Problem wielkości

Przeciętny owad zrzucony ze znacznej wysokości wyląduje miękko na betonie. Dosłownie nie ma znaczenia, czy się go zrzuci ze stołu, czy z tarasu wieżowca. Po pierwsze, nie nabierze większej prędkości z powodu oporów aerodynamicznych, a po drugie, jest na tyle solidnie zbudowany, że bez uszczerbku wytrzyma zderzenie z twardą powierzchnią. Mysz zrzucona z dowolnej wysokości ma szansę przeżyć, jeżeli nie będzie to tak duża wysokość, aby gryzoń po drodze zamarzł. Organizm wielkości kota jest na granicy i raczej sporadyczne są przypadki przeżycia kota, który spadł z wysokiego piętra budynku.

Wolno spadający z dużej wysokości człowiek osiąga w atmosferze ziemskiej prędkość około 300 km/h, co oznacza niemal gwarancję śmierci nawet przy uderzeniu w wodę. Stóg siana zwiększa szanse o kilka procent, idealna jest zaś kilkunastometrowa zaspa śniegu, jeżeli ktoś nas z niej wyciągnie w miarę szybko. Płaszczyki, parasolki i modlitwy zmniejszają tę prędkość nieznacznie. Upadek słonia lub wieloryba ze znacznej wysokości zakończy się eksplozją i rozniesieniem obiektu na dużej przestrzeni.

Te dysproporcje wynikają z samej natury naszego trójwymiarowego wszechświata. Wytrzymałość takich na przykład kończyn jest definiowana przez powierzchnię przekroju, a obciążenie kończyn przez objętość tkanek, które ta kończyna ma unieść. Organizm powiększony dwukrotnie będzie miał czterokrotnie wytrzymalsze kończyny, lecz jednocześnie jego masa wzrośnie ośmiokrotnie. Kwadrat powierzchni rośnie wolniej niż sześcian objętości i otrzymujemy jednoznaczną definicję naszego problemu.

Czysto teoretycznie ciągnąc to dalej, organizmy czterowymiarowe miałyby przekichane na starcie – musiałyby być bardzo małe, by się nie zapaść pod własnym ciężarem, rosnącym znacznie szybciej. Hipotetyczne czterowymiarowe zwierzę (np. hiperpotam) wielkości pekińczyka poruszałoby się z gracją trójwymiarowego słonia i potrzebowałoby tyleż energii, co ów słoń. To oczywiście tylko zabawa z wyobraźnią, bo nawet zwykłe różnice międzygatunkowe potrafią nas zaskoczyć. Goryl o zbliżonej do Homo sapiens masie i mięśniach podobnej wielkości, jest jednak znacznie silniejszy, co jednak okupione jest zdecydowanie mniejszą precyzją ruchów.

Czysto mechaniczna delikatność naszego ciała jest poważnym ograniczeniem w eksploracji wielu miejsc na Ziemi, a tym bardziej poza nią. Nawet pomijając kwestie podtrzymywania życia, ochrony przed promieniowaniem, czy czasu potrzebnego, by dotrzeć do najbliższego układu planetarnego, zabije nas banalne przeciążenie niezbędne przy tak dalekich podróżach (przy obecnie stosowanych technologiach). Piloci myśliwców i astronauci przez krótki czas znoszą do 10g (dziesięciokrotność ciążenia ziemskiego), ale żaden trening nie pozwoli na długotrwałe przebywanie w warunkach choćby 2g.

Organizmy żywe są zaskakująco wytrzymałe. Niektóre ziemskie jednokomórkowce potrafią przeżyć długą podróż kosmiczną. Na zewnątrz statku. Między innymi dlatego sondy marsjańskie przed startem są dezynfekowane. Co ciekawsze, istnieje uzasadnione podejrzenie, że zarodniki bakterii i grzybów mogą opuszczać atmosferę ziemską bez udziału człowieka. Prawdopodobieństwo przypadkowego, ale naturalnego, wyrzucenia ich w kosmos jest bardzo niskie, lecz niezerowe. Co więcej, długotrwałe przebywanie w próżni wydaje się im nie szkodzić.

Niekoniecznie trzeba być jednokomórkowcem, by to osiągnąć. Eksperymenty dowiodły, że larwy niektórych owadów w otwartej przestrzeni kosmicznej hibernują, by po powrocie na Ziemię wznowić metabolizm. Osiągające rozmiary milimetra dorosłe niesporczaki (Tardigrada) w stanie anabiozy mogą przetrwać w temperaturach od prawie zera absolutnego do ponad 150°C, wytrzymują tysiąc razy silniejsze promieniowanie jonizujące niż człowiek, ciśnienie 6000 atmosfer, a to wcale nie koniec ich rekordów.

