Pierwszy test praktyczny

To stara historia, może nawet legenda miejska. Opowiada o dziewczynie, która świeżo po zrobieniu prawa jazdy wybrała się na wycieczkę samochodem. W lesie na szosę wybiegła wiewiórka, więc dziewczyna skręciła kierownicę, żeby ją ominąć. I zderzyła się czołowo z samochodem jadącym z przeciwka. Oczywiście nie zrobiła tego celowo. Ominęła pluszowe zwierzątko i dopiero przeszła do rozwiązywania kolejnego problemu, który wtedy już był problemem nierozwiązywalnym.

Text ten nawiązuje do wczorajszego wypadku polskiego autokaru w Niemczech. Widziałem wiele poślizgów i stłuczek, do których by nie doszło, gdyby kierowca posiadał jakieś umiejętności poza równomierną jazdą do przodu. Kierowca wspomnianego autokaru zapewne był bardzo zaskoczony tym, co się stało po gwałtownym manewrze. To oczywiste, że był zaskoczony. Skąd miał wiedzieć, że tak się to skończy, skoro po raz pierwszy znalazł się w takiej sytuacji? Podobnie jak w przypadku katastrofy prezydenckiego Tupoleva, podobnie jak w przypadku katastrofy autokaru pod Grenoble, to też był wypadek nieunikniony. Teoretycznie możliwa katastrofa - wiadomo, że się wydarzy, nie wiadomo tylko gdzie ani kiedy. Padło pechowo na to miejsce i na tych ludzi.

Poniżej nagranie z podobnego zdarzenia, gdzie kierowca autokaru zachował się, jakby prowadził mały sportowy samochodzik, a nie kilkunastotonowy słabo sterowny kloc.

Kto jest winien wczorajszego wypadku? Najłatwiej powiedzieć, że kierowca; w tym przypadku baba z Mercedesa, która zajechała drogę autokarowi. Ale to wielkie uproszczenie – winny rzadko jest jeden. Gdyby kierowca autokaru zachował się prawidłowo, skończyłoby się na poobijanych samochodach. Czemu więc wybrał uderzenie w filar mostu?

Winny jest system szkolenia kierowców. Kierowcy są szkoleni do równomiernej jazdy na wprost i do parkowania pod różnymi kątami. Oglądają też obrazki z udzielania pierwszej pomocy, której potem sami raczej nie będą potrafili udzielić. Test teoretyczny kładzie nacisk na znajomość tak ważnych zagadnień jak to, czy ograniczenie prędkości poza terenem zabudowanym obowiązuje na odcinku 700 czy 1500 metrów. Test praktyczny polega na bezkolizyjnym przejechaniu przez kilka ulic i zaparkowaniu między słupkami. Potem przychodzi zaskoczenie, że nie zawsze jest tak jak na lekcjach.

Na samym początku poniższego filmiku możemy zobaczyć ofiarę amerykańskiego systemu szkolenia kierowców. Ofiara uparcie nie chce przyjąć do wiadomości, że jest ślisko i samochód nie zachowuje się jak powinien.

Potrącenie przez samochód jadący z prędkością 60 km/h niesie za sobą większe ryzyko śmierci, niż w przypadku postrzału z pistoletu. Jednak prawo jazdy jest wydawane każdemu, kto potrafi wkuć teorię i nie zakończyć jazdy z egzaminatorem na drzewie. Kierowca wie, że kierunkowskaz musi włączyć nie później niż trzynaście i pół metra przed skrętem, ale nie wie, jak wyprowadzić auto z poślizgu, albo jak ominąć nieoczekiwaną przeszkodę. Tego nie uczą na kursie, bo to zbyt drogie i kłopotliwe. Każdy sam musi się tego nauczyć w ułamku sekundy podczas pierwszego prawdziwego poślizgu. Tyle, że wtedy jest to jeszcze droższe i jeszcze bardziej kłopotliwe.

