewien, że albo przekroczy normę wytrzymałości, albo zerwą z nim kontrakt.
Doszli do niewykończonej galerii handlowej oświetlonej w kilku miejscach przenośnymi lampami na statywach. Wysoki na kilka kondygnacji korytarz tworzący łukowate atrium wyżej ginął w ciemności za sprawą czarnych folii tymczasowo chroniących szyby. Wczesnogotycka katedra… Tak to sobie wyobrażał przed pierwszym dotknięciem klawiatury komputera i tak rzeczywiście to wyglądało teraz.
Kręciło tutaj kilku ludzi. Wyraźnie oczekiwali na przybycie Piotra. Przywitali się z nim uprzejmie, co go zdecydowanie uspokoiło.
Weszli do pustego jeszcze pomieszczenia przeznaczonego na sklep. Przeszklona witryna była zaklejona ochronnym papierem. Nie wszystko wyglądało tak, jak powinno. Kilka kamiennych płyt było oderwanych od ściany, a w filarze nośnym widniała spora dziura wysokości dorosłego człowieka.
– Czy to grozi zawaleniem? – zapytał Wiśniewski.
Piotr podszedł do filaru i obejrzał go dokładnie. Niektóre pręty zbrojeniowe wewnątrz były rozerwane.
– Sądzę, że nie. Ale… po co to zrobiono? Kto to zrobił? – Piotr rozejrzał się wokoło w poszukiwaniu innych skutków wybuchu, ale wszystkie szyby były całe.– Co tu się właściwie stało? Tu musiała działać ogromna siła.
Porucznik schylił się i odsłonił płachtę zakrywającą podłużny kształt. Piotr zdrętwiał, jakby zobaczył ducha. Na podłodze leżała martwa kobieta. Ta sama, którą widział poprzedniego wieczora na ulicy. Piękna…
– Nigdy nie widział pan trupa – bardziej stwierdził niż zapytał Wiśniewski widząc jego bladą twarz.
– Widziałem raz w życiu. Wczoraj. Wyglądał identycznie.
Oblizał spierzchnięte wargi.
– Proszę się nie denerwować. O nic pana nie podejrzewamy.
“Tylko idiota ukrywałby ciało w ścianie własnego budynku” – odpowiedział w myślach architekt.
Ukucnął obok kobiety. Była obsypana kamiennym pyłem i pokruszonym betonem, ale nie mogła zakończyć życia dalej niż kilka godzin temu. Miała na sobie tę samą spódniczkę od eleganckiego szarego kostiumu, ale zamiast żakietu – jeansową bluzę. Zdecydowanie obie części garderoby nie pasowały do siebie. Piotr wyciągnął rękę. Jeden z mężczyzn próbował zaprotestować, ale Wiśniewski powstrzymał go. Piotr odwinął połę bluzy ukazując tekturową karteczkę z opisem produktu i plastikowy klips alarmowy. Kradziona ze sklepu? Tyle, że tu nie było jeszcze żadnych sklepów.
Spojrzał pytająco na Wiśniewskiego.
– Stróż nocny usłyszał huk – wyjaśnił tamten.– Jak tu przybiegł wyglądało to tak, jak teraz.

