Pierwszy krok do gwiazd

Znacie ten suchar o Francuzie, który jechał do Moskwy i Rosjaninie, który jechał do Paryża? Obaj mieli przesiadkę w Warszawie i obaj pomyśleli, że to wcale nie przesiadka, tylko są już na miejscu. W 1989 roku Polska odzyskała niepodległość, utraconą pięćdziesiąt lat wcześniej. Wydawało mi się wtedy, że z naszego języka zniknie pojęcie Zachodu, jako określenia czegoś lepszego. Bo przecież, skoro pozbyliśmy się komunistów, rozpisaliśmy wolne wybory i wprowadziliśmy kapitalizm, to za miesiąc, najdalej dwa, będzie tu tak samo jak we Francji, Wielkiej Brytanii, czy USA. Naiwnie czekałem na start polskiego programu kosmicznego, czy choćby czynnego uczestnictwa Polski w programach europejskich. Kończyłem wtedy osiemnaście lat, co w dobie przedinternetowej oznaczało, że miałem ubogie pojęcie o świecie.

Mijały tygodnie, miesiące, lata, a moja Warszawa wciąż nie stawała się Paryżem ani Londynem. Zamiast projektów polskich sond kosmicznych mieliśmy demonstracje dziesiątek tysięcy ludzi, których nie interesowało nic ponad to, żeby dostawać kasę niezależnie od tego, czy ktoś potrzebuje ich pracy, czy nie. Wtedy zrozumiałem, że aby myśleć o gwiazdach, trzeba albo zaspokoić ludziom potrzeby podstawowe. Albo wprowadzić dyktaturę. Ćwierć wieku później pojęcie Zachodu w formie niemal niezmienionej wciąż funkcjonuje i ma się dobrze.

Na jesieni spędziłem tydzień we Wrocławiu w towarzystwie międzynarodowym, w skład którego wchodzili Amerykanie, Niemcy, ale przede wszystkim Skandynawowie. Szczególnie ci ostatni nie mogli się nadziwić, jak tu czysto, jacy mili ludzie, jaki poziom obsługi klienta w knajpach i na imprezach masowych. Wcześniej myśleli, że Polska to taka Rosja bis. Wprawdzie najbardziej to nie mogli się nadziwić, jak tu jest tanio, ale to osobny temat. Zapewne wrócili do domów ze świadomością, że granica Zachodu została przesunięta z Odry na Bug.

Na pierwszy rzut oka Polska dziś rzeczywiście przypomina Zachód, nasze większe miasta na pewno, a te mniejsze też powoli zasypują dziurę cywilizacyjną. Nowe tramwaje, czyste ulice, przypadkowi przechodnie mówiący całkiem nieźle po angielsku. Ale to wciąż przemiana powierzchowna. Nie jest tak źle, żeby to nazywać sypaniem pudru na trąd, ale na trądzik młodzieńczy już jak najbardziej. Nie chcę tu pisać o takich oczywistościach jak to, że Polska nie jest pełnoprawnym członkiem, lecz raczej klientem międzynarodowego systemu bankowo-finansowego. Chcę napisać o czymś znacznie trudniejszym do zmiany – o naszej mentalności.

Pamiętam sprzed lat tatuaż jakiegoś rapera, czy może kibica, „Szacunek dla biedy” i zastanawiam się, co autor miał na myśli. Szacunek należy się każdemu człowiekowi niezależnie od jego statusu materialnego, ale nikomu nie należy się jakiś specjalny szacunek za to, że jest biedny. To przecież jak dawać medale za ostatnie miejsca w maratonie. Ale coś w tym jest, bo w tej naszej narodowej mentalności mocne są memy „należy mi się” oraz „jeśli ma, to ukradł”. Określiłbym je mianem dwóch najbardziej destrukcyjnych i demotywujących memów, jakie istnieją w powszechnej polskiej świadomości.