Każdą zimę zaczynam od wybrania się samochodem na pusty parking, żeby przypomnieć sobie zachowanie samochodu na śliskiej nawierzchni. Niewielu ludzi to robi. Zresztą to ryzykowne, trzeba się szybko uwinąć i zmyć, bo na pewno zaraz znajdzie się jakiś życzliwy emeryt, który zadzwoni po policję, by przyjechała i wyłapała piratów drogowych. Piloci prezydenckiego Tupoleva ćwiczyli procedury awaryjne w kabinie samolotu stojącego na ziemi. To jakby uczyć się pływania w przybasenowym bufecie. Teorię mieli w małym palcu, ale niestety pierwszy test praktyczny oblali. Setki tysięcy polskich kierowców wciąż czekają na swój pierwszy test praktyczny.


Udostepnij
Glodne Slonce

20 Responses to “Pierwszy test praktyczny”

  1. kasia Says:

    Tę legendę miejską opowiadał mi mój instruktor, kiedy robiłam kurs. W jego wersji wiewiórka była ślicznym pieskiem. I zginęło kilka osób. Mój cudowny pan Koc mówił “wal, dziecko, w pieska, nigdy w inny samochód”. I jeszcze “Nigdy nie wlecz się lewym pasem”.

  2. Hankes Says:

    A mi instruktor mówił, żebym przychodziła na jazdy w spódniczce =_=”

    W każdym razie strasznie ciekawe, że akurat dziś o tym czytam, bo przedyskutowałam dzisiaj z Tatą ładną godzinę na temat ‘dlaczego chciałabym pójść na kurs jeżdżenia rajdowego i kontrolowania poślizgu’. On jako doświadczony kierowca, który w życiu zrobił różnymi samochodami zussammen do kupy (jak wspólnie policzyliśmy) koło 2,5 miliona kilometrów, twierdził, że nie da się odtworzyć warunków panujących na drodze, ułożenia samochodu w sytuacji poślizgu, a przede wszystkim paniki, jaka człowieka ogarnia. Bez względu na doświadczenie, ilość przebytych za kółkiem kilometrów i przebyte kursy, człowiek nie jest w stanie przewidzieć swojej reakcji.
    Ja natomiast, jako drogowa wariatka ze świeżym prawkiem i 20 tysiącami kilometrów w ciągu ostatnich 5 miesięcy, walnięta na punkcie jeżdżenia szybko i ryzykownie (oczywiście w granicach rozsądku), uważam, że odruchy, wyuczone podczas nauki jazdy w poślizgu mogłyby mnie uchronić przed nieuchronnym. Debata pewnie potrwa dopóki nie wyproszę kasy na ten krejzi kurs.
    Co do jednego Rafałowe i Tatowe zdania się pokrywają. Ludzie, którzy zwykli jeździć z domu do pracy i z pracy do domu, z wbitymi do głowy regułkami z podręcznika, nie mający żadnego doświadczenia poza wykutymi na pamięć skrzyżowaniami, które mijają codziennie (a jakby zmienić im pierwszeństwo, to by się pozabijali), stanowią ogromne zagrożenie na drodze. Przede wszystkim właśnie dlatego, że w sytuacji kryzysowej tłuką nogą w hamulec, zamykają oczy i blokują koła kierownicą na prosto, albo odruchowo uciekają w jakimkolwiek, nieprzemyślanym i niedostosowanym do wielkości i ciężaru samochodu kierunku. Dlatego dostałam kategoryczny nakaz rozbijania się po całej Polsce Błękitną Rakietą. Może jak zobaczę zza kierownicy więcej, niż cztery ulice, którymi jadę z mieszkania na uczelnię i z powrotem, będę w stanie stwierdzić, że niewiele może mnie zaskoczyć.

  3. Rafal Kosik Says:

    Kursy jazdy rajdowej… no nie wiem. Rajdowcy mają do dyspozycji całą szerokość drogi, pobocze i jeszcze okoliczne stodoły ;) Mają też pewność, że nikt nie jedzie z przeciwka. Ale ćwiczyć na pewno warto, pod warunkiem, że są to ćwiczenia prawdziwe, a nie zabawa samochodem z doczepionymi z tyłu obrotowymi rolkami zamiast kół. Jest szansa, że wyrobisz sobie prawidłowe odruchy.

