Papierowa mapa myśli

Papierowa mapa myśliNASA utraciła wiele danych z początkowego okresu istnienia w wyniku postępu technologicznego. Żeby być precyzyjniejszym – te dane nie zniknęły, tylko nie ma ich jak odczytać. Nie istnieją już odpowiednie urządzenia, a ponowne ich skonstruowanie byłoby horrendalnie drogie, droższe nawet niż kiedyś. Technologia, w której zostały wykonane, odeszła w zapomnienie dziesiątki lat temu.

Gdy szefostwo Nokii zorientowało się, że model 6310 wciąż cieszy się wielką popularnością, większą niż nowsze modele, wygrzebało ze śmietnika ileś skrzyń z telefonami przeznaczonymi do utylizacji. Telefony sprzedały się na pniu, a ich cena na rynku wtórnym rosła, zamiast spadać. Logicznym więc było ponowne uruchomienie produkcji. Okazało się to jednak niemożliwe. Technologia poszła naprzód i podzespoły stosowane w Nokii 6310 były już nie do wyprodukowania. Technologia, podobnie jak ewolucja, nie może się cofać.

Zawsze lubiłem gadżety i nowinki technologiczne. We wczesnych latach osiemdziesiątych używałem kalkulatora w zegarku, by zmylić matematyczkę (pozdrowienia dla pani Jesionowskiej), w późnych latach osiemdziesiątych używałem kalkulatorów z funkcją „memo” i rysowania wykresów graficznych (profesorów z Politechniki Warszawskiej nie pozdrawiam), jednak pierwszymi urządzeniami spełniającymi definicję komputerów osobistych jak dla mnie były notesy elektroniczne Casio. Gdy uciułałem pieniądze i wreszcie kupiłem sobie pierwszy z nich, ochoczo zabrałem się do przepisywania tam wszystkich telefonów i notatek z papierowego Filofaxa.

Problemy pojawiły się mniej więcej po dwóch miesiącach, gdy notes przestał działać. Nic strasznego, trzeba było wymienić baterie. Była na to określona procedura: wolno było wyjąć jednocześnie tylko jedną z trzech baterii, a i to nie na dłużej niż kilkadziesiąt sekund. Inaczej pamięć urządzenia ulegała nieodwracalnemu skasowaniu. Oczywiście można było dane skopiować do komputera, tyle że karta (karta!) z kablem i wtyczką kosztowała trzy razy tyle, co sam notes. Tak więc miałem to nowoczesne urządzonko, ale los danych w nim zapisanych wisiał na włosku. W efekcie po roku wróciłem do notesu papierowego.

Przypomina mi się, jak to Maćkowi Parowskiemu (były red. nacz. Nowej Fantastyki) tłumaczyłem przed laty na czym polega backup danych, bo to przecież nierozsądne, trzymać pracę z iluś tam miesięcy w na kilku sektorach mocno awaryjnego dysku. Potem okazało się, że większość moich znajomych nie miała żadnej kopii zapasowej ważnych danych. Dla nich idealnym rozwiązaniem okazała się dopiero chmura, gdzie backup robi się sam. Jak się ma do tego mój papierowy notes, który, rzecz jasna, nie ma kopii zapasowej?

Pewien mój znajomy biznesman twierdzi, że handlowcy dzielą się na dwie kategorie – tych, którzy bazują na notesach papierowych, post-itach, świstkach wetkniętych między kartki i notatkach na marginesach biletów kinowych; oraz na tych, którzy na spotkania przychodzą ze schludnym tabletem tudzież laptopem. Tym drugim nie ufa.

Żeby to lepiej zobrazować podam prosty przykład: co łatwiej jest zapamiętać: fabułę Władcy Pierścieni wraz z nazwami krain i imionami, cechami oraz wyglądem ważniejszych bohaterów, czy losową trzydziestocyfrową liczbę? Oczywiście to pierwsze, mimo że wyrażona w bajtach jest to ilość danych tysiąckrotnie większa. W wyniku ewolucji mózg dostosował się do przyswajania i przetwarzania pewnego rodzaju danych, i w efekcie nie zapamiętuje fabuły LOTR-a jako ciągu znaków, lecz jako mapę terenu, katalog postaci i chronologię zdarzeń.

Nasz mózg postrzega notatki, czy szerzej – tekst zapisany na papierze, jako rodzaj fizycznej mapy, na której konkretne informacje znajdują się w konkretnych lokalizacjach. W książce czy notesie pamiętamy, na jakiej części strony znajdował się potrzebna informacja, mniej więcej na której stronie (oceniając to po grubości kartek po prawej i lewej stronie). Zwykłe kartkowanie wystarcza, by w kilka-kilkanaście sekund znaleźć konkretny fragment.

