Notatki nowojorskie 10

Amerykanie mają wdrukowane w mentalności coś takiego, co można by nazwać niedbałością o detale. Ważne, żeby działało. Z drugiej strony można by to nazwać myśleniem kompleksowym bez wgłębiania się w nieistotne niuanse. Widać to najlepiej na przykładzie samochodów osobowych – w porównaniu z europejskimi wyglądają jak wersje robocze. Charakteryzuje je gorsza jakość materiałów wykończeniowych i mniej precyzyjne spasowanie elementów i ogólnie rozumiana toporność. Przekonałem się o tym w wyniku decyzji o zwiedzeniu części Wschodniego wybrzeża w roli kierowcy. Uwaga, to już ostatni wpis Notatek Nowojorskich.

Postanowiłem wypożyczyć Dodge’a Chargera coupe (niestety z opcją or similar). Wybrałem tańszą wypożyczanię (Dollar), która jak się okazało ma bardzo pojemną definicję określenia „or similar”, i chyba wręcz na tym buduje swój sukces rynkowy. W skutek tego wyboru dostaliśmy Chevroleta Impalę. Pragnąc przybliżyć europejskiemu kierowcy ów niuans „or similar” w wykonaniu wypożyczalni Dollar, powiem, że Chevrolet Impala ma się do Dodge’a Chargera mniej więcej tak, jak Ford Mondeo do Forda Mustanga.

Pomijając mniejszy fun, Impala jest oczywiście samochodem wygodniejszym i bardziej sensownym do kilkusetmilowych podróży. Tu warto wspomnieć o różnicach skali między Europą a USA. Impala rozmiarami i masą odpowiada mniej więcej Mercedesowi S-klasse, przy czym w standardach amerykańskich jest samochodem średniej wielkości. Najmniejszym samochodem, jaki można tam wypożyczyć, jest Ford Focus. Przeliczając Focusa na amerykański system mentalny, to jakby u nas pożyczyć skuter.

Chargera wybraliśmy ze względu na naszego syna. O ile on jest fanem muscle cars, do których zalicza się zarówno Charger jaki i Mustang, o tyle ja zawsze byłem zwolennikiem kanciastych krążowników szos z przełomu lat 70-tych i 80-tych, a Impali w szczególności. Tak więc, jakby na to spojrzeć z mistycznego punktu widzenia, moje dobre intencje zostały nagrodzone, bo dostałem krążownik szos. No ale… ta współczesna Impala jest tak odległym cieniem tamtej Impali, że aż brak mi słów. Gdyby chcieć porównać jakość wykończenia wnętrza, trzeba by sięgnąć po pejoratywne słowo „Lanos”.

OK, pożyczyliśmy Chevroleta Impalę, marny cień legendy sprzed lat. Z tej legendy z wystającym wykuszem chłodnicy, z sześcioma światłami z tyłu, z brumem silnika lepszym niż bas z kolumn Marshala, z tej legendy zostało auto praktyczne, wygodne i plastikowe, na masce którego brakuje tylko logo Toyoty czy Opla. Tym niemniej po ośmiu godzinach za kółkiem wysiadłem zniesmaczony amerykańskimi kierowcami, ale niespecjalnie zmęczony. Wynika z tego, że współczesny Chevy Impala, choć mało oryginalny, nadal doskonale się sprawdza jako krążownik szos. Dopuszczam nawet możliwość, że z najnowszego Mercedesa klasy S wysiadłbym bardziej zmęczony. Obsługi bajerów Mercedesa trzeba się uczyć, tymczasem Chevrolet – po prostu wsiadasz i jedziesz. Płyniesz – to jest lepsze określenie.

