Podróże kształcą

Widziałem niedawno w piśmie naukowym, którego nie szanuję jakoś specjalnie, artykuł o tym, jak łatwo jest podróżować po świecie. Artykuł dotyczył… Google Street View. Tak, była to propozycja oszczędzenia na wyjazdach zagranicznych, bo przecież można podróżować po całym świecie, nie ruszając się sprzed własnego biurka. Tak jest taniej i bezpieczniej.

Podczas ostatniej podróży do Azji mieliśmy okazję lecieć samolotem nie tylko z ex-ministrem środowiska Janem Szyszką, ale i z kilkudziesięcioosobową zorganizowaną grupą. Taką z opiekunem z biura podróży. Opiekun chodził za stewardesą i tłumaczył, że chicken to jest kurczak, a vegetables to warzywa. Kiedyś popełniliśmy ten błąd i pojechaliśmy na wakacje zorganizowane przez biuro podróży. Na swoje usprawiedliwienie mamy tylko to, że nasz syn był wówczas dwulatkiem i wydawało się nam, że tak będzie bezpieczniej. Nigdy więcej! Po dwóch dniach odłączyliśmy się od wycieczki, wynajęliśmy samochód i zaczęliśmy zwiedzanie indywidualne.

Już wiem, że jedynym sposobem poznania jakiegoś kraju jest pojechanie tam i zanurzenie się w nim, a zorganizowana grupa to uniemożliwia. „Prawdziwe życie zaczyna się tam, gdzie kończy się Twoja strefa komfortu” – to nieprawda, prawdziwe życie polega jedynie na przesuwaniu tej strefy komfortu. My ją sobie przesuwamy tak delikatnie, załatwiając wszystko samodzielnie i pozostawiając pewną część organizacji przypadkowi.

Czasem kończy się to tak, jak ostatnio, kiedy to wylądowaliśmy w małym tajlandzkim porcie o siódmej rano, lekko zmechaceni osiemnastogodzinną podróżą. W tle rozkręca się monsunowa ulewa, taka w rodzaju „odkręćmy kurek do końca”. Hotel, który stoi na małej wyspie, ma przysłać po nas łódź, ale nie odbierają telefonów ani nie odpowiadają na e-maile. Pozostawiony sobie, turysta z tej zorganizowanej wycieczki już by umarł ze stresu. A ja wiem, że za kwadrans, może za godzinę przestanie padać, a nawet jeśli nie przestanie, to i tak w tej temperaturze deszcz nie robi mi nic złego. Zawsze da się znaleźć inny hotel, a jak nie hotel to hostel. Nie ma co panikować.

Gdy jednak nie przestawało padać, strefa komfortu zaczynała coraz silnej na nas napierać. Skłanialiśmy się już ku opcji poszukania innego noclegu, bo azjatycki deszcz to nie jest deszcz w naszym rozumieniu tego słowa. Monsunowa ulewa to wiadro o nieskończonej pojemności, które przemieszcza się wraz z Tobą i leje ci wodę wprost na głowę. Zawsze jednak warto popytać ludzi – przypadkowa pani z centrum nurkowego znała przewodnika z Wyspy Koralowej, który miał telefon do kapitana łódki z naszego hotelu. W efekcie godzinę później płynęliśmy już w deszczu przez Morze Andamańskie, a ja powziąłem decyzję o postawieniu gdzieś w domu małej kapliczki poświęconej Brytyjczykom, dzięki którym w połowie świata da się coś załatwić, mówiąc po angielsku.

Oczywiście tę naszą taksówkowo-hotelową turystykę z walizką na kółkach wyśmieje każdy backpacker. Dla backpackersów to my jesteśmy turystami specjalnej troski. Trudno, każdy orze swoją strefę komfortu, jak może. Dla większości ludzi wycieczka z plecakiem i bez jasnego planu w nieznane byłaby czystym koszmarem, bez śladu przyjemności. Bilbo Baggins też tak myślał przez pierwszych kilka dni.
Ciekawie w tym kontekście wypada turystyka kosmiczna. W pierwszym etapie miałaby ona wyglądać mniej więcej tak, że grupa śmiałków w ciasnej kabinie wzbija się ponad umowną granicę kosmosu, czyli na sto kilometrów. Tam przez małe okienko wszyscy oglądają gwiazdy, doświadczają kilkuminutowej nieważkości i lżejsi o dwieście tysięcy dolarów wracają na Ziemię. Nie wiem jak dla Was, dla mnie nie brzmi to zachęcająco. Przypomina zwiedzanie najwyższego budynku świata bez wysiadania z windy.

