Oblivion (Niepamięć)

OblivionJest źle, to znaczy dobrze. W wyniku inwazji Obcych Ziemia została niemal doszczętnie zniszczona. Wygraliśmy wojnę, ale było to pyrrusowe zwycięstwo, bo planeta została skażona w takim stopniu, że konieczna była ewakuacja. Niedobitkom udało się zamieszkać w kolonii na Tytanie. Nad Ziemią krąży już tylko stacja orbitalna, której zadaniem jest nadzorowanie transportu niezbędnych zasobów do kolonii. Na powierzchni w wysuniętej placówce pracuje dwójka serwisantów, z których jeden, Jack Harper (Tom Cruise), ma wyjątkowo wredną pracę.

Od początku wiadomo, że coś tam nie gra i nie jest to wynikiem retardacyjnych trendów scenopisarskich w Hollywood. Tam naprawdę coś mocno nie gra. Czemu jeden koleś w pojedynkę patroluje pustkowia, na których grasują niedobitki Obcych? Wydaje się to głupim uproszczeniem podnoszącym w prostacki sposób dramaturgię. Otóż nie, a przynajmniej nie wyłącznie.

Reżyserował i współtworzył scenariusz Joseph Kosiński, czego na szczęście nie wiedziałem przed kupieniem biletów, bo bym ich nie kupił. Z innego filmu Kosińskiego, Tron: Dziedzictwo, wyszedłem w momencie, gdy bohaterowie zaczęli w siebie rzucać talerzami. Oblivion jest nieporównanie lepszy. Wprawdzie bez krępacji recykluje wyświechtane motywy fabularne i scenografie od Odysei Kosmicznej 2001 poprzez Mad Maxa i Gwiezdne Wojny aż po Dzień Niepodległości i… jeszcze jeden film, którego tytułu nie wymienię, co by nie spojlować. Nie zmienia to jednak faktu, że Oblivion broni się jako spójne dzieło artystyczne.

Nie obeszło się bez szczelin w strukturze wykreowanego świata. No dobra, planeta Ziemia jest napromieniowana, skażona, niezdatna do życia. Zdarza się. Tylko czemu w takim razie bohater lata, jeździ, biega po tej planecie nawet bez jakiejś banalnej bandany za 20 zeta na twarzy? Zapewne dlatego, że agent Toma Cruise’a zapisał w kontrakcie „żadnych szmat na twarzy ani innych hełmów”. Innego wytłumaczenia nie widzę. Albo czemu po trzęsieniach ziemi, huraganach, tsunami i wszystkim, co tylko się mogło przydarzyć, w zakopanym w pyle do setnego piętra wieżowcu wciąż są szyby, żaluzje i szklane gablotki?

Oblivion jest niezłą przekąską dla estetów i wielbicieli dobrych soundtracków (nie mylić z melomanami). Nie zadaje trudnych pytań, o odpowiedziach nie wspominając; muska ledwie powierzchnię oceanu egzystencjalnych rozterek humanizmu, ale też nie jest szczególnie głupi. To dobry film, który jednocześnie jest niezbyt dobrym filmem science fiction, ponieważ buduje postacie kosztem świata. Film polecam, jednak z małym disclaimerem. Jak to zwykle w przypadku produkcji Hollywood, lepiej wyjść z kina na 3 minuty przed końcem.


Udostepnij
Glodne Slonce

7 Responses to “Oblivion (Niepamięć)”

  1. nosiwoda Says:

    TRON BYŁ NIEZŁY. Ty hejterze.

    A kazus twarzyczki Cruise’a zapewne analogiczny z Dreddem Sylvestra Stallone’a. Na szczęście w remake’u Karl Urban już hełmu nie zdejmuje.

  2. Ja a co? Says:

    Niech Pan pójdzie też na “Olimp w ogniu”! Miałem do wyboru “Niepamięć” i “Olimp w ogniu”, ale wybrałem to drugie i nie zawiodłem się. :-)

  3. Rafal Kosik Says:

    @nosiwoda: pierwszy Tron był niezły (jak na swój czas), ale drugi to już widowisko bez sensu.

  4. Dziobal Says:

    Film byłby spoko, gdyby nie idiotycznie zrobiony wątek obyczajowy (od wypowiadanych kwestii aktorów zęby musiały boleć), wielki-gadający-piekelnie_glupi ostroslup, i gdyby 3/4 “zaskakujacych” twistów nie pokazano w trailarze… Serio, naprawdę nie mogli zrobić zajawki bez pokazywania sceny z Murznem i kapsułam?

    P.S. TRON był straszny.

  5. Dziobal Says:

    A, i CzarnaSkrzynka - też dobry motyw.

  6. kukow13 Says:

    Moim zdaniem Tron: Legacy celował w Ojców którzy mieli zabrać synów i pokazać im sequel filmu który im się podobał jak byli w mniej lub bardziej zbliżonym wieku. Mój ojciec zrobił tak samo po czym powiedział mi że wziął mnie do kina ze względu na mnie a jemu i tak pierwszy TRON się nie podobał. Ja po obejrzeniu Dziedzictwa dla własnego spokoju obejrzałem pierwszą część i podobała mi się nie było cudownych efektów specjalnych, ale fabuła była dobra, podobnie jak w serialu “Space 1999″. Współcześnie hollywoodzkie produkcje braki w fabule próbują nadrabiać wybuchami i scenami kaskaderskimi.

  7. Luk Says:

    Pamiętam, jak któregoś razu wyczaiłem Tron (ten z 1982) gdzieś w telewizji. Jeszcze w podstawówce wtedy byłem :) Te proste animacje, bez cieni, bez motion bluru, jedynie parę kolorowych brył - to naprawdę zrobiło na mnie wrażenie. Pamiętam, że oglądałem do samego końca :)

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).