Jazda po Nowym Yorku nie należy do łatwych ani przyjemnych. Pasy zwykle pozacierane, połatane po wielokroć a i tak dziurawe i wyboiste gorzej niż w Radomiu. Większość ulic, nawet tych szerszych od Marszałkowskiej, jest jednokierunkowa i poobstawiana zakazami zawracania i skrętu. 99% znaków nie jest piktogramami tylko tabliczkami z napisami w stylu „Left lane MUST turn left”, „No turn rigth on red”, czy „This lane terminate after 1200 ft”. Są też znaki, przed którymi wypadałoby się zatrzymać i przestudiować, co tam jest właściwie napisane. A to wszystko ukryte w gąszczu reklam. Zatem powiadacie, że USA to kraj analfabetów? Być może, ale pieszych.

Z zaskoczeniem stwierdziłem, że wjeżdżanie na skrzyżowanie w połączeniu z oczywistą niemożnością zjechania z niego przez zmianą świateł jest tutaj powszechne. Kiedy europejskim zwyczajem zaczekałem przed skrzyżowaniem, by nie zatarasować przecznicy, ktoś z sąsiedniego pasa wykorzystywał miejsce, by wjechać przede mnie i oczywiście kilka sekund później zablokował skrzyżowanie. To mi jakoś zupełnie nie pasowało do obrazu uprzejmych i kulturalnych pieszych Nowojorczyków. Samochodami jeździ tam jakaś inna rasa?

Po wyjechaniu z miasta na autostradę moje obawy się potwierdziły – Amerykanie jeżdżą gorzej niż Brytyjczycy. Jeśli są trzy pasy i trzy samochody jadące z tą samą prędkością, to na pewno będą jechały obok siebie. Chyba w ten sposób kierowcy czują się raźniej. Dodam, że na włączenie lewego kierunkowskazu, co jest sugestią, że ktoś chce cię wyprzedzić, nie reagują. Dwie ciężarówki potrafią się wyprzedzać przez dwie mile, po czym ten wyprzedzający jednak rezygnuje i zwalnia. Ale, rzecz jasna, nie zmienia pasa – trzeba go wyprzedzać z prawej. Ktoś toczy się o 20 km/h wolniej od pozostałych lewym pasem, tylko po to, żeby przy najbliższym rozjeździe przebić się na prawy i skręcić. Ciężarówka na prostej równej drodze, nagle bez powodu zmienia pas na lewy, zmuszając cię do hamowania i jedzie dalej z tą samą prędkością, choć prawy jest pusty i nikogo w promieniu pół mili, przy czym wszystkie skręty i tak są z prawego pasa. Po kwadransie jazdy w czymś takim nagle uświadamiasz sobie, że jesteś otoczony socjopatycznymi burakami, których nie obchodzi zupełnie to, że swoim minimalnym wysiłkiem, zmianą pasa, odblokują drogę kilkunastu innym kierowcom.

O tempomacie można zapomnieć, bo i tak co dziesiąty burak jedzie bez, a prędkość jazdy zależy chyba tylko od szybkości perkusji w utworze, który akurat leci w radiu, bo od warunków drogowych na pewno nie. Niemca by tu trafił szlag po piętnastu sekundach. Jeśli ktoś kiedyś jechał niemiecką autostradą, wie, jaki tam panuje porządek i jaka dzięki temu osiągana jest płynność ruchu, przepustowość i bezpieczeństwo. Polscy niedzielni kierowcy, pańcie mylące hamulec z wycieraczkami, wieczni młodzi emeryci z refleksem na poziomie zagonu pietruszki – oni wszyscy poczuliby się na amerykańskiej autostradzie jak u w domu. W efekcie przepustowość sześciu amerykańskich pasów jest mniejsza niż trzech niemieckich. Być może dlatego w USA nie są rzadkością autostrady, które mają dziesięć, dwanaście, albo i więcej pasów w jedną stronę. Poruszanie się po czymś takim dla Europejczyka jest lekko niepokojące. Obczajcie to – piszę o drodze, która ma 120 metrów szerokości, nie licząc pasów zieleni i pasów technicznych.

