Przedawnienie

Nie raz pytano mnie, jak nagroda Zajdla wpłynęła na moje pisanie. Za odpowiedź niech posłuży fakt, że odkąd ją dostałem w 2009 roku przez osiem lat nie wydałem żadnej dorosłej powieści. Może było w tym trochę obawy, by nie zawieść oczekiwań czytelniczych. Kolejna powieść powinna być lepsza od Kameleona, a przecież najtrudniej ścigać się z samym sobą. Zarzuciłem wtedy napisany do połowy Różaniec, trochę z powodu wątpliwości, czy dorównam sam sobie, a trochę dlatego, że zająłem się tworzeniem serii Felix, Net i Nika, czyli SF dla młodzieży. Wróciłem do Różańca po siedmiu latach, gdy wydawało się, że projekt już upadł, i dokończyłem go. Ciekawe doświadczenie, bo to jak rozmowa z samym sobą, młodszym o te siedem lat.

Ten felieton piszę w przerwie podczas ostatnich szlifów w Różańcu. Tak jak w Lśnieniu Kinga zaszyłem się na jakiś czas w górach, sam na sam ze swoimi demonami, by, niezdrowo się odżywiając, po raz ostatni wszystko przeczytać i poprawić ostatnie błędy. Czytanie siebie sprzed lat nie jest samo w sobie doświadczeniem transcendentnym, ale praca nad rozbabranym tekstem już tak. Jeżeli przez ostatnie pół roku zachowywałem się dziwnie (bardziej dziwnie niż zwykle), to już wiecie dlaczego. Dopisałem drugą połowę powieści, ale w fabule nie ma żadnego podziału na dwie części, które ułatwiłyby mi pracę. Różaniec to ciągła historia i wznowienie prac nad nią nie polegało po prostu na przewinięciu do ostatniej zapisanej linijki i kontynuowaniu od nowego akapitu. Nie, musiałem przerabiać wszystko od początku, wypełniać wiele luk, przypominać sobie, co chciałem przekazać w którym momencie.

Kilka miesięcy wcześniej, przy pierwszym czytaniu po wieloletniej przerwie, dotarłem do pustej przestrzeni z komentarzem „Tu coś dopisać”. Zrozumiałem, że nie będzie łatwo, bo nie mogłem nijak sobie przypomnieć, co ja młodszy miałem na myśli. Takich miejsc było więcej; było wiele postaci, które rozumiałem inaczej niż kiedyś; wiele zwrotów akcji, które dziś bym zupełnie inaczej poprowadził. Niestety było też parę prognoz futurystycznych, które już się spełniły. No i ze dwie takie, o których już wiem, że były nietrafione.

Różaniec to wynik pracy spółki autorskiej. Obaj autorzy tak samo się nazywają, ale z pewnością nie są tą samą osobą. Czasem wczuwałem się w siebie młodszego i pisałem jak on, czasem zmieniałem całe fragmenty na takie, jakie napisałbym dzisiaj. Podczas tej pracy dotarło do mnie, jak bardzo się zmieniamy, idąc przez życie. To banał, wiem, tyle że banał najłatwiej przeoczyć i najłatwiej zignorować płynące z niego wnioski. Jak się lepiej zastanowić, to ludzie, którzy nie trwają w stagnacji, po kilku-kilkunastu latach są już innymi osobami. To, że traktujemy ich jako jedność wynika tylko z łączącej ich chronologii zdarzeń i braku możliwości postawienia jasnej granicy. Gdyby nie dzielący ich czas, można by ich postawić naprzeciwko siebie i doprowadzić miedzy nimi do kłótni na wiele tematów. Być może nawet te dwie osoby by się nie rozpoznały, co zresztą nie raz było wykorzystywane w fantastyce. Również przeze mnie.

Jak w tym kontekście wygląda ściganie przestępstw popełnionych daaawno temu? W prawie istnieje pojęcie przedawnienia czynu, nawet w kilku wersjach, ale jego funkcja jest raczej porządkowa. No i są też przestępstwa niepodlegające przedawnieniu. Pamiętam taki news sprzed jakichś dziesięciu lat: policja aresztuje ledwo co kojarzącego rzeczywistość dziewięćdziesięciolatka na wózku. Zbrodnie przeciw ludzkości nie ulegają przedawnieniu, a ów dziadek był kiedyś oprawcą w obozie koncentracyjnym. Dorwali go po ponad pół wieku. Tylko… kogo dorwali? Kogoś, kto się tak samo nazywa i ma ten sam numer w rejestrze. Tylko tyle. Innymi słowy – macie nie tego człowieka. Tamtego już dawno nie ma. Czy jest sens sądzić tego, który swoje dawne czyny pamięta tak jak stary film, albo wcale?

