Profilowany product placement

Profilowany product placementDo wybuchu bomby zostało kilka sekund; James Bond zerka na zegarek Omega i przecina czerwony kabel cążkami Stanley. Napad na bank; jako pierwszy na miejsce zdarzenia dojeżdża patrol w nieoznakowanym radiowozie; hamuje z piskiem opon, prawie wjeżdżając w kamerę wielkim logo Forda. Upalne popołudnie w Arizonie; na stację benzynową podjeżdża kabriolet Chevroleta; wysiada spocony (ale tak seksownie spocony) kierowca i pierwsze kroki kieruje do automatu z Coca-Colą. W każdym filmie jest tego całkiem sporo. Jeśli tego nie zauważyłeś, to znaczy, że product placement został przeprowadzony fachowo.

Jednym z elementów, który odróżnia film polski od filmu zachodniego jest podejście do trudnej sztuki product placement, czyli lokowania produktów i marek. W przypadku polskiego filmu bardzo często sytuacja wygląda zupełnie inaczej – product placement jest nachalny, bo kulturę reklamy mamy wciąż na niższym poziomie. Manager firmy produkującej jogurty ma w głębokim gdzieś artyzm filmu. Dla niego film to tylko nośnik jego reklamy, a ta ma być skuteczna. Skoro tępy widz łyka nachalny product placement, to nie ma powodu, by ów product placement nie był nachalny. Proste.

Swego czasu, gdy moje wydawnictwo było jeszcze agencją reklamową, otrzymywaliśmy oferty od producentów filmowych z dokładną rozpiską scen, w których można było lokować produkt (wiem, to kalka językowa) wraz z cennikiem. Oczywiście w grę wchodziły również zmiany w scenariuszu, by usatysfakcjonować wszystkich. I nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie lokowanie produktów za wszelką cenę, bez gustu, dobrego smaku i przyzwoitości. Potem oglądałem te filmy już wyprodukowane i robiłem to ze sporym niesmakiem. Wiem, to nie jest kluczowe dla jakości filmu, ale wiele małych błędów w sztuce składa się na cały zły film.

Marketing to wynalazek socjopatów, którzy widzą w innych ludziach wyłącznie narzędzia. Marketing nie uznaje tabu i wciąż próbuje naginać normy do swoich potrzeb. Jeżeli nie przekracza przemocą pewnych granic, to tylko dlatego, że jest to albo zbyt drogie, albo za mało skuteczne, albo spotka się z negatywną reakcją odbiorców. Ostatecznie osiągnie jednak swój cel. Nie teraz, to za trochę; nie od razu, to etapami; nie na wprost, to opłotkami. Bo skoro coś jest opłacalne, trzeba to zrobić.

Darmowe serwery pocztowe od dawna doklejają reklamy do treści maila. Od niedawna zdarza się, że analizują treść maila, by dokleić reklamę dopasowaną. Godzimy się na to, bo serwer jest darmowy. Kolejnym etapem będzie wstawianie reklam w treść maila, miedzy słowa. Na to też się zgodzimy, bo zmiana będzie nieznaczna. Stopniowo, kroczek po kroczku, będziemy się godzić na coraz większą ingerencję w naszą prywatność. Jak to widzi Marketing? Nie ma oporu, to cisnę mocniej.

Istnieje cała masa darmowych serwisów, które na wszelkie sposoby utrudniają nam korzystanie z ich usług. Bez sensu? Oczywiście, że nie. Te same serwisy mają swoje płatne wersje, różniące się od darmowych brakiem bonusowych upierdliwości. To tak jak z orkiestrami cygańskimi, które jeszcze kilka lat temu nawiedzały osiedla lub autobusy i na siłę uszczęśliwiały ludzi muzyką. Oczywiście odpłatnie, przy czym płaciło się im nie za grę, lecz za to, żeby grać przestały. Już teraz opłatą za większość usług nie są pieniądze, lecz odrobina naszej prywatności. A potem kolejna odrobina i kolejna… I nawet, gdybyś chciał zapłacić przelewem, nie będzie takiej opcji. Marketing chce się zbliżyć do Twojej duszy, a Ty go wpuścisz, jak przebiegłego wampira.