Światła, skrzyżowania, znaki… Tu również jest źle. Przeciętne polskie skrzyżowanie to przy tym amerykańskim wzór przejrzystości i konsekwencji. Takie duże amerykańskie skrzyżowanie to wielki asfaltowy plac, zwykle nierówny i do tego pozornie chaotycznie rozmieszczone nad nim światła. Sygnalizatory nigdy nie są umieszczone przed skrzyżowaniem, tylko nad, lub częściej za nim. Czasem jest linia oznaczająca miejsce, gdzie należy się zatrzymać, a czasem jej nie ma. Bywa, że linie są dwie lub trzy, które mogą oznaczać przejście, ale nie muszą. Bywa tak, że są cztery pasy w jedną stronę i jeden w drugą, a z linii na asfalcie nijak to nie wynika, bo wszystkie są takie same. Linie, jak zwykle powycierane tak, że nic nie widać. Ale jest znak, umieszczony cztery metry nad ziemią, czyli powyżej linii reflektorów (więc go nie widać w nocy) na wbitym wprost w asfalt szarym słupku. Jeśli nocą nie trafisz w słupek, to już plus. A o tym, że jedziesz pod prąd, dowiesz się, widząc napisy na asfalcie do góry nogami. Amerykanie nie odkryli jeszcze, że do oddzielenia pasów o przeciwnych kierunkach ruchu wystarczy podwójna ciągła. Bywa też tak, że dojeżdżasz d skrzyżowania i zatrzymujesz się przed linią, po czym orientujesz się, że to jest linia po środku drogi poprzecznej i zaraz z prawej uderzy Cię ciężarówka.

Powyższe akapity są opisem moich wrażeń z pierwszego dnia. Drugiego dnia jest nieco lepiej, bo jednak organizm się dostosowuje, ale i tak uważam amerykański sposób oznakowania ulic za dalece mniej doskonały od europejskiego. Z drugiej strony jest w tym jednak głęboko wbudowane obce Europejczykom (może z wyjątkiem UK) przeświadczenie, że ludzie nie potrzebują nadmiaru regulacji prawnych i generalnie wystarczy im za bardzo nie przeszkadzać, żeby sobie poradzili. Za przykład niech posłuży pas do włączania się do ruchu na autostradzie. W Europie są znaki ostrzegawcze, tu pierwszeństwo, tam ustąp pierwszeństwa, jakieś strzałki, jakieś różnej długości linie przerywane i jeszcze namalowana pasiasta wysepka na końcu, no i gąszcz znaków pionowych ponad tym. W USA jest to bardzo proste: jeśli z dwóch pasów ma się zrobić jeden, to znika linia przerywana pomiędzy nimi, a szerokość zmniejsza się płynnie na następnych trzystu metrach. Czasem jest jeszcze dodany napis „merge area”. Kierowcy jakoś sami ze sobą ustalają, który za którego wjedzie. I działa to doskonale. W Polsce, gdzie buraczani kierowcy wciąż mają problem z „suwakiem”, mogłoby się to skończyć walką na śmierć i życie.

Ciekawą koncepcją jest standardowe amerykańskie skrzyżowanie dróg równorzędnych, gdzie z każdej strony stoi znak „stop”. Czyli każdy musi się zatrzymać, a następnie wszyscy ruszają w kolejności w jakiej się zatrzymali. Dziwne, ale działa, choć nie obowiązuje zasada pierwszeństwa z prawej. Po krótkim zgryzie, muszę przyznać, że to akurat nie jest głupie, pod warunkiem, że wszyscy przestrzegają tego stopu. A przestrzegają, choć nikt z góry nie patrzy – dojrzała demokracja i społeczeństwo obywatelskie nie wymaga monitoringu.