Nieco lepiej wypada wycieczka na stację orbitalną lub księżycową, co prawdopodobnie będzie możliwe za kilkadziesiąt lat za jeszcze większe pieniądze. Tylko w czym to ma przypominać swobodną podróż do Tybetu czy Peru? Polecimy ziemskim statkiem, pokręcimy się po habitacie, zapewniającym warunki zbliżone do ziemskich, i wrócimy. Ograniczeniem są tu nasze własne ciała, które nie pozwalają przecież na „zanurzenie się” w środowisku pozaziemskim. No chyba że na chwilę tak krótką, że nie da rady nawet zrobić selfika, o banalnym przeżyciu tej chwili nie mówiąc.

Obawiam się, że współcześni podróżnicy rzadko bywają odkrywcami, a ich podróże służą rozrywce, a w najlepszym razie poszerzaniu własnych horyzontów (w zawodzie pisarza jest to nie do przecenienia). Niewiele jest miejsc za Ziemi, gdzie można postawić stopę jako pierwszy człowiek, a jeszcze mniej takich, gdzie ma to sens inny niż satysfakcja z samego faktu postawienia tej stopy. Nawet naukowcy, którzy prowadzą badania w najdalszych zakątkach świata, zwykle wiedzą, czego się spodziewać, bo przed nimi było tam już wielu innych badaczy.

Co innego badania kosmosu. Tam możemy być pierwsi i odkrywać coś, czego nikt przed nami nie odkrył. A dokładniej… to wysyłamy tam roboty, bo jest taniej i bezpieczniej. Zatem pismo naukowe, którego nie szanuję jakoś specjalne, miało jednak rację. Nasza obecna eksploracja Marsa ma niewiele wspólnego z wyprawami wielkich podróżników, bardziej przypomina siedzenie w fotelu i przesuwanie ludzika po mapie Google Street View.


Udostepnij
Glodne Slonce

2 Responses to “Podróże kształcą”

  1. paul z Says:

    Przypuszczam, że przyszła turystyka w realu (bo wirtualna rzeczywistość oferuje o wiele więcej atrakcji, a dane rzeczywiste dają się wkomponować), czy to ziemska czy kosmiczna, będzie odbywała się zdalnikami. Już dzisiaj tubylcy mogliby dorabiać (i chyba to robią, nie pamiętam), biorąc kamerę i ganiając po własnym kraju wedle wskazówek turystów, może nawet jakiś zgrabny facet mógłby podrywać panienki (za parę groszy udające, że bawią je dowcipy wideoturysty). A na Księżycu czy orbicie, to okraszone gadżetami robociało daje więcej swobody. „Surrogates” to dość prosta wizja, w rzeczywistości, zastosowań dla zdalników musi być o wiele więcej.
    - Można by podobnie zresztą kolonizować kosmos: Statek ze śpiochami bezpiecznie pod ziemią, bioroboty łażą po powierzchni, tak doskonałe, że nierozróżnialne od istot żywych, nie wiedzą nic o statku i wierzą w wędrówkę dusz… A jeśli już kolonizować osobiście, wystarczy jedno: Skafander na tyle wygodny, że chce się spędzić w nim życie. Już taki nosimy: Własne ciało, chroniące nas przed zabójczymi warunkami na planecie Ziemia, tak skażonej biologicznie i chemicznie i wypchanej potworami, że przy niej, Mars wydaje się kurortem. Zacząłbym najpierw rozwijać je dla Sahary, Syberii, Antarktydy, nawet miejsc tak wrogich wyższym formom życia jak Sejm, a na tej podstawie iść dalej. Ale czemu odbiegam od tematu?
    - To mój rodzaj turystyki: Myślowej. W głowie, radośnie lezę tam, gdzie nie odważy się nikt inny, ale w rzeczywistości zdarzyło mi się zgubić w budce telefonicznej. W Tajlandii, przeoczyłbym nie tylko monsun, ale i Tajlandię. Chciałbym umieć tak podróżować jak Pan.

  2. Marceli Says:

    Wpis czytam będąc w Tashkurganie na pograniczu Chińsko- Pakistańskim. Proszę to potraktować jako elektroniczną pocztówkę ;). Co do stawiania stopy po raz pierwszy, to nie trzeba latać w kosmos. Wystarczy zająć się ziemskimi oceanami, które są równie dziewicze i mogą skrywać wcale nie mniej tajemnic.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).