Prawo amerykańskie, a już szczególnie niektóre prawa stanowe, prowadzą czasem do procesów co najmniej… ciekawych. Jednym z najciekawszych jest przypadek Billy’ego Milligana, który został aresztowany w latach 70. za napad z bronią w ręku i trzy gwałty. Badania psychiatryczne wykazały, że Billy ma osobowość mnogą, czyli że w jego ciele mieszka wiele osób. Jedna z nich jest przestępcą, a do więzienia trzeba by wsadzić wszystkie. Billy spędził wiele lat w szpitalach psychiatrycznych i ostatecznie został uniewinniony. Zbiorowo.

Gwoli wyjaśnienia dodam, że osobowość mnoga nie jest fikcją literacką. Podobnie nie jest nią somnambulizm. Istnieje kilka precedensowych spraw ludzi, popełniających przestępstwa we śnie, których potem nie pamiętają. Czy powinni za te przestępstwa odpowiadać? Tego rodzaju rozważania raczej nie doprowadzą do konkretnych wniosków. Bo jak to rozsądzić? Czy twój klon, taki stuprocentowy, ze wspomnieniami, powinien odpowiadać za przestępstwo, którego ty dokonałeś przed sklonowaniem? Który z was powinien odpowiadać? A może obaj?

Takie rozważania może i nie doprowadzą do konkretnych wniosków, ale mogą być bazą do tworzenia fabuły. O tym również jest Różaniec.


Udostepnij
Glodne Slonce

3 Responses to “Przedawnienie”

  1. paul z Says:

    Umrę, zanim napiszę następną literkę, a żaden z nas nie dożyje końca zdania.
    Osoba, która zaczęła je pisać, oczywiście nie jest tą samą, która je skończyła, a w tej chwili, obydwie z Rzymianami ujeżdżają dinozaury. Świadome Ja istnieje przez ułamek sekundy, umiera i zostaje zastąpione lekko zmienioną, niedoskonałą kopią. Dlatego te wszystkie kłótnie Trekkies, czy ktoś skopiowany transporterem czy innym diabelstwem, to ciągle ta sama osoba, nie mają sensu – cokolwiek będzie tutaj za ten ułamek sekundy, zawsze będzie kopią. Że przeszkadza nam tylko jedna z naszych śmierci, to inna sprawa.
    Życie to kreskówka, składająca się z pojedynczych, statycznych ujęć. Pokrewieństwo to podobieństwo informacji, podobne wzory. Jak się te wzory powielają, nie ma znaczenia. A mutacje kumulują się, zmieniając nas w inne istoty. Ewolucja działa zawsze tak samo, genetyczna, kulturowa, osobista. Wszystko, co można (bardzo ogólnie) powiedzieć o genach, można powiedzieć o wszelkiej informacji.
    Wymiar sprawiedliwości nie ma ze sprawiedliwością nic wspólnego. Organizm społeczeństwo, jak każdy inny, produkuje odpadki – ludzi, których musi wydalić, aby móc dalej funkcjonować. Likwiduje problemy, które samo taśmowo produkuje. To kolektywny socjopata, zainteresowany wyłącznie dobrem własnym, jak każdy inny.
    Jak poznać choćby po linijce, wszechświat to fraktal. Jest w nim też faktor chaosu, powodujący mutacje, tak że wychodzi gabinet krzywych luster, wiecznie ta sama morda w niezliczonych wariantach. Prawa natury przerabiają wszystko, co w niego wpadnie, na jedno kopyto, rogi, ogon i widły. I tyle.

  2. wisznu Says:

    o, świadomość - trudny temat.
    na początek - 7 lat przerwy? powrót do pisania tej książki to ambitne zadanie, zwłaszcza, że psychologowie twierdzą (twierdzili?) że co 7 lat nasza osobowość robi voltę ;) Oczywiście to duże uproszczenie dla kumulacji pojedynczych zmian i próby zestawienia tych 2 “osób” rozdzielonych w czasie.