  4. tesska Says:

    Ja jak na razie praktykuję komunikację miejską. Ale ostatnio zaczynam się łamać, bo jednak coraz częściej przychodzą do głowy sytuacje, gdzie prawo jazdy by się przydało. Tyle że absolutnie nie wiem, czy to dla mnie, więc jakoś szaleńczo się ku temu nie spieszę.

  5. tatamaxa Says:

    Według ostatnich doniesień uderzenie w filar nie było skutkiem manewru uniku, ale kolizji z osobowym Mercedesem.

  6. Jakub Says:

    ja jeżdże komunikacją miejską szkoda ze tyle osób zgineło można uważac że to był bląd kierowcy mercedesa ale życie jest różne terotyczne możliwa katastrofa się zdarzyła czy to wina tego czy tego stalo się i się nieodstanie szkoda tyle ludzi naprawde ostatnio ciągle jakieś katatrofy…

  7. Dziebak Says:

    Należy zadać sobie pytanie, czy piloci Tupoleva byli faktycznie żółtodziobami jedynie po kursie na symulatorze. Po drugie, ciężko jest odtworzyć podobną sytuację w innych realiach. Bo niby jak? Wysłać pilota żeby lądował sobie w polu we mgle, jak przeżyje to zdał?

    A w kwestii kierowców, to problem w tym, że nie każdy może używać samochodu do czegoś więcej niż jazda do pracy. Genetyczne uwarunkowanie i te sprawy. Jednak jeśliby odmówić przyznania prawa jazdy, to zaczynają się kłopoty, bo każdy kierowca to potencjalny zysk. No i koszta nauczenia młodego kierowcy jazdy w poślizgu też nie są małe. Przy takim mieście jak warszawa, trzebaby zbudowac oodpowiednie, spełniające normy UE place zraszane wodą itp. itd. Chociaż z drugiej strony nie wiem, czemu nie ma nawet teorii. Większość kierowców, nawet jakby miała możliwość spokojnej nauki radykalnych manewrów, i tak by się na nie nie zdecydowała. Bo się nie przydadzą, bo panie takich rzeczy nie lubią itp. Chociaż i tak najlepsze efekty daje głównie duża ilość wyjeżdżonych godzin, w różnych warunkach.

  8. Mateusz Says:

    Może nie mam samochodu, ale mam skuter i też byłem zachwycony, że nie mam blokad i zawsze jeździłem z pełną prędkością(90km/h), aż się nie wywróciłem i od razu jeżdżę ostrożniej.

    Jak dla mnie prawo jazdy jest zbyt proste do zdania i nawet ci, którzy je zdobędą nie potrafią jeździć. Tak jak Pan wspomniał w teście - teoria wykuta, parkowanie i przejechanie kilku ulic, ale nie ma omówienia nawet sytuacji niebezpiecznych.

  9. tt Says:

    Za śmieszne kilkaset złotych (śmieszne - w porównaniu do ceny blacharskiej naprawy samochodu) można się wybrać na jednodniowy “kurs bezpiecznej jazdy”. To nie kurs jazdy rajdowej - ale pierwszy etap pozwalający zrozumieć, jak się zachowuje samochód w ekstremalnej sytuacji. Prędkości są niewielkie ale kursanci fruwają po placu aż miło. I zmieniają swój styl jazdy bo rozumieją, że nie są nieomylni.

    Nam taki kurs zafundowała firma. Ale potem kupiłem taki kurs żonie na gwiazdkę - i była bardzo zadowolona (a jeździ bardzo dobrze - bezpiecznie a nie wolno). Może to dla Was pomysł na prezent dla rodziców/znajomych a przy okazji na poprawę ich bezpieczeństwa?

    To w kwestii praktycznego opanowania samochodu. A zasady typu “w pieska a nie w samochód” trzeba ludziom wpajać, chociaż odruch bywa silniejszy niż świadome decyzje.

  10. Dziebak Says:

    Człowiek po 30h wyjeżdżonych, raczej nie załapie mechanizmu wychodzenia z poślizgu.