Mamy w Polsce masę skrzyżowań, gdzie intuicja przeczy oznakowaniu. To jest złe, bo samochód prowadzi się przecież intuicyjnie, a dodatkowo masa reklam wokół drogi w poważnym stopniu zaburza postrzeganie znaków. Bywa często tak, że urzędniczą decyzją mała uliczka, którą kursuje raz na dwadzieścia minut autobus miejski, zyskuje pierwszeństwo przed szeroką i ruchliwą ulicą. Na papierze i w oznakowaniu wszystko się zgadza, ale to jest wbrew intuicji, więc raz na dwa dni jest tam stłuczka albo i poważny wypadek. Dlaczego? Urzędnicza odpowiedź jest prosta: kierowca wymusił pierwszeństwo. Na mój rozum, to przyczyną wypadku nie jest kierowca, tylko złe oznakowanie skrzyżowania. Mamy też skrzyżowania, gdzie pierwszeństwo „skręca”, choć logika ukształtowania drogi temu przeczy. No więc w USA takie coś by nie przeszło. Tam przebudowaliby skrzyżowanie w ten sposób, by nawet bez patrzenia na znaki było wiadomo, kto ma pierwszeństwo. Znów – dojrzała demokracja i społeczeństwo obywatelskie.

Ograniczenie prędkości zdecydowanie niższe niż w Europie wynika chyba z tego, że w USA byle kretyn może dostać prawo jazdy, bo to jest jego prawo. Co ciekawe, nie zauważyłem, by ktokolwiek sprawdzał dozwoloną prędkość. Żadnych fotoradarów, żadnych policjantów czających się w zaroślach. Nie zauważyłem również, by ktokolwiek przekraczał dozwoloną prędkość. To cecha znów… dojrzałych demokracji i społeczeństwa obywatelskiego. W USA obywatele przestrzegają prawa nie dlatego, że się boją kontroli, tylko dlatego, że… takie jest prawo i należy je szanować. Amerykańskie podejście do prawa to piękna antyteza lewicowości.

W większości miejsc, gdzie byłem, sprawdzała się zasada, że wystarczy jeździć i parkować jak tubylcy, żeby nikt się nie przyczepił. Jednym z niewielu miejsc, gdzie to się nie sprawdza, jest Polska.


Udostepnij
Glodne Slonce

4 Responses to “Notatki nowojorskie 10”

  1. Andrew Says:

    W kwestii ruchu drogowego w USA to mam podobne ale również inne spostrzeżenia. Mianowicie, kontrole prędkości widziałem i to ukryte w takich miejscach, że polska drogówka mogłaby się wiele nauczyć. Z limitem prędkości również znak mówi 75 a wszyscy jadą 85 jak nie 90. Komicznie to wygląda gdy kierowca z początku stawki dojrzy kontrolę natychmiast hamulec w podłogę i cała fala płynąca za nim również. Zresztą ostre hamowanie jest na porządku dziennym, manewry za które niemiecka ale i polska drogówka wlepiłaby duży mandat za niebezpieczną jazde nie są niczym dziwnym. A te znaki stopu są nadużywane(przynajmniej w mojej opinii) występują wszędzie na malutkiej dróżce na osiedlu(gdzie zasada prawej ręki lub po prostu ustalenie drogi ważniejszej wszystko by załatwiło) i w środku miasta. To takie moje spostrzeżenia, trochę inne ale to może wynikać chociażby, że obserwowane w innym stanie tj. Ohio. Przy okazji dodam, że jestem wielkim fanem i FNiN i Pana bloga ;) Serdecznie pozdrawiam !

  2. umo Says:

    Bardzo fajnie pan pisze. Nie myślał pan o stworzeniu malej książki podróżniczej?

  3. Kamil Says:

    Nie myślałem że w stanach jest tak źle pod tym względem…ale to pewnie ta ich “wolność”, a my w Polsce tak narzekamy ;)

  4. Rafal Kosik Says:

    Nie wiem, czy to można nazwać czymś złym. To kwestia mentalności. Na pewno ma to związek z wolnością.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).