Notatki nowojorskie 1

Nowy York

Przez ostatnie dni nie mogłem się skupić na pracy i głównie przeglądałem stare zdjęcia. Przy okazji postanowiłem zebrać i posegregować te z wyprawy do USA sprzed dwóch lat. Uporządkowałem też notatki z podróży, które we fragmentach i chaotycznie wrzucałem w różnych miejscach i w różnym czasie. To jest już najwyższa pora, by je opublikować we względnym porządku. Cofamy się zatem teraz o dwa lata. Dziś pierwsza część.

Dzięki rozrzutności energetycznej, jaka cechuje dzisiejszą cywilizację zachodnią, wiedziony kaprysem poznawania świata oddaliłem się od miejsca urodzenia (szpital na Solcu, Warszawa) dalej niż kiedykolwiek wcześniej. Jedzenie w British Airways jest tak tłuste, że aż dobre. W puree oprócz masła było chyba nawet trochę ziemniaków. W jednym kurczaku z warzywami i puree zjadłem więcej tłuszczu, niż w domu zjadam przez tydzień. Lot do Londynu zajął dwie i pół godziny, przesiadka kolejne dwie, no i siedem godzin lot transatlantycki. Na szczęście w Jumbo Jetach BA można się rozerwać multimedialnie, czyli np. pooglądać filmy na ekranie niewiele większym od wyświetlacza w telefonie. Obejrzałem Johna Cartera, z czego drugą połowę na podglądzie, by się zatrzymywać tylko, gdy na ekranie pojawiała się Lynn Collins. To był bardzo słaby film, szczerze mówiąc. Przez resztę czasu czytałem albo pisałem.

Mój plecak i wszystko, co w nim noszę, jak zwykle było przyczyną niezdrowego zainteresowania służb bezpieczeństwa na kolejnych lotniskach oraz korków do bramek, przepraszam postronnych. A przecież wyjąłem wszystko, czego nie wolno wnosić na pokład. Nie wiem, o co im chodzi. Zachowują się jak ludzie, którzy w życiu nie widzieli pingatora do fluskaków. Sama kontrola imigracyjna na JFK była bardzo miła, podobnie jak wcześniejsza rozmowa w sprawie wizy w ambasadzie USA w Warszawie. Choć oczywiście sama konieczność starania się o wizę i procedura są ciutkę poniżające.

Nie sposób nie porównywać Nowego Yorku z Londynem, bo NYC to przecież młodszy brat. Takie było też moje pierwsze wrażenie, po tym, jak przejechaliśmy się kilkoma liniami subwaya. Znaczy metra. I choć wszędzie jest luźniej i ogólnie przestrzenniej, bo podczas budowy nie trzeba było się liczyć z kilkusetletnią zabudową, to jednak organizacja transportu publicznego jak na razie w porównaniu do Londynu wypada słabiej.

Z JFK do subwaya dojeżdża się kolejką Air Train, do której wstęp jest darmowy, ale… wyjście z niej kosztuje już 5 dolców. Sprytne. Jak w ruskim kiblu. Informacja głównie gadana, bo z żadnej tablicy nie sposób się dowiedzieć, co należy zrobić. A należy pojechać Air Train na stację Jamaica i przesiąść się do subwaya. Tyle, że są dwie linie Air Train, z których jedna skręca tuż przed stacją Jamaica. Obydwie linie różnią się tekstem wyświetlanym na diodowym ekranie przemiennie z innymi informacjami, a dodatkowo kod kolorystyczny przyjęty na schematach jest niezgodny z kolorami na informacjach peronowych. To wszystko chyba tylko po to, żeby stewardzi i stewardessy na stacjach mieli co robić.

Na lotnisku nie można kupić tygodniowego biletu na metro. Trzeba pojechać na stację Jamaica. Tam również nie można go kupić nawet w automacie sprzedającym bilety na metro. Bilet czasowy kupuje się u Hindusa na straganie z orzeszkami i wodą mineralną. Oczywiście daje się to ogarnąć, ale jest to nauka na własnych błędach, jak np. to, że nie każda linia nie o każdej porze zatrzymuje się nie na każdej stacji. Po powrocie z NY wypada przestać narzekać na komunikację w Warszawie, bo ta jest bardziej logiczna.

