Nie czy ale kiedy

Ludzie dzielą się na dwa rodzaje: tych, którzy się martwią zawczasu i tych, którzy zdziwieni załamują ręce, gdy nieszczęście już się przydarzy. Ci pierwsi mają nieco mniej beztroskie życie, ale w razie czego poradzą sobie, gdy będzie to konieczne. Ci drudzy w krytycznym momencie będą oczekiwali, że uratują ich ci pierwsi. W praktyce to się raczej nie uda, bo druga grupa jest znacznie liczniejsza.

W szkole miałem kolegę z klasy, który odkładał wszystko na później. Niby nic niezwykłego, jednak w jego przypadku prokrastynacja zbliżyła się do ideału. Działo się to w czasach, gdy opony bezdętkowe w samochodach były rzadkością. Oznaczało to ni mniej, ni więcej, że raz na kilka miesięcy złapanie gumy było nieuniknione. Wówczas trzeba było zmienić koło na zapasowe, a potem pojechać do wulkanizatora, by załatał dziurę. I czekać następnej awarii.

Po wymianie koła u mojego znajomego włączała się prokrastynacja. Odkładał naprawę opony tak długo, jak się dało. Następnie scenariusz był podobny, czyli łapał gumę w losowym miejscu i wtedy okazywało się, że zapasowe koło to też flak. Wówczas ów kolega organizował akcję ratunkową z udziałem któregoś zmotoryzowanego znajomego. Trzeba było z nim pojechać do miejsca zdarzenia, potem zawieźć koło do naprawy i wrócić na miejsce zdarzenia. Słowem, kilka godzin w plecy. A on znów odkładał na później naprawę i za dwa-trzy miesiące następowała powtórka z rozrywki.

Nie potrafiłem zrozumieć jego postępowania. Co innego, gdyby nie woził na przykład gaśnicy, bo przecież pożar w samochodzie to rzadkość. Natomiast złapanie gumy w kole wyposażonym w dętkę zalicza się do wydarzeń, które można nazwać „nie czy, ale kiedy”. Zatem i tak będziesz musiał naprawiać koło, a wybór sprowadza się do tego, czy chcesz na to poświęcić dwadzieścia minut bez stresu, w dowolnie wybranym czasie, czy kilka godzin, kiedy najmniej ci to odpowiada. No i kilka godzin z życia kumpla, kiedy on coś z tym swoim życiu w związku z tym zawala.

Zachowanie ludzkości w obliczu nieuchronnych katastrof z rodzaju „nie czy, ale kiedy” nie różni się od zachowania wspomnianego znajomego. Weźmy globalne ocieplenie. Przestrzegano nas przed nim od lat. Niewiele zrobiliśmy, by mu zapobiec. Tłumaczyliśmy nasze zaniechania brakiem pewności i wiary w wyniki badań. Do radykalnej zmiany postępowania nie skłania nas nawet to, że teraz ocieplenie klimatu możemy odczuć sami, bez przyrządów. Populacja rośnie, zużycie energii rośnie, rośnie też emisja gazów cieplarnianych. Robimy o wiele za mało, by temu zapobiec, choć wiemy już, co nas czeka NA PEWNO.

Być może powodem naszej bierności jest to, że ocieplenie, choć wydaje się nieuniknione, jest jednak procesem przewidywalnym, rozpisanym w wykresach. A więc oswojonym, choć jego skutki nie będą przez to ani trochę mniej przykre.

Ale co z katastrofami, które mogą na nas spaść znienacka? Ostatnie kilka miesięcy zeszłego roku spędziłem kończąc najnowszy tom „Felixa, Neta i Niki”. Tym razem osią akcji jest właśnie katastrofa z rodzaju „nie czy, ale kiedy”, a konkretnie globalny blackout, zafundowany nam przez rozbłysk słoneczny. O efekcie Carringtona już kiedyś pisałem, więc nie będę się powtarzał. Przy okazji researchu do książki bardziej pochyliłem się nad tym zagadnieniem i wyłonił mi się z tego obraz jeszcze bardziej przykry.

Nie tylko jesteśmy nieprzygotowani, nie tylko nie planujemy się przygotować, ale nawet nie chcemy wierzyć w zagrożenie, wypieramy je. Zanurzeni w codzienności, spychamy zagrożenia „nie czy, ale kiedy” poza obszar naszej uwagi. Czekam, aż zaczniemy uznawać mówienie o efekcie Carringtona za coś podobnego propagowaniu kultu płaskiej Ziemi.

To jak unikanie wizyty u lekarza z obawy przed poznaniem diagnozy. W sumie… również czasem mi się to zdarza.

Można wskazać winnego, czyli konsumpcjonizm, ale to zbyt proste, bo wówczas trzeba by też wskazać kontrprzykład pozytywny. No i nie ma takiego przykładu. Przecież poziom marnotrawstwa i zaniedbań w zakresie ochrony środowiska w państwach socjalistycznych był gigantyczny. Tam nie wynikał z chciwości, lecz z niedbałości, a efekt był większy. Władze Chin np. pochyliły się nad zagadnieniem globalnego ocieplenia, dopiero gdy zorientowały się, że w ciągu kilku dziesięcioleci tereny zamieszkane przez znaczną część populacji staną się strefą śmierci.