  11. Rafal Kosik Says:

    @Dziebak: Cywilni piloci ćwiczą raz w roku (chyba) na symulatorach. Jak obleją, to nie mają przedłużanej licencji. Wojskowi z Tupoleva ćwiczyli na sucho, co polega na sprawdzeniu, czy się pamięta procedury.

    @tt: Jak masz sprawdzoną firmę szkoleniową, to podaj link do ich strony. Może ktoś skorzysta.

  12. kasia Says:

    Codziennie na ulicy widzę kierowców, którzy zapewne i po trzydziestu milionach wyjeżdżonych godzin nie załapią. W ogóle nie powinni dostać prawa jazdy. Są takimi bombami z opóźnionym zapłonem. Dlaczego nie wszyscy wybuchają? Refleks i wyobraźnia innych.

    A kursy, o których pisze tt powinny być obowiązkowe.

  13. Jakub Says:

    Powinny

  14. Michał Says:

    Nie mam pojęcia, czy jazda po ośnieżonym parkingu cokolwiek daje, ale przytaczanie tutaj sprawy wypadku autokaru pod Berlinem jest moim zdaniem totalnie nie na miejscu. Wystarczy zrobić mini test i poprosić znajomą osobę, aby znienacka rzuciła nam w twarz pluszową piłeczką. Co zrobimy? Oczywiście zasłonimy się ręką pomimo świadomości, że piłka jest pluszowa… Tak działa mózg człowieka, który w kryzysowej sytuacji skupia się na tym, żeby zapobiec bezpośredniej ( uwaga, ważne słowo ) katastrofie. Nawet jeśli osoba siedząca za kółkiem przejechała tysiące km, ma ekstra długi staż etc, w chwili potencjalnie możliwej kolizji zareaguje odruchowo, a na pewno nie będzie miała czasu, żeby przeanalizować całą sytuację, wybiec w przyszłość na najbliższe 0,5 minuty i obliczyć tory ruchu pobliskich pojazdów. Jesteśmy tylko ludźmi!

  15. Hankes Says:

    No i ja nie do końca zgadzam się z tym, że pierwszym odruchem musi być bezmyślna reakcja obronna. Ludzie często nie wiedzą nawet teoretycznie, w którą stronę skręcić kierownicę i co zrobić z hamulcem, kiedy samochodem zarzuci na śliskiej nawierzchni. Pomijam fakt, że jeśli człowiek wyuczy się pewnych schematów i zachowań, powtarzając je wielokrotnie na oblanym wodą, nieco zmrożonym placu, to pewnie będą pierwszym mechanizmem, który zadziała w sytuacji kryzysowej.

    A co do “pieska”, “kotka”, “piżmaka”: ze dwa miesiące temu uratowałam jeża… rozpieprzając miskę olejową. Na poboczu. Oczywiście o kamień, a nie o jadący z naprzeciwka samochód (byłoby to dość trudne).

    @Dziebek: Jeśli chodzi o to genetycznie uwarunkowane nieużywanie samochodu na trasach innych niż dom-praca: najgorsze, że każdy z takich kierowców prędzej, lub później wpadnie na pomysł, żeby skoczyć z rodzinką do Zakopanego. Jak jest z Myślenic, to okej, może jakoś się doturla te 50 kilometrów. Ale jak jedzie z Wejherowa, to prawdopodobnie będzie dość krytyczne w skutkach. Tacy ludzie myślą ‘mam samochód, jeżdżę nim codziennie, to czemu niby mam jechać pociągiem?’, a może lepiej mogliby zostać przy spóźnialskim, ale bezpiecznym PKP.

  16. Rafal Kosik Says:

    Po to są szkolenia, żeby w sytuacji awaryjnej działać właściwie i bez zastanowienia. Kierowca rajdowy zimą jedzie w ciągłym poślizgu i tak ze 3 razy szybciej niż normalny kierowca. Może to robić, bo wytrenował odpowiednie odruchy (pomijam opony etc.). Te odruchy, które mamy „wbudowane”, sprawdzają się w codziennym życiu, ale zawodzą, gdy naszym „ciałem” staje się maszyna, taka jak np. autokar, samolot, czy nawet rower.

