Plastik to zło a recycling to zbawienie. Nie.

Zbliżamy się do trzeciej dekady XXI wieku, a przesądy i zabobony mają się doskonale, jakbyśmy żyli w ciemnych czasach Średniowiecza. Tyle że teraz przesądy ubiera się w ciuszki naukowe albo raczej pseudonaukowe. Skupię się na jednym przykładzie masowej paniki moralnej, którą można by określić „plastik to zło a recycling to zbawienie”. Całe szczęście, metodologia naukowa póki co nadal pozwala na obalanie dogmatów.

Rozmawiałem jakiś czas temu z pewnym „proekologicznym” znajomym. Chciałem być miły, więc się pochwaliłem, że noszę w plecaku dwie torby, reklamówki z grubej folii, żeby w sklepie nie brać nowych. On się na to oburzył, że używam plastikowych toreb. I na nic zdały się moje tłumaczenia, że tych toreb użyłem już ze dwadzieścia razy, czyli dziewiętnaście razy nie wziąłem nowych. Nic z tego, facet się zafiksował na „używasz plastikowych toreb”. Co ciekawe, zupełnie nie przeszkadzał mu fakt, że mój plecak też jest z nylonu, czyli plastiku.

Gdy robiłem zakupy na święta, bardzo rozbawiła mnie informacja w moim sklepie mięsnym, że na życzenie klienta sprzedawca może zapakować zakupy w papierową torbę. Wyobraziłem sobie kilogram mielonego zapakowanego w papier, ale przez ciekawość poprosiłem. Po krótkich poszukiwaniach papierowa torba się znalazła, ale mięso zostało i tak zapakowane w torbę plastikową, a dopiero ona w papierową. Nie rozczarowałem się kreatywnym bezsensem tego rozwiązania. Oto proekologiczne działanie skutkuje po prostu zmarnowaniem parunastu gramów celulozy, by lepiej wyglądać przed sąsiadami. A co, jeśli cała nasza świadomość ekologiczna tak wygląda?

Po raz kolejny powtórzę, że podróże kształcą. Bez przekonania się na własne oczy i uszy, jak wygląda życie gdzieś daleko stąd, jesteśmy skazani na przekaz pośredników. A skoro praktyką większości mediów i liderów opinii jest zakłamywanie obrazu świata lub choćby manipulowanie nim, to nie ma szans na poznanie prawdy. Część pośredników robi to dla zysków, cześć dla sławy, a część dla idei. Czytam potem i oglądam różne „dokumenty” i reportaże o miejscach, w których byłem i się zastanawiam, czy przypadkiem nie mam problemów z pamięcią.

Pamiętacie kampanie przeciwko stosowaniu plastikowych nakładek do łączenia kilku puszek napojów? Takich, że potem się duszą pelikany? Zniknęły ze sklepów kilkanaście lat temu. A dokładniej… zniknęły z polskich sklepów. W Europie Zachodniej takie opakowania nadal funkcjonują. Trwa odwrót od plastikowych słomek, bo to szkodzi żółwiom, i ponoć Polska jest zakałą świata, bo u nas ten odwrót trwa za wolno. Tymczasem w Azji, gdzie w przeciwieństwie do Polski żyją odpowiednio duże żółwie, plastikowe słomki są powszechne. Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność. Prawdziwy świat wygląda inaczej, niż próbuje nam się wmówić.

A co jeśli powiem, że zużyte opakowania spożywcze nie tylko nie zanieczyszczają środowiska, ale mogą nawet być sposobem na spowolnienie zmian klimatycznych? Wiem, ryzykowne stwierdzenie, ale spróbuję je obronić.

Jeśli nie jesteś zakażony dogmatem „plastik to zło”, to pewnie jeszcze nie rzuciłeś tym tekstem o ścianę i czytasz dalej. Specjalnie dla Ciebie tłumaczę, o co chodzi. Próbujemy zatrzymać zmiany klimatyczne, ograniczając emisję gazów cieplarnianych, głównie dwutlenku węgla i metanu. Robimy to, uprzykrzając sobie życie na wiele sposobów, a efekty są zerowe. Pora przyznać, że to nie działa. Nie potrafimy zmniejszyć emisji u siebie (mam na myśli Zachód), a cała reszta świata emituje z roku na rok coraz więcej. Naprawdę trzeba być niezłym naiwniakiem, żeby wierzyć, że uda się cokolwiek zdziałać demonstracjami i oburzonymi statusami na Facebooku.