Co więcej, może nie być konkurencji, bo np. jeśli nie Facebook, to co? G+? Nasza Klasa? Z Facebookiem nie możesz negocjować zasad korzystania z serwisu. Możesz się tylko na nie zgodzić lub nie. W drugim przypadku nie będziesz korzystał z jego usług. Tylko co w zamian? To nie motoryzacja, gdzie jeśli pokłócisz się z Toyotą, możesz kupić Forda. Dla kluczowych usług internetowych może nie być żadnej sensownej alternatywy.

Obok mojego profilu na FB pojawiają się reklamy. Czy mogę je w jakiś sposób usunąć? Nie. Nie ma kont premium – nawet królowa Brytyjska, gdyby założyła konto na FB, otrzymałaby dokładnie to samo, co ja. Jeśli któryś ze znajomych monarchów zajrzałby na jej profil, zostałby poczęstowany sprofilowanymi reklamami dokładnie tak samo, jak moi znajomi.

Jeśli Marketing wciska się wszędzie pod każdą postacią, nawet podszywa się pod istniejących ludzi (boty spamujące), to czemu nie miałby zająć się naszymi danymi przechowywanymi i przetwarzanymi w chmurze? Są tam przecież niezwykle podatne na manipulacje. Wyobraźmy sobie serwis w rodzaju Picasa czy YouTube. Czy zauważymy, jeśli na zdjęciu lub filmie z Sylwestra 2003 na parapecie pojawi się butelka Pepsi? Była tam naprawdę, czy jej nie było? Jedyna kopia zdjęcia wisi przecież rozatomizowana w chmurze, a na naszą pamięć w tej kwestii nie możemy liczyć. A czy pierwszy rowerek naszej córeczki teraz już nastolatki, to był Trek czy Giant? Czy to pamięć nas zawodzi, czy Marketing wciska nam product placement w nasze prywatne zdjęcia? Mam też takie dziwne wrażenie, że jak poprzednio czytałem e-booka W Dolinie Muminków, to Ryjek nie brał na piknik butelki Frugo i kanapki z serkiem Hochland. A może brał? Za to jestem pewien, że wysłałem Ci dziś SMS „Kup jakąś wodę gazowaną”, a Ty dostałeś SMS „Kup gazowaną Muszyniankę”.

Może po prostu nie powinienem się tym przejmować i przyjąć do wiadomości, że kolejna stała naszej rzeczywistości jest już zmienną.


Udostepnij
Glodne Slonce

19 Responses to “Profilowany product placement”

  1. Dziobal Says:

    “Obok mojego profilu na FB pojawiają się reklamy. Czy mogę je w jakiś sposób usunąć?”
    Jest sposób, nazywa się AdBlock i usuwa reklamy w zamian za myszkowanie po Twoich ciasteczkach czy innym badziewiu ;)

    OK, spoko, ale pomysł tak radykalny jak zmiana treści SMSa wydaje mi się… no nierealny to mało powiedziane.

  2. Rafal Kosik Says:

    Ten pomysł dotyczy przyszłości. Pomyśl, ile rzeczy kilka(naście) lat temu wydawało się nierealnych, a teraz są standardem.

  3. rapidshooter Says:

    @dziobal
    Chciałem właśnie napisać o AdBlocku :), wyprzedziłeś mnie.

    A tak ogółem, świetne narzędzie, nie wyobrażam sobie bez niego internetu.