    Co do przykładu z piłeczką: normalny człowiek zasłoni się ręką, a przeszkolony w sztukach walki zrobi unik, bo unik jest szybszy.

  17. kasia Says:

    Michał, nie zgadzam się z Tobą. I wiem, co mówię. Jakieś trzy lata temu kiedy jechałam przez las, na zakręcie zobaczyłam nadjeżdżający z przeciwka samochód i obok drugi, który go wyprzedzał, a robił to oczywiście moim pasem. Nie wiem, kiedy to się stało, ale pomyślałam, że na poboczu jest piach i jeżeli zjadę, nie zapanuję nad kierownicą i walnę w drzewa. Przesunęłam się jak najbliżej prawej strony, jadący swoim pasem z przeciwka przesunął się na swoją prawą, a wyprzedzający debil przemknął środkiem. Uratowała nas wyobraźnia, refleks i zimna krew. Wszystkich trojga kierowców.

    Nie wiemy, co się dokładnie stało pod Berlinem, nikt tu nie oskarża kierowcy autokaru. Rafał napisał tylko, że trzeba myśleć i się szkolić.

  18. Samantha Says:

    Mówisz Michał: “Zareaguje odruchowo”. W tym rzecz, że Ty jako osoba myśląca jesteś w stanie wyrobić sobie odruchy, nauczyć się ich poprzez częste powtarzanie i później zareagować odruchowo, ale prawidłowo. To tak jak ze słówkami z angielskiego. Jeśli ktoś się uczy, to jak mu powiesz ‘apple’, to ci od razu przetłumaczy na ‘jabłko’, bo to jest już dla niego odruchowe tłumaczenie. Jakby teraz mu ktoś powiedział że ‘apple’ znaczy coś innego, trudno byłoby mu się przestawić.

  19. tesska Says:

    Nie wiem, co ma przykład ze słówkami do rzeczy :P O coś takiego akurat bardzo łatwo, wystarczy inny język, w którym przykładowe ‘apple’ znaczyłoby coś innego - o co byłoby dość łatwo na innym przykładzie.
    “Grudzień” to po czesku “prosinec”, ale już po słoweńsku “prosinec” to “styczeń”. Czyli w sumie opisałaś sytuację normalną i popularną, kiedy ktoś się uczy więcej niż jednego języka obcego :)
    No chyba że jest to sytuacja, gdzie ktoś poznał błędne znaczenie słowa - czyli sytuacja, kiedy wyuczyło się jednej rzeczy, a potem trzeba się jej “oduczyć” i nauczyć od nowa, dobrze. I to nadal nie to samo.
    [A odruchowe jest w tym jeszcze coś innego - kiedy odruchowo rozumiemy tekst w obcym języku, nie przekładając go w myślach na polski. Wtedy przetłumaczenie go staje się problemem, bo trzeba wrócić do myślenia w swoim języku.]

    Tu po prostu chodzi o to, żeby odruch zastąpić świadomą czynnością, wyćwiczyć coś, co zastąpi odruch. Bo póki człowiek nie wie, jak się zachować, będzie reagował odruchowo. Kiedy wiedzę nabędzie, jest szansa, że postąpi racjonalnie nawet w stresie.

  20. Rafal Kosik Says:

    Odruchy daje się programować, a robi się to metodą wielokrotnych powtórzeń. Gdyby było inaczej, trening można by zastąpić szkoleniem teoretycznym - tak zresztą próbowano nauczać języków obcych w PRL-u. W myśl zasady, że uczeń, który wkuje na pamięć tabelkę niemieckich przedrostków „der”, „das” i itd., automatycznie będzie umiał je zastosować w praktyce. No więc uczeń nie umiał. Niestety trzeba było dopiero zmiany ustroju, żeby nauczyciele przyjęli do wiadomości, że podstawą nauki języków są konwersacje, czyli trening.

    O rozszerzenie tematu trzeba by poprosić neurofizjologa. Ale na pewno ta sama zasada tyczy się prowadzenia pojazdów mechanicznych i każdej innej dziedziny życia.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).