Podróże kształcą głównie dlatego, że po powrocie widzisz siebie, swoich bliskich i swoich dalszych z nowej perspektywy. Tego nie da się zastąpić żadną lekturą, żadnym chatem internetowym, żadną grą na zachodnim serverze. Piszę ten felieton we włoskich Alpach. Choć sporo podróżuję, to mój pierwszy wyjazd na narty poza Tatry. Paradoksalnie, jeśli zsumować wszystko, to się okazuje, że Alpy nie są wiele droższe od polskich Tatr, a stresów na pewno jest o wiele mniej i nawet nie mam na myśli infrastruktury. Tu nikt się nie wpycha przed ciebie pod wyciągiem i to wcale nie dlatego, że kolejka jest taka, jakby jej nie było. To wynika z mentalności uwarunkowanej historycznie, bo Włosi nie mieli przez pokolenia socjalizmu wdrukowywane do głów, że trzeba się pchać, bo chleba nie wystarczy dla wszystkich. Tu zawsze był wolny rynek, nawet za Mussoliniego, nawet kiedy była bieda.

Pewnie każdy z Was chociaż raz trafił na zdjęcie skrzyżowania gdzieś w mieście na wschód od Polski zablokowanego w sposób iście surrealistyczny, czyli samochody i autobusy ułożone jak puzzle, zderzakami zakleszczonymi niemal za błotniki. Wszyscy stoją, choć mogliby ruszyć, gdyby najpierw minimalnie się cofnęli. Takie same obrazki można było zobaczyć w Warszawie piętnaście-dwadzieścia lat temu, kiedy dominowała zasada „nie wpuścić nikogo przed siebie”. Wtedy wszyscy tkwili w absurdalnych z dzisiejszego punktu widzenia ulicznych klinczach. Zajęło nam kilkanaście lat, żeby zrozumieć, że taktyka przepuszczania innych powoduje, że sami szybciej docieramy do celu.

Takich małych zmian w drodze do gwiazd jest wiele. Na przykład skutkiem niewykształcenia szacunku dla własności prywatnej będzie konieczność zatrudniania armii strażników i ochroniarzy, których czas i energia będzie marnotrawiona wyłącznie na to, by coś w sposób nieoczekiwany nie zmieniło właściciela. Szacuje się, że w pewnym dużym kraju, którego nazwy celowo nie wymieniam, co piąty mężczyzna w wieku produkcyjnym zajmuje się, stale bądź dorywczo, jakąś formą stróżowania. Oznacza to kilkanaście milionów ludzi, którzy przynajmniej część swojego czasu zwyczajnie marnują, by kolejne kilkanaście milionów czegoś nie ukradło.

Przykłady można mnożyć, a z wielu rzeczy nawet nie zdajemy sobie sprawy. Na szczęście wystarczy spojrzeć na Zachód, by w przybliżeniu określić kierunek zmian, jakie powinniśmy wprowadzić w naszej drodze do gwiazd. Zmiany cywilizacyjne są powolne, tym bardziej że zwykle dotykają najgłębszych pokładów naszych wyuczonych zachowań społecznych. Nie znaczy to, że należy dosłownie i bezrefleksyjnie kopiować rozwiązania zachodnie. Znamy zbyt wiele pułapek, w jakie wpadli prekursorzy, widzimy też pułapki, w które właśnie teraz wpadają, by nie iść dokładnie ich śladami. Mamy ten komfort, że możemy wybierać, co przejąć, co odrzucić.

Oczywiście dziś już nie wierzę w żaden polski program kosmiczny. Wiem za to, że to samo, co prowadzi ludzi do gwiazd, służy też zwyczajnej, przyziemnej zmianie naszego życia na lepsze. Pierwszym krokiem do gwiazd jest krok w tył, by przepuścić kogoś w kolejce.


Udostepnij
Glodne Slonce

8 Responses to “Pierwszy krok do gwiazd”

  1. Bargal Says:

    Ale trzeba uważać, żeby przepuszczając innych nie zacząć się cofać.
    Taka mi się jakaś myśl nasunęła, bo ogólnie nie sposób się z Autorem nie zgodzić.