W subwayu w końcu zmorzył mnie sen. To nie jest nawet jet lag, bo raczej dzięki podróży na zachód dogoniłem właściwy rytm dnia, ale efekt pracy po kilkanaście godzin przez ostatnie dni, co by wszystkie pilne projekty zakończyć przed wyjazdem. Zanim jednak zasnąłem, poczyniłem obserwacje socjologiczne, np. takie, że murzyn europejski a murzyn amerykański, to dwa różne murzyny. Kolesie, którzy zachowują się jak żywcem wyjęci z clipu rapowego, istnieją naprawdę. Większość ludzi, którzy coś czytają, czyta papierowe analogowe książki. Czytniki e-booków nadal są w mniejszości. Pierwsza osoba czytająca książkę była płci przeciwnej i czytała Grocholę w oryginale. Polaków w NYC jest jakieś pół miliona.

Finally, po czterech godzinach od lądowania szczęśliwie zdobyliśmy klucze do wynajętego mieszkania i padnięci dotarliśmy do drzwi. Marząc tylko o tym, żeby wziąć zimny prysznic i walnąć się do wyrka, przekręciłem klucz w zamku. A dokładniej, spróbowałem przekręcić. Klucz nie pasował. To dosyć przykra sytuacja, ale należy się z nią liczyć, jeśli podróżuje się tak jak my, czyli unikając hoteli. Przyjeżdża człowiek wypruty po niedospaniu i przeleceniu połowy globusa, a tu taki zonk.

Okazało się, że dziewczyna, która wynajmowała to mieszkanie przed nami, w porozumieniu z właścicielką dorobiła drugi komplet kluczy. Dorabiacz się nie postarał, a dziewczyna nie sprawdziła. No i dostaliśmy komplet, w którym z trzech kluczy do trzech zamków, ledwie jeden pasował. Co zrobić po dziesiątej w nocy w obcym mieście, jeśli oryginał kluczy równie dobrze może być już w Singapurze razem z właścicielką mieszkania?

W zasadzie byliśmy już na etapie szukania ślusarza (no ale mieszkanie nie jest nasze, więc jak?) albo hotelu w pobliżu. To też mogłoby nie być łatwe o tej porze. Rozwiązanie przyszło z zupełnie innej strony, ze strony mózgu. Klucz jest wykonany z mosiądzu lub stopu aluminium i cynku, czy tam innego materiału w sumie miękkiego. Multitool po raz kolejny zwrócił 300 PLN, wydane na niego prawie 15 lat temu, i udowodnił, że jest narzędziem niezastąpionym. Podpiłowane w kilku miejscach metodą prób i błędów klucze, wreszcie otworzyły drzwi.

Woda Poland Spring z lodówki smakuje jak czysty nektar. Z powodu podróżnego rozmemłania podejmuję próbę naprawienia kranów w łazience. Już prawie mam rozkręcać baterię, gdy orientuję się, że dowcipny konstruktor zaprojektował je tak, że prawy kurek odkręca się w przeciwną stronę niż lewy. To zresztą norma w USA.

Jestem tak zmęczony, że nawet nie chce mi się kłaść spać, więc piszę ten krótki text pełen błędów ortograficznych (potem poprawię). Jest druga w nocy czasu nowojorskiego, temperatura powietrza wynosi 25 st. Celsjusza, a wilgotność chyba ponad 90%. Nasze mieszkanie z oknami wychodzącymi na północny-zachód zamiast klimatyzacji ma jedno małe coś, co przypomina robiącą „szzz…” atrapę klimatyzacji (coś jak te pseudolaptopy z ekspozycji Ikei). Idę więc spać, a jutro z obiektywem zadartym pod kątem 45 stopni ruszam w miasto.

P.S. Tak, wiem, że pisze się Nowy Jork, ale ja i tak będę pisał Nowy York.

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York

Nowy York


Udostepnij
Glodne Slonce

3 Responses to “Notatki nowojorskie 1”

  1. Pawel Says:

    Bardzo przyjemnie się czytało te notatki z Nowego Yorku.

    Czekam niecierpliwie na kolejne :).

  2. Heloiza Says:

    Będzie więcej? Lubię Twój styl pisania. Ty ciekawie opiszesz nawet wyprawę na bazarek po pomidory a co dopiero taka podróż…

  3. Rafal Kosik Says:

    Wychodzi mi, że będzie dziewięć, albo dziesięć części:) Główny problem to przebrać i obrobić zdjęcia.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).