Istnieją pomysły na łapanie dwutlenku węgla i pompowanie go pod ziemię, na przykład do opuszczonych kopalni. Szczerze mówiąc, nie użyłbym tak nierealnego sposobu nawet w powieści SF. Nie istnieje nawet zarys technologii, która miałaby to umożliwić. A co to ma wspólnego z plastikiem? Bardzo dużo. I nie, nie chcę pompować plastikowych butelek dwutlenkiem węgla i wrzucać ich do kopalni.

Gdy w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, proekologiczny obywatel będzie się kładł do snu, użyte przez niego biodegradowalne produkty rozpoczną to, do czego zostały zaprojektowane – zaczną się rozkładać, a proces ten potrwa wiele miesięcy. Jeśli zostaną poddane prawidłowemu kompostowaniu, to… UWAGA! UWAGA! zawarty w nich węgiel pod postacią CO2 zostanie uwolniony do atmosfery, wzmagając efekt cieplarniany. Chociaż… mało prawdopodobne, że tak się stanie, bo śmiecie raczej trafią na wysypisko. Tam, kilka metrów pod powierzchnią, w warunkach beztlenowych powstanie metan, czyli gaz kilkadziesiąt razy bardziej „skuteczny” od CO2 w podgrzewaniu planety.

Tymczasem zwykły plastik, taki np. z jednorazowych butelek czy toreb, będzie sobie leżał w niezmienionej postaci, jeżeli oczywiście ktoś nie wpadnie na pomysł, by go spalić. Albo znaleźć bakterie, które go rozłożą. Pomijając nieistotne domieszki, popularna butelka po wodzie składa się z węgla, tlenu i wodoru, połączonych w termoplastyczny polimer z grupy poliestrów zwany PET. Nas interesuje głównie to, że zawiera węgiel i to bardzo mocno związany chemicznie. Takie butelki nie zanieczyszczają środowiska, zajmują jedynie przestrzeń. Jeśli więc sprasujemy je i zgromadzimy w bezpiecznym miejscu, to trwale uwięzimy cały zawarty w nich węgiel. Na stulecia.

Jest w tym jednak pewien haczyk. By w ten sposób „odessać” węgiel z atmosfery, butelki powinny być wyprodukowane z bioplastiku, który powstał z przetworzenia roślin, co dziś jest nieco drogie i niełatwe technologicznie. I pod żadnym pozorem nie wolno ich po użyciu recyklować! Jeśli zakopiemy taką butelkę, to o całym zawartym w niej węglu możemy zapomnieć na co najmniej pół tysiąca lat. A co potem? Przez ten czas albo coś wymyślimy, albo nie będzie już komu wymyślać.


Udostepnij
Glodne Slonce

3 Responses to “Plastik to zło a recycling to zbawienie. Nie.”

  1. Wisznu Says:

    No, wreszcie ktoś to napisał.:)

    Jeszcze przydałoby się dodać, że pomysł na biodegradowalny plastik, który miał ratować zwierzęta przed zaduszeniem się - bo powodował rozpad torby na drobny proszek po paru miesiącach jest kolejnym gwozdziem do naszej trumny.
    Bo po pierwsze - przez te kilka miesięcy zwierzak i tak się zdąży udusić, a po drugie ten plastik wcale się nie rozkłada w sposób jaki powinien, by być “bio”. Po prostu robią się z tego małe drobinki polimerów, których wewnętrzne wiązania są tak samo mocne jak w starych reklamówkach. Tylko że teraz nie da się ich normalnie sprzątnąć - zgarnąć ręką i wyrzucić.
    I bardzo łatwo zostają połknięte przez zwierzęta przez co trafiają do łańcucha pokarmowego i w efekcie sami też je zjemy…

  2. Michał Says:

    Bardzo rzeczowy i ciekawy artykuł!
    Tak przy okazji chciałbym o coś Pana zapytać - czy mógłby Pan powiedzieć, kiedy odbędzie się premiera następnej części Felixa, Neta i Niki? Może jest już w sieci jakiś fragment albo okładka, tylko ja się nie potrafię do tego dokopać… :).
    Pozdrawiam!

  3. Alexa Says:

    Bardzo odważny artykuł :) Nigdy nie spojrzałem na problem plastiku w ten sposób; może rzeczywiście problem tkwi w ludziach a nie butelkach czy słomkach.

    Z drugiej strony takie podejście mogłoby wywołać konflikt ekologiczny na skalę światową. Ekolodzy mają twarde i proste argumenty by temu “zaradzić”.

    Historia nauczyła nas, że całkowicie odrealnione projekty prawie zawsze spotykają się z pogardą (np. kiedyś stworzenie żarówki było dla ludzi czarną magią i nie wiadomo czym. Prawie jak dzisiejszy problem 5G).

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).