Notting Hill Carnival

Notting Hill CarnivalTak, jestem trochę niewyspany. Przyczynę widać na zdjęciu, i nie mówię tu o panu w czapce z własnych włosów (że tam był, zobaczyłem dopiero na zdjęciu). Ta wieżyczka z głośniczków stanęła trzy metry od naszej furtki i nie stanęła tam dla ozdoby. O tym, że Notting Hill Carnival jest drugą pod względem wielkości imprezą tego rodzaju na świecie (po karnawale w Rio) dowiedziałem się nieco za późno.

Jest to kilkudniowa impreza, która praktycznie wyłącza z używalności obszar wielkości połowy Mokotowa. Przy czym, jeśli mówię „wyłącza”, to mam na myśli dokładnie to, co mówię. Nie działają stacje metra, nie jeżdżą autobusy, nie jeżdżą samochody, w tym również taksówki. Zostają jedynie sklepy sieciowe (Tesco, Sainsbury’s, etc.), obstawione każdy kilkunastoma ochroniarzami i podwójnymi ekranami ze sklejki ze strefą kontrolowanego zgniotu. Dla bezpieczeństwa nie można nawet używać koszyków.

Pojechałem do Londynu z powodu researchu do czternastego tomu „Felixa, Neta i Niki” i cel w zasadzie zrealizowałem. Spotkania biznesowe też się udały. Jednak, jak w przypadku każdej z moich podróży, pracowałem. Pisałem. To znaczy, taki był plan, ale nie został do końca zrealizowany, bo znalazłem się w samym środku gigantycznej imprezy. Tak bardzo w środku, że bardziej się nie da ani w przestrzeni, ani w czasie. A karnawał rządzi się swoimi prawami.

Główne ulice to ciągi dla przemieszczających się pochodów z grzmiącą z naczep ciężarówek muzyką i tańczącymi ludźmi za nimi. Generalnie te pochody różnią się od polskich odpowiedników tym, że na przedzie nie ma księdza i wszyscy się bawią zamiast wspominać upadek któregoś z powstań. Tak szczerze, to sądzę, że nikt tam nie myśli o żadnym głębszym backgroundzie kulturowym - po prostu jest impreza. Boczne ulice to miejsca piknikowe, przy czym jedni mieszkańcy bunkrują się albo wyjeżdżają, a inni wprost przeciwnie - otwierają kramiki z gwizdkami, pomarańczami i balonikami, albo wystawiają przed dom grille i sprzedają własnoręcznie pieczone kiełbaski. I, wyobraźcie sobie, nie ma tam lotnych kontroli sprawdzających kasy fiskalne.

Nie ma w tym tłumie jakiejś wyczuwalnej agresji (choć i wielkiej kultury też nie ma co szukać) i chyba generalnie, gdyby nie okoliczności (tachanie waliz), to mogłoby to być ciekawe i przyjemne doświadczenie. Skala imprezy nie przypomina niczego, co wcześniej widziałem. Poważnie, mijasz kolejne przecznice, a tam ludzi nie ubywa. To wygląda właśnie jak jakieś powstanie bezzbrojne. Jeśli wierzyć organizatorom, skumulowany zysk z imprezy (głównie dla lokalnej ekonomii) sięga niemal 100 milionów funtów. Zostawię tutaj tę sumę tak samą sobie, bez komentarza.

To był, zdaje się, jeden ze smutniejszych karnawałów, bo przez większość czasu lało. Przykro było patrzeć na moknące stroje, a jeszcze przykrzej na dziewczyny chowające te stroje pod pelerynami. Wprawdzie peleryny były przezroczyste, ale niestety zaparowane. A chyba najprzykszejszym widokiem była udekorowana imponującymi proporcami i flagami inwalidka na wózku elektrycznym smętnie moknąca w długiej kolejce do przejazdu.

Cóż, peszek, ale dzięki tej aurze udało nam się w miarę sprawnie, choć mokro, wydostać z walizami do najbliższej czynnej stacji metra (Holland Park), odległej o jedyne półtora kilometra. I tu kolejny peszek, ale już nasz. Stacje podczas karnawału albo nie działają, albo są exit only, co w sumie mogę zrozumieć, bo pijany rozbawiony tłum na peronie to jest pewien problem. Mój sprytny plan przesiadki na kolejnej stacji (Notting Hill Gate) w linię, która nas dowiezie do linii, która nas dowiedzie do Heathrow spalił na panewce, gdy się okazało, że przesiadka jest niemożliwa, bo stacja jest od półtorej minuty exit only. Umiesz czytać? OK, no wracamy na peron i jedziemy dalej poprzednią linią. Niestety nic z tego - stacja jest od półtorej minuty exit only, więc którego słowa nie zrozumiałeś? Wysiadłeś, to nie wsiądziesz. Zaproponowano nam pieszą wycieczkę z walizami wśród tłumu do stacji… Holland Park.

Oczywiście wybrnęliśmy z tego. Miałem tu wrzucić sporo zdjęć, ale po przejrzeniu przedstawiają albo moknące tancerki, albo hałdy śmieci (z założenia nie ma tu koszy), więc wrzucam tylko zdjęcie pana z czapką z własnych włosów na tle mojego budzika.


Udostepnij
Glodne Slonce

6 Responses to “Notting Hill Carnival”

  1. Rafal Kosik Says:

    Tak na marginesie, bardzo chciałbym przeprosić pana, którego użyłem w charakterze miniaturki, ale coś mi mówi, że ani się o tym nie dowie, ani nie miałby nic przeciwko.

  2. Rafal Kosik Says:

    A dla tych, co się dopytują, czy z okazji pierwszego września wrzucę fragment FNiN mam link, który nie jest do końca tym, czego się spodziewają, ale chyba nie będą rozczarowani https://www.facebook.com/felixnetinika/posts/10153389431780376

  3. Gilbert Says:

    Czyżby spotkania biznesowe dotyczyły tłumaczenia FNIN na Angielski?

  4. Felixiara Says:

    A tak apr FNiN to przyszło mi właśnie niedawno do głowy, że nie wyjaśniła się jeszcze sprawa pamiętnika Felixa. Wrzucił go na strych i tyle. Bardzo ciekawam co tam się znajduje - może dałoby się coś z tym zrobić w następnych częściach?

  5. Felixiara Says:

    Znaczy pamiętnika babci Felixa, oczywiście.

  6. Radek Says:

    Te zdjęcia moknących tancerek na pewno się nie nadają? ;)

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).