    Bardzo nieprzyjemne uczucie jak się czyta coś co się spłodziło lata temu. Ba, nawet przeczytanie własnej magisterki tuż po obronie budziło nieodparte poczucie wstydu i zdziwienia, że taką pracę przepuścił promotor i udało się obronić przed komisją. :)
    A jeszcze czytanie tekstów pisanych pod wpływem emocji… to zażenowanie - że taka błahostka mnie tak poruszyła, przecież dziś bym sobie odpuścił, albo napisał na chłodno…

    A wracając do tematu - mam także wrażenie - że ciągłość naszej świadomości to iluzja.
    Ale dodam jeszcze, że po lekturze “Przyszłości umysłu” Michio Kaku (świetna książka, niestety nie obyło się bez błędów w tłumaczeniu, kilka sam wyłapałem choć jestem laikiem - np. tłumacz pomylił zwrot “świadomy sen” ze “snem na jawie”) gdzie konstrukcję umysłu, którą dotychczas porównywano do komputera, z systemem operacyjnym, on przyrównał do prezesa korporacji, który z grubsza zarządza i reprezentuje, ale nawet nie ma pojęcia o procesach zachodzących na najniższym szczeblu istnienia - to ja bym nawet poszedł dalej - nasza świadomość nawet nie jest prezesem co PR-owcem. Istotą, która komunikuje się ze światem, która przed światem usprawiedliwa zachowanie, decyzje, a nie do końca nawet jest w stanie je samodzielnie podjąć. Naukowcy robili doświadczenia na ludziach, i okazało się, że skan mózgu wykazał podjęcie decyzji, kiedy jeszcze człowiek sam był przekonany, że jeszcze się zastanawia.

    Kolejna rzecz. Istnienie osobowości mnogich. Niby domena chorych psychicznie, ale jak się dowiedziałem z “Przyszłości umysłu” - każdy tak ma. Okazuje się, że wizja robota w filmie “Ja, robot”, który ma dwa “mózgi” - drugi, który się nie zgadza z pierwszym i dzięki temu ma wolną wolę jest oparta na ludziach. Robiono doświadczenia, w których wyłaczano ludziom dominującą półkulę mózgu i się okazywało, że np. człowiek głęboko religijny ma “uwięzionego” w sobie drugiego człowieka, który jest ateistą. W sumie trochę to przerażające…
    Więc wszelkie zastanawianie się przed podjęciem trudnej decyzji to ścieranie się wewnętrze tych 2 osobowości.
    Tak więc każde karanie oznacza też niesłuszną karę dla niewinnej osobowości, która była przeciw (chyba, że akurat popierała działania tej dominującej, tak też mogło być :))

    A ogólnie to w takich rozważaniach zawsze przypomina mi się dowcip:

    Pewnego razu uświadomiłem sobie z przerażeniem, że w sumie wszystko co wiemy na temat naszych mózgu - każda jedna informacja - została nam przekazana przez mózg. Ale po chwili się uspokoiłem, przecież nie ma w tym absolutnie nic niepokojącego… :)

  3. paul z Says:

    @ wisznu
    Każda cząstka, po bliższym przyjrzeniu się, okaże się kolektywem, bo samotna cząstka nie przetrwa w darwinistycznym wszechświecie na tyle długo, by się jej przyjrzeć. „Ja” to wspólnota, jednostka administracyjna, jak „państwo”, „Kościół” czy „ludzkość”. Mózg można dzielić na wiele sposobów, od sieci neuronowych = osobowości, poprzez neurony, aż do kwarków. Wszystkie te jednostki są egoistami, tworzącymi związki wedle wspólnej informacji, wspólnych interesów. Mózg sam działa jak państwo, silniejsi przejmują władzę i uciskają słabszych, słabsi kryją się w podświadomości, intrygują i prowadzą partyzantkę.
    Świadomość to niby pasywny obserwator: Myśli i uczucia pojawiają się w niej znikąd i nikną donikąd, także to przyjemne uczucie, że jest tam niejaki „ja”, który wszystko to aktywnie prowadzi. Więc po co nam toto?
    Bez świadomości nie ma uczuć. Jak nie boli, będę siedział w ogniu, aż się spopielę. Wydaje mi się, że jest ona instancją sprawdzającą rezultaty wedle ich konsekwencji: Przyjemne, dalej tak. Boli, zmienić. Żadnych odczuć, ignorować. Jak to działa dokładnie, jeszcze próbuję zrozumieć.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).