Martwa jeszcze świątynia handlu i martwy już pierwszy klient. Ta sprawa opóźniała o tydzień oddanie handlowej części budynku do użytku. Termin i tak był przesunięty o miesiąc z powodu zmian konstrukcyjnych. Nie było praktycznie nic do roboty poza nieskutecznym nigdy poganianiem podwykonawców. Nie można było zostać po godzinach, żeby nadrobić zaległości, nie można było siedzieć w pracy przez weekend. Postęp prac był zupełnie niezależny od Piotra, ale z każdym dniem to właśnie jego premia topniała, a wszyscy właśnie do niego mieli pretensję. Nie miał dość siły i pewności siebie by wszystkim wygarnąć co myśli o zwalaniu winy na niego.
Był poniedziałek. Siedział w biurze udając, że coś robi. Nie miał nic do roboty, ale nie chciał być źle postrzegany. Właśnie rysował kolejny bohomaz na kartce, gdy zadzwonił telefon.
– Tu Wiśniewski. Chciałbym zająć panu jeszcze trochę czasu.
– Znaleźliście Bursztynową Komnatę w kotłowni?
Chwila ciszy.
– Po prostu niech pan wpadnie do kawiarni na przeciwko biura. Zjemy razem lunch.
Piotr wyjrzał przez okno, by kilka pięter niżej ujrzeć policjanta chowającego telefon do kieszeni. Właściwie z ulgą wyszedł z gabinetu. Zjechał windą na dół, przebiegł przez jezdnię i dosiadł się do stojącego na chodniku stolika.
– Trochę dało mi do myślenia to co pan wygadywał przedwczoraj – zaczął Wiśniewski.– Skojarzyłem sobie tę Aleję Solidarności z piątkowym dziennikiem wypadków. Wie pan, co odkryłem?
– Chyba wiem…
– Tak, wyglądają tak samo. Rozumiem, że był pan świadkiem tego wypadku? – Piotr przytaknął. Wiśniewski położył na stole dwa zdjęcia. Pierwsze przedstawiało kobietę na jezdni, drugie na marmurowej posadzce.– Te pan zna, a teraz reszta.– Wyłożył na stolik kilka zdjęć tej samej kobiety. Wszystkie były portretami pośmiertnymi.
“Jak lalka Barbie w różnych wersjach”– pomyślał Piotr i spojrzał na policjanta oczekując wyjaśnień. Tamten wypił łyk kawy i zapytał:
– Wie pan kto to jest?
– Nie mam pojęcia.
– Monika Lewandowska. Nic to panu nie mówi?
– Coś, jakby mi się kojarzyło…
– Chodziła z panem na studia.
Odpowiednia zapadka zaskoczyła w głowie Piotra. Uniósł brwi.
– To możliwe, tak… ale zmieniła się bardzo. Nie znałem nawet jej imienia. Nie sądzę, żeby mnie pamiętała.
Policjant dopił kawę do końca i oparł się o stolik patrząc architektowi prosto w oczy.
– Mamy w kostnicy miejskiej siedem ciał. Są takie same; różnią się praktycznie tylko ubiorem. Jedna ma świeżą bliznę na przedramieniu. Te siedem ciał… to jest pewien problem.

Obudził go głośny huk i następujący po nim rumor. Usiadł na łóżku nie rozbudzony do końca. Ręką odszukał lampkę nocną i włączył ją. Szafa w przedpokoju była kompletnie rozwalona, a jego ubrania porozrzucane. Zastanawiał się dłuższą chwilę, co ma zrobić. Wstał, nasunął kapcie i zbliżył się do miejsca katastrofy. Zapalił światło w przedpokoju. Trójdrzwiowa szafa wyglądała, jakby wewnątrz wybuchł granat przeciwczołgowy. Płyty były popękane i walały się po podłodze razem z podartymi ubraniami.
Przecierając oczy wciągnął powietrze nosem, by sprawdzić, czy nie ulatnia się gaz. Poczuł inny zapach. Nie mógł go sobie z niczym skojarzyć, ale był miły.
“Może to włamywacz?” – Zaniepokoił się nagle. Wziął do ręki kawałek ułamanego drewnianego słupka i sprawdził wszystkie pomieszczenia. Nikogo. Zamek w drzwiach wejściowych też był nienaruszony.
Odłożył słupek i spojrzał na stertę ubrań i szczątków drewna. Zobaczył to… Nagle zrozumiał, co to za miły zapach – to były damskie perfumy. Na leżącej na stosie białej koszuli powiększała się czerwona plama. Chwilę później obok pojawiła się następna.
Drżącymi rękoma zaczął odgarniać ubrania. Najpierw zobaczył rękę, potem rude włosy. Odrzucał ubrania chlapiąc świeżą krwią na ściany. Wyrywał połamane płyty nie zwracając uwagi na ostre krawędzie. Odsłonił ją. Była naga i drżała. W jej brzuchu tkwił spory odłamek drewna. Spojrzała na mężczyznę.
– Piotr… Co się stało?…
Uklęknął przy niej i uniósł jej głowę. Powieki drgnęły kilka razy i opadły. Czerwona smużka wypłynęła z kącika ust, a ciało stało się nagle martwym ciężarem.


Udostepnij
Glodne Slonce

4 Responses to “Przeskok”

  1. katine Says:

    troche dziwne ale fajne

  2. Samochodw Says:

    Hi there nice blog Przeskok with Samochodw

  3. Barbarka:):) Says:

    nice, nice

  4. requiem007 Says:

    Z dreszczykiem , ale fajne . na początku nie za bardzo wiadomo o co chodzi , ale na prawdę świetne . Szacun dla autora ,bo naprawdę dobre …

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).