Notatki nowojorskie 9

Chyba najtańszą formę pożywiania się w Nowym Yorku oferują uliczne budki/przyczepy/busy z hotdogami i mniej lub bardziej dziwnymi potrawami, które łączy to, że da się je zjeść w biegu. Dań tych jest wiele, a wszystkie ociekają kaloriami, czego plusy zapewne daje się odczuć w zimie. Ja w lecie ich nie odczułem. Wybór dań, głównie opartych na koncepcji kanapki, jest całkiem spory. I są to rzeczy nieoczekiwanie smaczne, choć zjedzenie ich bez ubabrania się tymi kaloriami jest bardzo trudne. Podobnie jak w przypadku polskiego kebaba, jakby Ci tego nie zapakowali, i tak przecieknie.

O ile zdążyłem się zorientować, typowo nowojorskie śniadanie to buła z dziurką ala bajgiel z masłem i serkiem Philadelphia plus jakieś warzywne śmieci do tego. No nie wiem, nie zachęciło mnie to. Sama ilość masła, jaką zawiera to danie, skłania mnie raczej do wypicia rano dietetycznej szklaneczki oliwy ze smalcem.

Chciałem podać tutaj listę knajp, które sprawdziłem, lub które sprawdzili znajomi, ale praktycznie każda knajpa, w której jadłem, była co najmniej przyzwoita. Jest to dosyć duża próba, bo skromna kuchnia w naszej kwaterze skłaniała raczej do przygotowywania co najwyżej kolacji. Nowojorczycy mało gotują w domach. Statystyka skłania mnie do stwierdzenia, że kiepskie knajpy w NY zwyczajnie nie mają szansy się utrzymać. Polecenia godne są bardziej dzielnice, gdzie stężenie knajp i sympatycznych kafejek jest większe niż gdzie indziej. Poważnie, nie spotkałem tam złego żarcia, czy to w restauracji, czy to w budce na rogu. Ale, jak mawiają, jednostką smaku jest przecież kaloria.

Gadatliwy Albańczyk pracujący z milkliwym Meksykaninem w hamburgero-furgonetce koło 72-giej Alei poczuł do mnie taką sympatię, bo Polacy też spędzili czterdzieści lat pod sowieckim butem, że postanowił w kwadrans opowiedzieć mi swoją historię emigracji. Mogłem sobie darować i zwyczajnie odejść, ale nie potrafiłem. Nowy York jest pełen ludzi z bogatymi historiami życia. Serca cywilizacji już tak mają.

Większość się ze mną nie zgodzi, ale tak naprawdę najlepsze, co w NY (a pewnie i w USA generalnie) jest do zjedzenia (a czego brakuje u nas), to gotowe dania: mrożone, puszkowane, przygotowywane kilka godzin wcześniej, konserwowane, liofizowane, zupy w puszce, sosy ze spaghetti z mięsem, makaron z serem i nieskończona ilość wszelakich możliwości i metamożliwości. Nie wiem, na czym to polega, ale jak z musu czasowego przygotowuję w Polsce zupę Winiary, albo pulpety Pudliszki to aż gębę wykręca. A tam meatballs with spaghetti Campbella jest tak smaczne, że mam chęć otworzyć paznokciami następną puszkę. Nie wiem, czy oni do tego sypią jakiś ludzki odpowiednik kocimiętki (ludziomiętki?), ale po prostu chce się to jeść. Że to tuczące, nie wątpię. Polskie puree ziemniaczane Knorra smakuje jak namoczony pył drzewny z tartaku, a tamtejsze puree firmy, której nazwy nawet nie pamiętam, jest niemal nieodróżnialne od puree przygotowanego ze świeżych ziemniaków. W czym tkwi różnica? Nie mówcie mi, że w zawartości tłuszczu!

