Nieszczęścia to zjawiska stadne

Przeżyłem jedno trzęsienie ziemi. Niezbyt silne, około 5 stopni w skali Richtera. Było to na Krecie, leżącej w rejonie, który w swojej historii miał już wiele nieprzyjemnych przygód sejsmicznych. Gdy tylko wstrząsy ustały, wziąłem lornetkę i zacząłem obserwować horyzont nad morzem. Wypatrywałem fali tsunami, która pojawiłaby się na płyciźnie bliżej brzegu. Gdy się nie pojawiła, byłem nawet lekko zawiedziony.

Lepiej obeznani z tematem znajomi z uśmiechem politowania wytłumaczyli mi potem, że Morze Śródziemne, podobnie jak Bałtyk, jest zbyt małe, by trzęsienie ziemi mogło wywołać falę tsunami. Cóż, lepiej pomylić się tak, niż w drugą stronę. Byłem na Krecie niemal dwadzieścia lat temu, na długo przed wydarzeniami w Tajlandii i Japonii. W sieci można znaleźć wiele filmików z ludźmi, którzy idą sprawdzić, gdzie „uciekło” morze z plaży na Phuket. Nie skojarzyli sobie dziwnego zachowania wody z niedawnym trzęsieniem ziemi, choć i bez wstrząsów byłby to doskonały powód, by biec w przeciwną stronę.

Jako pesymista zwykle zakładam, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. A jeśli przypadkiem zapomnę o tym pesymizmie, to wtedy jest jeszcze gorzej. Kiedyś zapomniałem i po udanym awaryjnym hamowaniu nie oddaliłem się z miejsca dość szybko, przez co w tył wjechał mi kolejny samochód. Myślenie o nieszczęściach jako zjawiskach stadnych, a przynajmniej łączących się w pary, jest całkiem rozsądne. Irlandzka Armia Republikańska nieraz stosowała metodę, w której pierwszy ładunek wybuchowy był tylko przynętą, a właściwy odpalano dopiero podczas akcji ratunkowej. Znajomość tej metody znacząco zwiększała szanse przeżycia ratowników.

Gdy w grę wchodzi czynnik ludzki, przydaje się elementarna znajomość psychologii, socjologii oraz historii. Gdy mamy do czynienia ze zjawiskami naturalnymi – na pierwszy plan, obok historii, wysuwają się nauki ścisłe. W 2013 roku nad Czelabińskiem eksplodował meteor o średnicy niemal dwudziestu metrów. Sam bolid nikomu nie wyrządził krzywdy, rozpadł się 50 km nad ziemią. A jednak rannych zostało półtora tysiąca osób, część dlatego, że stały w pobliżu okien, by obserwować efektowne zjawisko na niebie. Fala uderzeniowa dotarła do powierzchni po kilkunastu sekundach i wybiła wiele szyb. A wystarczyłoby sięgnąć po wiedzę na temat różnicy prędkości rozchodzenia się w powietrzu fal świetlnych i dźwiękowych, połączyć ją ze znajomością podobnych przypadków w przeszłości, by odejść od okna.

Sam pesymizm nie wystarcza, potrzebna jest jeszcze wiedza i umiejętność łączenia faktów. Przy czym zasada, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej, powinna być podstawą myślenia o jakichkolwiek nieszczęściach. Weźmy postępujące ocieplenie klimatu. Jeżeli chcemy rozważać je jako pełzającą katastrofę, warto już zacząć się zastanawiać, co może nas czekać gorszego. W XX wieku średnia temperatura na Ziemi wzrosła o 0,75°C, co może się wydawać niewielką wartością. Jeśli przedłużymy linię na wykresie, to wyjdzie nam, że nic specjalnie nie zmieni się przez kolejne stulecia.

Oczywiście to nieprawda. Zmieni się, i to wiele. Weźmy wieczną zmarzlinę, czyli pozostałość po ostatnim zlodowaceniu. To warstwa skorupy ziemskiej, w której trwale utrzymuje się temperatura poniżej poziomu zamarzania. Grubość wiecznej zmarzliny waha się od 150 do 700 metrów, przy czym w wielu rejonach wierzchnia warstwa grubości do dwóch metrów odmarza latem. Na samej półkuli północnej wieczna zmarzlina zajmuje powierzchnię równą 1/4 powierzchni wszystkich lądów, i to nie licząc tych aktualnie ukrytych pod lodem. Co ciekawe, nawet w Polsce mamy pozostałości zmarzliny, które na głębokości ponad trzystu metrów przetrwały kilkanaście tysięcy lat. Nie jest niespodzianką, że mowa o okolicach Suwałk.

W wielu miejscach temperatura płytszych warstw niebezpiecznie zbliża się do zera. Cóż to dla nas oznacza? Jeśli wieczna zmarzlina zacznie odmarzać, rozpoczną się w niej również zatrzymane przed dziesiątkami tysięcy lat procesy biologiczne. Ich efektem będzie uwolnienie do atmosfery uwięzionych w ziemi gazów cieplarnianych, głównie dwutlenku węgla i metanu. W tym wypadku kolejnym nieszczęściem będzie więc gwałtowne przyspieszenie ocieplania się klimatu.

To jeszcze nie koniec, bo uwięzione pod ziemią i na dnie oceanów klatraty metanu również tracą stabilność w miarę wzrostu temperatury. Metan ma dwudziestokrotnie większy potencjał cieplarniany od dwutlenku węgla. Jego ilość uwięzioną w zimnych klatratach szacuje się na kilka tysięcy razy większą od ilości metanu, który obecnie jest w atmosferze.

To nadal nie koniec domina katastrof. Jeśli uwięzione pod dnem morskim klatraty w wyniku wzrostu temperatury zaczną się rozpadać, efektem będzie osuwanie się skał. To z kolei będzie prowadziło do katastrofalnych fal tsunami. Żeby uzmysłowić sobie skalę zjawiska, przypomnę, że prawdopodobnie takie właśnie tsunami doprowadziło do oddzielenia Wysp Brytyjskich od kontynentu europejskiego (pisałem o tym w felietonie Fantastyczne bronie).

Lepiej być pesymistą i przeciwdziałać wyimaginowanym katastrofom, niż dać się im zaskoczyć. W teorii, przedstawionej mi przez moich optymistycznych znajomych, wspomniane na wstępie Morze Śródziemne jest zbyt małe, by trzęsienie ziemi wywołało tsunami. Tymczasem w praktyce wybuch wulkanu na wyspie zwanej dziś Santorini, wywołał falę Tsunami, i to nie byle jaką, bo o wysokości 200 metrów. Miało to miejsce około roku 1600 p.n.e., a fala ta w znacznym stopniu zniszczyła Kretę, w tym również okolice hotelu z którego przez lornetkę wypatrywałem nieistniejącej fali.


Udostepnij
Glodne Slonce

One Response to “Nieszczęścia to zjawiska stadne”

  1. Liteon Says:

    Ludzka natura. Tak wszyscy jakoś kojarzą to zestawienie słów. Mam wrażenie, że powtarzane dzieciom słowa - nie dotykaj gorącego bo się oparzysz- i zwyczajna reakcja, czyli test ;-) na własnych palcach, wyjaśnia to co robimy. Inaczej póki sami taką falą, wywołaną przez nas samych w twarz nie dostaniemy, ograniczymy się do obserwacji czy wręcz lekceważenia…. :-|

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).