  4. Esse Says:

    ale adblock nie jest rozwiązaniem żadnego problemu - po prostu nam nie wyświetli się akurat ta sprofilowana reklama.
    w żaden sposób nie wpływa na to czy fb te dane przetwarza, czy też nie - a tutaj jest bardziej pies pogrzebany.
    ok - dzisiaj użyjemy adblocka i zablokujemy reklamę (która widzimy, że jest reklamą). jutro osiągną taki poziom sprofilowania i ukrycia, że nawet nie zauważymy, że to reklama - jak w przypadku SMSów.
    pomysł nierealny? a czy jeśli paręnaście lat temu, ktoś by powiedział, że obok listu będziesz dostawać w kopercie reklamę dołączoną przez pocztę, idealnie pasującą do tego listu - uwierzyłbyś? :)

  5. bartoszcze Says:

    Ach, James Bond i jego product placement, nawet #mamtymnotke
    http://bartoszcze.blox.pl/2008/11/Product-placement-a-logika.html

    Jak to się porówna np. z taką Operacją Samum, w której bohaterowie minutę paradują na tle wielkiego logo jakieś łodki…

  6. Zuzia Says:

    btw, zanim zapomnę, uwielbiam anti-spam na tej stronie :D matematyka!

    A propos product placementu w Polsce - na pierwszy ogień w moim przypadku idzie herbata, a zaszalejmy,podam markę, Minutka. Jest wpychana tak często, tak absolutnie na siłę, że aż chce się płakać. Oglądamy z rodzinką serial ‘Ranczo’- bywalec sklepowej ławeczki wchodzi do środka, i cóż widzi? Wszystkie artykuły ustawione tyłem, czy też w inny sposób nie pozwalający na dostrzeżenie logotypu machinalnym zerknięciem. Tylko Minutka, przepięknie wyeksponowana tuż za ekspedientką, zajmuje kilka obszernych półek. Oczywiście gdy ujęcie będzie przedstawiało sympatycznego pijaczka, za nim zobaczymy plakat, informujący o promocji Minutki w tym tygodniu. Troskliwa ekspedientka przypomni o tym jeszcze, gdy klient będzie opuszczał sklep.

    Dziwna sprawa, ale ostatnio stałam się wielbicielką ‘Ojca Mateusza’. Co ciekawe, choć wielu posądza ten serial o pewną schematyczność (co jednak jest nieuniknione przy serialach kryminalnych i parakryminalnych), ja powtarzający się motyw odnalazłam dopiero w drugim sezonie - od czasu, gdy do akcji wstąpił product placement z kawą Woseba. Ile razy można zaczynać ujęcie od nasypania kawy Woseba do filiżanek? Bardzo dużo, myślałam. Nie doceniłam autorów przedsięwzięcia, bo co najmniej dwa razy więcej. Naprawdę bardzo, bardzo dużo.

    Gdy zaczęłam czytać Pański artykuł, myślałam że nareszcie znalazł się ktoś, z kim wspólnie będzie można ponarzekać na tę polską nieudolność. Skończyłam czytać i stwierdzam, że może trzeba się cieszyć, że jesteśmy tak do tyłu. Niestety - jak wszystko - nadgonimy. Reklamy nabierają tempa i krzyż na drogę.

    A ja zawsze się też zastanawiałam - jaki to ma sens, że ta reklama home.pl na demotywatorach tak przede mną ucieka i nie mogę jej wyłączyć. Na pewno nie skusi mnie to do skorzystania z ich usług. Ile klątw posłałam w ich stronę i ilu znajomych zniechęciłam sama nie zliczę. I nagle żaróweczka - to nie home.pl korzysta, to ci, którym home.pl zapłacił za umieszczenie tej reklamy. Ludzie to jaszczury.

  7. flamenco108 Says:

    Heja, Rafał - Facebook jako kluczowy serwis sieciowy, hiehiehie. Serwisy tego typu to jedyne pole prania mózgu, na które narzekać nie mamy prawa - wchodzimy nań z własnej, nieprzymuszonej woli, bez żadnego konkretnego celu, czy potrzeby. Bo do czego służy fejs? Najwyżej do lansu. Tam nic konkretnego się nie dzieje. To nie jest darmowy notes, czy komunikator, czy kalendarz. To jest po prostu serwis społecznościowy. Bez tego można żyć. Choć nie trzeba. Zatem cała praca marketoidów związana z Facebookiem jest jak najbardziej OK. Operują tylko na ludziach, którzy sami to u nich zamówili.
    Co innego serwisy użyteczne - mniej lub bardziej - tu jest pole do dyskusji, kiedy granica przyzwoitości zostanie przekroczona.