Z punktu widzenia podróżnika cenne jest to, że napisy na wszystkich opakowaniach wreszcie są po angielsku i wreszcie wiadomo, co jak należy przygotować; co jest sosem, a co chemicznym przepychaczem do kibla. W tej durnej Unii Europejskiej każdy pisze, w jakich językach chce, a jest tych języków ponad trzydzieści, i potem oglądasz puszkę z opisami po węgiersku i nie wiesz, czy to pasta do butów czy mina przeciwpiechotna, a to uszko to otwieracz czy zawleczka. Czemu nie można wprowadzić unijnej dyrektywy, że na każdej pastylce do zmywarki ze Słowenii/Węgier/Portugalii/Grecji ma być napisane po angielsku, że to jest pastylka do zmywarki o zapachu cukiereczka, a nie cukiereczek? Oczywiście wiem, dlaczego: bo to by dyskryminowało pozostałe 29 języków. Zabawne? Spróbujcie kiedyś zachorować za granicą i przy czterdziestostopniowej gorączce rozkminiać francuską/niemiecką/hiszpańską instrukcję zażywania antybiotyku, (tu wielojęzyczne przekleństwo), a szczególnie pozycję „dawka śmiertelna”.

McDonald’s to oczywisty punkt programu, którego celem naukowym (socjologicznym) jest porównanie smaków z polskim McDonald’sem. Wiecie, że oni tam na royala mówią „ćwierćfunciak z serem”? To chyba dlatego, że nie mają systemu metrycznego. Na pewno jednak mała cola ma coś koło pół litra, a słomki wyglądąją jak pocięte rurki od centralnego ogrzewania. No nie są McDonald’s, Burger King ani KFC zbyt prestiżowymi knajpami. Szczerze to czasem trudno odróżnić klientów od bezdomnych.

Elegancja dziewczyn/kobiet w widoczny nawet dla laika sposób ustępuje Europie. Trochę jest to podyktowane klimatem (albo jest megagorąco i wilgotno, albo megazimno… i też wilgotno), ale jednak nie do końca. Być może na moją ocenę wpływa fakt, że kolejki do ekskluzywnych klubów nocnych ciągną się pół metra od sterty worków ze śmieciami, które leżą tam od trzech dni. Jednak… elegancja po europejsku, a nawet po polsku, jest o stopień wyżej. Nie wiem, może ja chodziłem po nieodpowiednich ulicach, ale w Londynie, Paryżu, Rzymie, a nawet Warszawie panie ubierają się lepiej.

Globalizacja wygrywa póki co z piratami, więc piwo płynie w obie strony. Niskie ceny transportu sprawiają, że można kupić najważniejsze polskie piwa w małym sklepie osiedlowym na Manhattanie. Nie wiem, po co, ale można. Jakby ktoś reflektował, to jest. Znaczy… ja kupiłem. No ale po naszej stronie Atlantyku są też frajerzy, którzy kupują amerykańskie piwa, więc się współczynnik frajerstwa wyrównuje.

Jako że najbliższym Polski miejscem, gdzie można kupić przynajmniej część z tych puszkowanych dobroci z ludzimiętką, jest hipermarket Sainsbury’s w Canterbury (UK), postanowiłem kilka puszeczek przewieźć (przelecieć) samolotem do Polski. Niestety okazało się, że walizka z pozoru tak sobie ciężka, przekracza limit wagi British Airways o jakieś 15 kilogramów. Trzeba więc było puszki zutylizować. Ostatniego dnia wzięliśmy dwie torby z puszkami i ruszyliśmy w miasto, pełne przecież bezdomnych, żeby komuś je podarować. Dwie godziny później, patrząc na odciśnięte na dłoniach czerwone pręgi, musiałem zweryfikować moja opinię na temat skali bezdomności w kraju, gdzie panuje dziki kapitalizm. Pierwszego bezdomnego obok Grand Central chciałem powitać jak wybawiciela. Niestety, jak tylko przejął 7 kg żywności, dał w długą, jakby go ścigał co najmniej polski fiskus.

Zdjęcia poniżej nie są jakieś specjalnie wybitne, to bardziej ilustracje do tekstu.


Udostepnij
Glodne Slonce

One Response to “Notatki nowojorskie 9”

  1. Agata Kutrzeba Says:

    Warto wspomnieć o zupkach z proszku takie dwie istotne sprawy. Koniecznie trzeba czytać i to dokładnie składy przed ich kupnem bo wiele z nich ma bardzo niefajne dodatki, na przykład odradzam takich http://www.open-youweb.com/zupa-fasolowa-winiary-opinia/ oraz druga sprawa aby je porównywać, bo bywają lepsze i gorsze u różnych producentów. Nie warto kupować tych jakie mają w sobie chemie czy szkodliwe składniki.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).