Wyniki badań przeprowadzonych przez amerykańskich naukowców (he, he) potwierdzają, że nauka z papierowego podręcznika, a już szczególnie z własnych notatek jest znacznie efektywniejsza, gdyż w pewien sposób przypomina nawigację w terenie. O ile w przypadku wyszukiwania konkretnego słowa szybsza okaże się forma elektroniczna, o tyle, gdy nie pamięta się tego konkretnego słowa, lub chodzi o rysunek, przewagę ma papier. W języku polskim wyszukiwanie po słowach kluczowych jest dodatkowo utrudnione przez nieregularną odmianę pełną wyjątków i znaków diakrytycznych.

Nie lubię pseudointeligentnych gadżetów, które próbują się uczyć moich zwyczajów i dostosowywać się do moich potrzeb. Mało było tak irytujących rozwiązań jak np. kolejne generacje Microsoft Office, które próbowały dostosowywać menu i paski narzędziowe, wyświetlając tylko pozycje, które były ostatnio używane, zmieniając kolejność przycisków. Kończyło się to poszukiwaniami czegoś, co jeszcze kilka dni temu było gdzieś… gdzieś… tutaj. Podobnie wygląda to z tekstem przelewającym się na ekranie, gdy zmienia się jego układ np. w wyniku obrócenia smartfonu do pozycji poziomej lub poszerzenia okienka tekstowego. Mózg nie może zbudować mapy informacji.

Informacja zapisana na papierze jest niedoskonała przez swoją niezmienność. Używam papierowego notesu do tworzenia mikrokonspektów, czyli planu pracy literackiej na dzień–dwa. Pisanie piórem na papierze sprzyja uporządkowaniu myśli i nie rozprasza tak, jak notowanie elektroniczne, gdzie trzeba wykonać sporo czynności nieintuicyjnych. Dodatkowo świadomość tego, że raz zapisanego tekstu nie da się edytować, wymusza dyscyplinę, która, paradoksalnie, doskonale wspomaga kreatywność. W większości sytuacji używam oczywiście formy elektronicznej, ale gdy muszę naprawdę się skupić, odkręcam skuwkę pióra i otwieram papierowy notes.

Papier ma jeszcze jedną niezaprzeczalną zaletę – trwałość. Może to brzmi dziwnie, ale tak jest. Paliłem ostatnio stare wydruki draftów powieści, których nie można oddać na makulaturę (popiół trafia na kompost). Po kilku godzinach prażenia, palenia, podsycania, okazało się, że szkielety (nie wiem, jak to lepiej nazwać) spalonych stron wydruków laserowych są nadal czytelne. Co więcej, kolejne strony dawały się przewracać i przy delikatnym obchodzeniu się, większość danych można by było odzyskać. Nie znam żadnego nośnika elektronicznego, który wytrzymałby podobne traktowanie.

Nawiązując do wspomnianego na początku NASA, sam mam wiele godzin filmów nagranych na kasety HI8, których aktualnie nie mam na czym odtworzyć. Kasety HI8 odeszły w zapomnienie, gdy pojawił się zapis na płytach CD, potem kolejne formaty plików… potem chmura, loginy, hasła, upgrady… Tymczasem album fotograficzny sprzed stu lat potrafi obsłużyć intuicyjnie roczne dziecko. Oczywiście można by w tym momencie zadać pytanie o zasadność przechowywania danych przez sto lat w świecie, w którym żyje się z dnia na dzień, ale to jest temat na osobny felieton.

Wciąż przechowuję zeszyty z notatkami z czasów, kiedy miałem dziesięć lat, lecz plików, które zapisałem jako dwudziestolatek na Commodorze 64 i Amidze 500 – nie mam. Oczywiście chmura to trochę zmienia, bo dane są zabezpieczane w wielu miejscach, ale wystarczy brak prądu, albo i solidny rozbłysk na Słońcu, byśmy utracili dostęp do wszystkiego. Chmura… Te dane finalnie jednak lądują na jakimś nośniku, kilku nośnikach. Jaka jest ich trwałość? Gdzie się fizycznie znajdują? Ile lat przetrwają namagnesowane klastry twardych dysków? Ile lat pamięci typu flash? Ile lat minie, nim rozsypie się w proch plastik płyt DVD? Zapewne stanie się to znacznie wcześniej, niż zbutwieje połowa papierowego nakładu „Felixa, Neta i Niki”. Przechowywana w suchym miejscu książka bez problemu przetrwa tysiąc lat.

Zakładając regres cywilizacyjny, przekaz papierowy będzie w jakimś stopniu czytelny dla każdego. Postmadmaxowy dzikus, który znajdzie książkę, domyśli się, że jest to informacja zapisana przez dawno nieżyjących ludzi. Zaniesie ją do wioskowego szamana, który być może umieści ją w bezpiecznym miejscu, by za kolejny tysiąc lat, po kolejnym średniowieczu, zmianie języka i upadku kolejnej religii, ktoś do tej księgi zajrzał i ją rozszyfrował. Informacja przetrwa. W analogicznej sytuacji płyty DVD zostaną raczej przerobione na biżuterię, a pamięci flash wyrzucone jako zwykłe śmieci.