Jeśli chodzi o wytrzymałość, to daleko nam do legendarnych niesporczaków, ale umówmy się, że im jeszcze dalej do nas intelektualnie. I tu leży sedno problemu: jesteśmy za dużymi strukturami, by móc się poddać przeciążeniom koniecznym, by (używając obecnej technologii) w sensownym czasie dotrzeć do egzoplanet podobnych Ziemi. Jednocześnie jesteśmy zbyt mali, by wykształcić odpowiednio wydajny mózg, który wynajdzie inny sposób dotarcia do tych planet. Z punktu widzenia ewolucji ludzki mózg i tak jest już ekstrawaganckim ewenementem.

A jednak istnieje rozwiązanie. Cóż z tego, że mózg ma zbyt małą moc obliczeniową? Połączmy wiele mózgów w sieć. Kiedyś taka sieć nazywała się „uniwersytet”, dziś możliwości jest więcej. Najprostszą siecią jest trzech hydraulików zastanawiających się, jak wkręcić rurę pół cala do mufki trzy czwarte. A te bardziej złożone to think tanki doradzające światowym przywódcom. Zwykła burza mózgów w agencji reklamowej też jest sposobem na wzmocnienie mocy obliczeniowej mózgów poprzez ich najprostsze zsieciowanie.

Idealnym astronautą międzygalaktycznym byłoby mrowisko zawierające wymienialne i zastępowalne osobniki, które ogromną moc obliczeniową uzyskują po połączeniu się. Nie sądzę, by prowadzono takie badania, ale wydaje mi się, że dla pojedynczej mrówki stałe przeciążenie 10g byłoby co najwyżej dyskomfortem. Tylko po co wysyłać na inną planetę genetycznie modyfikowane mrówki albo niesporczaki?

Stanisław Lem powiedział: „Gdyby ludzie robili tylko to, co wyglądało na możliwe, do dzisiaj siedzieliby w jaskiniach”. Nasze słabości potrafimy przekuć w siłę, a można wręcz przyjąć, że przeciwności losu doskonalą rasę ludzką. Pchamy się w kosmos, a przecież jesteśmy nieprzystosowani do życia nawet na własnej planecie. A dokładniej, nie bylibyśmy, gdyby nie nasza inteligencja. Musieliśmy solidnie ruszyć głową, by bez sierści na całym ciele przetrwać zimę w Europie. Gdyby było ciepło i jedzenia w bród, to rzeczywiście nawet nie musielibyśmy szukać schronienia w tych jaskiniach. Podziękujmy nieprzyjaznej naturze, bo bez jej wrogości bylibyśmy grubymi, leniwymi przygłupami.

Jeżeli obecne teorie naukowe i oparte na nich obliczenia dobitnie wykazują, że nie dolecimy nigdy nawet do Proximy Centauri B, to tym gorzej dla tych teorii. Cóż z tego, że mamy delikatne ciała? Z pomocą zbiorowej inteligencji znajdziemy sposób, by je wzmocnić, zmienić, ochronić, a ostatecznie może nawet porzucić.


Udostepnij
Glodne Slonce

2 Responses to “Problem wielkości”

  1. Old Says:

    Super byłoby zobaczyć takiego hiperpotama! W naszych oczach byłby zmiennokształtny. Potrafiłby się “teleportować” w czasie i przestrzeni.
    Gdyby udało się go jakoś oznakować, to można by go wykorzystać to mapowania tuneli hiperprzestrzennych jak świnie do szukania trufli! :-)

  2. paul z Says:

    Żyjemy nie w trój-, lecz czterowymiarowej przestrzeni, te wszystkie kwadraty i sześciany przy obliczaniu nie biorą się z niczego. Właściwie wymiarów jest pięć, bo źle liczymy: Jak można sprawdzić przy pomocy ołówka, linia ma powierzchnię 1 punkt x 5 cm (na przykład), znaczy się, punkt to już jest pierwszy wymiar, nie zerowy. Co oczywiście nie ma znaczenia, chyba że uważa się za istotną różnicę między istnieniem a nieistnieniem. Przy czym „wymiar” to pojęcie tak mgliste i kiepsko zdefiniowane, że ledwo nadaje się do użytku.
    Że Pan to czyta, jest prawdą. Jest prawdą w Tokio, jest prawdą w galaktyce Andromedy, jest prawdą dla dinozaurów i dla wszystkich przyszłości, które nadejdą. Widzi Pan efekt rozchodzący się z szybkością nierozróżnialną od nieskończonej, koncentrację kompletnej czasoprzestrzeni w jednym jedynym punkcie. W jakiś sposób znajduje się Pan nie tylko na Proxima Centauri, ale i w każdym innym zakątku wszechświata. Może zrozumienie tego jest kluczem do podróży w kosmos.
    A nawet jeśli nie, wystarczy przecież przepisać prawa fizyki. Prawo tworzy najsilniejszy, kimkolwiek by był. A to Prawo Praw może przecież teoretycznie stać i nad fizyką i nad matematyką. Ja uważam, że stoi, i ma to związek z tym pierwszym wymiarem punktu, ale nie chcę znów wstawiać tu epopeję na cztery klepki.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).