    Ale jest jeszcze inny aspekt, który dziś zniknął z horyzontu, a przecież kiedyś był gorący: niechciana reklama w serwisach płatnych. Np. SMSy przychodzące na komórki. Po interwencji z groźbą skargi do GIODO następuje przerwa na ok. pół roku, później wszystko wraca. Ale też spam pocztowy, w tym na poczcie papierowej. O tym już nikt nie pamięta. Dziś to po prostu normalka.

  8. harkonnen2 Says:

    No cóż, jeśli chcemy mieć darmowy dostęp do usług, to musimy się niestety pogodzić z faktem, że za te usługi płaci kto inny (taki świat niestety). Infrastruktura kosztuje, oprogramowanie kosztuje (ile milionów, to niech ktoś zapyta operatorów wikipedii rokrocznie żebrzącej o kasę). Tak więc za nasze darmowe chmury, fejsbuki, gieplusy, naszeklasy, darmowe poczty, ktoś musi zapłacić. A to oznacza, że musimy się przyzwyczaić do reklam, albo zapłacić, żeby ich nie było. Taki świat.

    Na szczęście ciągle jeszcze mamy wybór: możemy nie korzystać. Nie musimy mieć konta na fejsie (choć marketoidy usilnie nam wmawiają, że jak nie ma Cię na fejsie to nie istniejesz), nie musimy trzymać fotek w chmurze (na przeciętnym lokalnym 500GB dysku pomieścimy ich tysiące), zamiast darmowego komunikatora możemy wysłać normalnego smsa, albo zadzwonić (w końcu i tak praktycznie każdy ma dziś telefon). Kwestią inną pozostaje, czy ten wybór nam pasuje?

  9. Leniwiec Gniewomir Says:

    Może - nie musi ale może - też być tak, że ludzie, zmęczeni ciągłymi atakami marketoidów, będą (w miarę możliwości wyboru) bojkotować chamsko wciskane produkty i usługi. Ja tak robię od dawna. Wiem, kropla w morzu…

    Cieszę się jedynie, że pozbyłem się z domu telewizora. Jeden ogłupiacz mniej.

  10. Rafal Kosik Says:

    Staram się pilnować tej zasady, by nie korzystać z usług reklamowanych w chamski sposób. Ale nie łudzę się, że to wiele zmieni. Dopóki będzie to opłacalne, dopóty będzie stosowane. Cóż z tego, że ja zrezygnuję z usług np. myjni samochodowej w CH Arkadia (zrobiłem to), skoro dziesięciu innych nie zrezygnuje.

    Co do kluczowości serwisu Facebook, to oczywiście świat się nie zawali po jego upadku, ale dla wieluset milionów ludzi FB stał się istotnym elementem ich życia. Oni pójdą na wiele ustępstw, by móc nadal z niego korzystać. I owszem, możemy nie korzystać, możemy udawać, że większości naszych znajomych nie ma na FB, albo możemy w ogóle nie zauważać tego aspektu życia. Będzie się to wiązało z pewnym wykluczeniem. Przegapimy wtedy np. wiele fajnych imprez, o których jedyne info jest wrzucane na FB.

  11. Cranberry Says:

    Nic dodać, nic ująć. Reklamy są nachalne i zwyczajnie chamskie, szczególnie te lepiej lub gorzej ukryte w serialach i filmach - jak choćby wspomniane przez @Zuzię wszechobecne kawy i herbaty w “Ojcu Mateuszu” (chociaż mnie osobiście bardziej wkurza parada marek w Rodzince.pl).
    A propos seriali, jest jeszcze jedno żałosne zjawisko - zasłanianie loga producentów, którzy twórcom nie zapłacili. I tak wyjeżdżają na plan samochody z kawałkiem szarej taśmy zamiast znaczka, bohaterowie nalewają napoje ze szczelnie obklejonych papierem butelek - nie wspominając o pewnej firmie z nadgryzionym jabłkiem w logo, które to jabłko trzeba koniecznie zastąpić kółkiem z folii na każdym telefonie i laptopie.
    Od jakiegoś czasu na początku i końcu filmu pojawia się pomarańczowy bannerek “Audycja zawiera lokowanie produktu”. Przynajmniej wiemy, że jesteśmy ogłupiani.