Jest jeszcze ostateczna forma backupu – wypromieniowanie informacji w kosmos. Ale to też jest temat na osobny felieton.


Udostepnij
Glodne Slonce

12 Responses to “Papierowa mapa myśli”

  1. Borejko Says:

    Czekam zatem na felieton o wypromieniowaniu w kosmos.
    A za ten dziękuję.

  2. FNIN uber Ales Says:

    Gdzie na górnym pasku menu jest guzik “Blog”?

  3. Rafal Kosik Says:

    Modyfikacja standardów, sortowanie kard, reforma resortów. Połączyłem blog ze stroną dla uczytelnienia listy wpisów - teraz wszystko ląduje na głównej. Kiedyś chodziło o to, żeby wpis np. o spotkaniu autorskim lub premierze był widoczny jako pierwszy po wejściu na rafalkosik.com, a dziś i tak większość ludzi czerpie wiedzę o aktualnych wydarzeniach z Fejsa, więc nie ma to takiego znaczenia.

    Jeśli ktoś chce czytać samego bloga, to może kliknąć w menu po prawej stronie.

  4. bratzacieszyciela Says:

    naukowcy odkryli, ze ludzie uwierza we wszystko, jesli powiesz, ze odkryli to naukowcy

  5. FNIN uber Ales Says:

    Thx

  6. szary Says:

    Dlatego niewydrukowane zasoby internetu przepadną.. :-)
    Ja w tym roku wydrukowałem zestaw wybranych zdjęć, bo zorientowaliśmy się, że najmłodsze dziecko, poza obowiązkowymi zdjęciami z przedszkola, nie ma ani jednego papierowego zdjęcia.

  7. Vroo Says:

    No właśnie sporo znanych polskich blogów pozostaje tylko w pamięci - nawet web archive nie trzyma wszystkiego…

    Ludzie się śmieją, że czasami wciąż używam programu HttTrack do ściągania zawartości ulubionych stron :)

  8. Fan anonim Says:

    Jeśli chodzi o Nokię to pewnie dałoby się znów uruchomić produkcję, choć może byłoby to nieopłacalne. Co do zapisywania informacji to jest wiele sposobów na jej przekazanie. Można ją zapisać na papierze, w komputerze, DNA, wypowiedzieć słowami, nadać morsem… Każdy z tych sposobów ma inne właściwości.
    Co do ewolucji… No, o tym dyskusja już była.
    I czy ma Pan może jakieś nowe informacje o 13 części FNiN?

  9. Rafal Kosik Says:

    Problem z wznowieniem produkcji starej Nokii polega na tym, że cały ciąg technologiczny potrzebny np. do wyprodukowania chipów starej generacji nie istnieje. Linie produkcyjne w firmach na całym świecie stanowiących kolejne etapy produkcji zostały zdemontowane i zastąpione nowocześniejszymi odpowiednikami. Cofnięcie się w czasie o dwie generacje jest wielokrotnie droższe od wprowadzenia dwóch kolejnych generacji. To jak płynięcie pod prąd.

    Jutro będzie znany tytuł 13 FNiN :)

  10. Libroholik Says:

    Interesujące refleksje, z których większość głęboko podzielam - moje szuflady i biurko toną w nagryzmolonych karteluszkach, a cyfrowe notatniki w komórce czy tablecie świecą pustkami. Zresztą im bardziej staję się człowiekiem wtórnie analogowym, tym czuję się zdrowszy. :)

    A tak z innej beczki - czy autorzy wydający pod szyldem Powergraphu będą obecni na tegorocznych Katowickich Targach Książki, a jeśli tak, to czy wiadomo którzy?

  11. wisznu Says:

    z książkami tez nie jest tak różowo.
    Żeby przetrwały muszą byc na dobrym papierze, i jest niesamowity problem z książkami z XIX i początku XX wieku. One sie po prostu same z siebie sypią. Bo został opanowany sposób produkcji papieru szybki i tani, w efekcie papier jest kwaśny i w bibliotekach mają naprawdę niesamowity problem, żeby te ksiązki utrzymać w całości.
    Poza tym książki bardzo lubią jeść korniki i inne robactwo, w koncu celuloza to cukier :)
    Aczkolwiek czytałem kiedyś, że odkryto jakies jednokomórkowce, którym smakuje ten plastik wypalany na płytach cd/dvd. Tak więc w zasadzie nietrudno sobie wyobrazić wykorzystanie takiej broni biologicznej…

    Aha, żeby przechowywać książki przez tysiące lat musi być nie tylko sucho (ale i nie zbyt sucho, bo papier się będze kruszył), ale i chłodno.

  12. Amelia23314 Says:

    Świetny wpis, obby takiuch więcej!

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).