  2. Mirek Says:

    Co do kosmosu to jesteśmy w ESA (fakt, że od niedawna), wysyłamy pierwsze satelity na orbitę, jakieś na poły profesjonalne rakiety budujemy, łaziki, nasi robią przy wielkim zderzaczu, itp…. powoli, a dotrzemy. Powolny rozwój może być zdrowszy.
    Co do „jeśli ma, to ukradł” zgadzam się. Co do „należy mi się” nie, bo czasami się człowiekowi należy. Dziecko musi mieć właściwą opiekę i edukację, wolną od przemocy, pracujący dorosły musi zarabiać tyle aby pokryć podstawowe potrzeby, to wynika zwyczajnie z godności ludzkiej i wymogu podstawowej solidarności. Tak jak musimy kogoś wpuścić by nie stać w korku, tak powinniśmy zaspokoić podstawowe potrzeby słabszych, głupszych czy leniwych, bo zwyczajnie nam się to opłaci (niższa przestępczość i mniej ochroniarzy, większe zaufanie i kapitał społeczny, większa konsumpcja=PKB, mniej patologii, dzieci zaopiekowane, mniej przemocy w szkołach, itp.).

  3. Błatek Says:

    Odczuwam duża bliskość poglądów z autorem i rozumiem negatywne skojarzenia z „należy mi się”. Nie chodzi o krytykowanie postawy „należy mi się piniondz za pracę”, bo złe jest dopiero „należy mi się piniondz, bo chcę piniondza”.

  4. ߐ Says:

    Jak twierdzi ks. Stryczek, mentalność “jeżeli on jest bogatszy, to ja na tym cierpię” wynikają z kultury rolniczej - jeżeli jest skończona ilość ziemii, powiększać posiadanie można tylko kosztem innych.

  5. Konrad W Says:

    Obawiam się, że droga do gwiazd dla tych małych może już być zamknięta na zawsze. Po prostu duże tiry będą stawały się coraz szersze i ten nasz mały fiat już się nie przeciśnie:) Bogaci stają się coraz bogatsi, biedni biedniejsi, dotyczy to dosłownie każdej dziedziny życia. My jeszcze nawet na dobre nie wystartowaliśmy w tym wyścigu, oni już go ukończyli kilka razy. Dokładnie jak pisałeś o rynku finansowym, na którym Polskie instytucje nigdy nie odegrają kluczowej roli. I nacjonalizacja Aliora, Raifaissena i Pekao niewiele tu zmieni.

    Niestety, ale jestem pesymistą jeśli chodzi o ten rozwój pozamaterialny - piszesz o powolnej zmianie mentalności. Dodam od siebie, że na niektórych warszawskich nowych osiedlach młodzi ludzie brudzą dokładnie tak samo jak emeryci w blokach z wielkiej płyty. Pod wieloma względami robimy też krok do tyłu - zbyt łatwo dajemy się ogłupić populistom i uzależniamy się od błahych rzeczy. Czyli głupiejemy. Nieco pocieszające jest to, że prawie cały świat Zachodu kroczy w tych dziedzinach do tyłu.

  6. woom Says:

    Konrad: “Bogaci stają się coraz bogatsi, biedni biedniejsi” - to nie do końca tak.
    Są ultra-riches, którzy faktycznie nie bardzo mają możliwość zbiednieć bo sterują większością światowej gospodarki. Przeciętny bogaty już tak różowo nie ma, bo trudniej niż kiedykolwiek jest się zabezpieczyć przed skutkami zdarzeń rzadkich (w tym działaniami klasy ultra-bogatej cedującej swoje potencjalne straty na całe społeczeństwo - np. kryzys 2008).
    Myślę, że jednak poziom życia najbiedniejszych ogólnie się podnosi, choć może dzieje się to kosztem godności czy wolności osobistej. Problemem w krajach rozwiniętych / rozwijających się nie jest już raczej głód, a niedożywienie.

  7. Liteon Says:

    Musimy się nauczyć szacunku,co ciekawe powinniśmy zacząć od siebie.

  8. Destrudo Says:

    Wynagrodzenie za pracę to akurat coś, co się należy i koniec, nie jest to łaska pracodawcy.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).