  12. Zuzia Says:

    Ooo, @Cranberry, dokładnie. Gdy Karolak wchodzi do domu z (dosłownie) siatami z Almy, i po oskarżeniu przez Kożuchowską (’Znowu kupiłeś mięso?’) tłumaczy: ‘Ależ kochanie, oni mają je naprawdę dobre!’ - to mi na myśl automatycznie przychodzi mem OH GOD WHY.

    Jeżli chodzi o fb to problem jest i będzie, bo rzeczywiście szkoda z tego portalu rezygnować. A szkoda zwłaszcza, że do gry wchodzi mikropraca. Ciekawa historyjka, ale smutna. Jakiś czas temu na lekcji podstaw przedsiębiorczości pojawił się w mojej klasie młody, zrobiony na geeka pan, który przyszedł zapoznać nas z instytucją mikropracy w internecie - jak zarabiać robiąc to, co i tak robimy - klikając. Zasady są proste - firmy, strony, zespoły, przesiębiorstwa zlecają firmie pośredniczącej (której notabene przedstawicielem był ten pan)
    miniprace do wykonania - polubienie danego fanpage’a, napisanie pozytywnego komentarza pod piosenką, udostępnienie linka znajomym, wspomnienie o produkcie na vlogu. Na stronie owej firmy pośredniczącej logują się osoby chętne do wypełniania tych zadań (grupa docelowa - 15-21), a za ich wykonanie otrzymują punkty. Konkretna ilość punktów jest wymieniana na konkretną kwotę, zarobek, przelewany następnie na konto ‘pracownika’. Strasznie zafascynowany pan dość długo opowiadał nam, jakie to niesamowite, łatwe, proste i przyjemne, to zarabianie pieniędzy. Nie mógł wiedzieć, biedaczek, że trafił na wojowniczą klasę. Prezentacja przerodziła się w dyskusję. Inicjatywa została przez nas skrytykowana - no bo jeżeli użytkownicy mają polubiać fanpage tylko dla pieniędzy, to przecież nie jest realne polubienie i zespół, firma, cokolwiek, nie ma tylu fanów. Pisanie pozytywnych komentarzy np. na allegro jest chore, bo po to istnieją prawa konsumenta itd., żebyśmy mogli się dowiedzieć od innych klientów jakie jest ich zdanie na temat produktu. A tymczasem właściciel aukcji zapłaci komuś, by powypisywał piękne laurki, co jest po prostu kłamstwem - a koleś przyszedł nas jeszcze do tego zachęcać. A co na przykład z fb, w takim razie? Skoro każdy z nas chciałby być takim ‘mikropracownikiem’, to wszystko zamieniłoby się w jeden wielki spam i przecież nikt nie czytałby naszych pozytywnych opinii. Nie mówiąc już o vlogach, które są prywatną twórczością internautów - wspominanie o nowej płycie, bluzie, CZYMKOLWIEK jakiejś marki na pewno nie spotkałoby się z uznaniem fanów, to po prostu utrata wyrobionego charakteru. Zakrzyczany przez grupę siedemnastolatków pan się nie poddał, odpierając naszą krytykę tak: ja też kiedyś byłem młody, też miałem takie wasze ideały. Ale zobaczycie, to się wam jeszcze zmieni. Poza tym to już się dzieje i nic na to nie poradzicie. Dopytaliśmy jeszcze, jaki jest zysk owej firmy na ‘mikrozleceniach’ - na 100zł wpłacone przez zleceniodawcę 50zł zostaje w firmie (no wiecie… koszty serwerów, księgowi…).
    Mógł sobie tam mówić, co chciał - nikt z nas się w to nie zaangażował. Ale trzeba przyznać, że niestety miał rację - to już się dzieje, sztuczne recenzje, komentarze, promowanie produktów. I co zrobimy?

  13. Rafal Kosik Says:

    To o czym piszesz jest już coraz sprawniej wykonywane przez boty. Między innymi dlatego musiałem zainstalować ten wkurzający antyspam. Zresztą co jakiś czas i tak się coś przeciśnie.

  14. cleevleen Says:

    Jeśli chodzi o SMS z reklamami to mam na swoim smartfonie avasta, co prawda darmowego, ale zawsze coś. Ustawiam pewne nuery na spam i mi już nie przychodzą (a raczej nie pokazują), bo jak coś to mogę je sprawdzić. Chociaż to nie rozwiązuje problemu, bo jak przyjdzie SMS z opłatą za odbiór to nawet nie będę mogła wiedzieć kiedy. Ale takie SMS to na własne życzenie np. zarejestruję się na jakiejś stronie i trzeba wpisać numer telefonu, a tu później niespodzianka.
    A o tym, że nasze zdjęcia w chmurze mogą być manipulowane( albo będą mogły być) to już pan kiedyś pisał.

  15. Zuzia Says:

    No i właśnie w związku z tym, że jakieś 15% użytkowników fb to boty, z którymi systemy walczą (więc nie zawsze są one skuteczne) znalazł się ktoś, kto postanowił wykorzystać w tym celu prawdziwych użytkowników i jeszcze na tym zarobić. Voila.

  16. Fan anonim Says:

    Jak już było napisane, reklamy dalej będą wciskane na siłę dopóki będzie to opłacalne.

  17. Dziobal Says:

    W SMSy nie wierzę, bo po pierwsze, to jest diabelnie skomplikowane technicznie, a po drugie nie wyobrażam sobie społecznej zgody na taką ingerencję w treść.

    A kiedy powstanie odpowiedni soft i ludzie zobojętnieją na tyle, żeby do tego dopuścić - wtedy nie będą już używać telefonów ni pisać SMSów ;)

    Tak czy inaczej - nie wydaje mi się, żeby zakłócanie przepływu informacji w taki sposób mogło zostać przyjęte.

  18. szary Says:

    Genialnie prawdziwa i smutna diagnoza!

    Co do “walki” poprzez zaniechanie kupowania to nie daje to może dużych rezultatów, ale przynajmniej ma się poczucie własnej godności.
    Ja zaprzestałem tankowania na pewnej sieci stacji benzynowych po tym jak wyszło na jaw że mogli zapobiec wielkiej katastrofie ekologicznej ale olali.
    Jak sobie policzyłem, że przechodzi im przed nosem powyżej 6 tysięcy złotych rocznie utargu to poczułem się odrobinę lepiej.
    Zmienię też swoje preferencje co do wafelków czekoladowych, po idiotycznej reklamie ze zniszczonym dzieciństwem w tle.
    A co do reszty to jedyna droga to edukować, edukować i rozbudzać samodzielne myślenie. I za to jestem najbardziej wdzięczny Pana książkom dla młodzieży!
    Pozdrawiam

  19. bea Says:

    W FNiN i Pałac Snów wstawił Pan piękną i pouczającą “lekcję” na temat działania reklamy. Powinni w niej w szkołach korzystać jako punkt wyjścia w dyskusji z dziećmi i młodzieżą, jak nas manipulują i jak się nie dawać…
    Zresztą muszę przyznać, że właśnie ten umiejętnie komponowany wątek edukacyjny niezwykle w Pańskich książkach cenię. Chyba na równi z absurdalnym poczuciem humoru.
    I jeszcze jako “laurka” dla Pana: kupiłam FNiN mojemu 10-letniemu chrześniakowi, który na widok książek wieje gdzie pieprz rośnie. Po tygodniu telefon od kuzynki “Czyta!!!! Po prawie dwie godziny dziennie!!!”
    Panie Rafale! Chapeaux bas!

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).