Przy okazji premiery wspomnianego najnowszego tomu „Felixa, Neta i Niki” odbyłem kilka spotkań z czytelnikami, podczas których opowiadałem o grożącym nam niebezpieczeństwie i sposobach, jak je przetrwać lub (lepsze rozwiązanie) jak mu zaradzić. Sporym zaskoczeniem było dla mnie przekonanie panujące wśród najaktywniejszych uczestników, że jeszcze za ich życia dojdzie do jakiegoś rodzaju apokalipsy. Niestety chyba wyobrażają ją sobie jako fajną przygodę rodem z filmów Mad Max czy gier komputerowych. Nie powiem, żeby mnie to podniosło na duchu.

Możliwych katastrof „nie czy, ale kiedy” jest więcej. Pandemia wywołana przez lekooporne bakterie to kolejne prawdopodobne zagrożenie, które jest ignorowane nawet przez służbę zdrowia. Tych ignorowanych zagrożeń jest tyle, że w miarę ich poznawania, w mojej wyobraźni powstaje obraz cywilizacji jako potężnego gmachu, wspartego na rachitycznej konstrukcji z drżących i powoli pękających pod jego ciężarem bambusowych tyczek.

Analogia postępowania naszej cywilizacji do postępowania mojego znajomego prokrastynatora zawodzi, gdy dochodzimy do etapu likwidowania skutków zaniechania. Ludzkość nie ma kolegi, który w kluczowym momencie przywiezie koło zapasowe i pomoże wszystko naprawić.


Udostepnij
Glodne Slonce

5 Responses to “Nie czy ale kiedy”

  1. maria Says:

    Niestety, człowiek nie jest idealny. Trzeba się do tego przyzwyczaić

  2. paul z Says:

    Zna Pan rytm własnego serca? Kulminacja, wzrost napięcia aż do wartości progowej, potem nagły kolaps, to jeden z podstawowych wzorów wszechświata. Każdy wycinek fraktala, łącznie z sercem, indywiduum i cywilizacją, go powtarza. Bo właśnie tak to działa, przez kanalizację mikroskopijnych porcji energii drogą chwilowo najmniejszego oporu: odraczanie rozwiązań, pchanie problemów przed sobą, usilne wciskanie rosnących kup śmieci pod dywan, aż w końcu coś trzaśnie. A że problemy są ze sobą ściśle powiązane, trzaśnięcie jednego wywołuje reakcję łańcuchową. Po prostu, ujarzmianie jednej katastrofy nagle wyczerpuje zasoby, które dotychczas używane były, by wszystkie razem utrzymać w ryzach.
    Proszę popatrzeć na popkulturę ostatnich 70 lat. Czy akurat ogólnie dzieje się coś, czego nie krakały nam kiepskie filmy akcji przez połowę ostatniego stulecia? Spełniają się przepowiednie proroków Gibsona, Stallone, van Damme i Schwarzeneggera, bo zawsze wiedzieliśmy, że się spełnią. Wybieraliśmy apokalipsę świadomie, dzień w dzień od nowa, zawsze z nadzieją, że konsekwencje uderzą dopiero w nasze dzieci. No cóż, cieszmy się dla naszych ukochanych rodziców, że ich marzenia się spełniły. Przehulali naszą przyszłość, zostawiając nam parę groszy w spadku. Nam to już się nie uda, bo dalej hulamy jak oni, a te parę groszy nie starczy, by spłacać rosnące długi. Pozdrowienia od Rzepy Obojnackiej, mechanizm ten sam.
    Dziwił się Pan kiedyś, dlaczego ględzenie Jaśka od kryształowej kuli tak fascynuje, dlaczego ludzie czują w tym większą głębię, niż w przepisie na zupę pomidorową? Czemu czujemy, jak czujemy, czemu postrzegamy, jak postrzegamy? Tutaj to właśnie dlatego, że mechanizm apokalipsy jest tak zwykły, że zapisały go geny i wbudowały nam w mózg – końce światów to fenomen codzienności, przyda się instynkt, by na nie reagować.
    Geny są za głupie, by zrozumieć, że te instynktowne reakcje są częścią mechanizmu samozniszczenia – np., jednoczenie się za przywódcą stada pomaga przetrwać katastrofę, ale rezultatem jest wybieranie Trumpów i Kaczorów, wymuszających entropię polityczną. Znaczy się, rozwalają świat na maciupkie bąbelki, komunikujące ze sobą przez niekontrolowaną agresję, zamiast wyrównujących ciśnienie kompromisów (kompromisy odraczające rozwiązania, to zresztą także część mechanizmu, potrzebne byłyby konstruktywne). Bardzo dużo ludzi na świecie wyobraża sobie, że cud Boży właśnie dla nich unieważni prawa termodynamiki. Ale to tylko wymówki, bo przecież rozum trzeba uśpić pseudoracjonalnymi uzasadnieniami, żeby nie wchodził w drogę instynktom.
    Znaczy się, Pan narzeka, że nie obchodzi nas apokalipsa. Ale my już gotujemy się na postapokalipsę. Czyli maciupkie, prymitywne gangi dzikusów, mordujących się o resztki cywilizacji. A że tylu młodych cieszy się na to, jak na oswobodzenie – to właśnie symptom napięcia nie do wytrzymania.

  3. Wisznu Says:

    No właśnie, ja też mam poczucie, że jakaś katastrofa nastąpi łada chwila. I co zrobiłem w związku z tym?
    Dzieci.
    I to wbrew własnemu przekonaniu antynatalistycznemu. Więc na własnym przykładzie mogę śmiało rzec, że ludzie są głupi. Nawet wiedząc, że mógłbym dzieciom tej katastrofy oszczędzić, zrobiłem co zrobiłem.
    A w dodatku naprawdę mnie dziwi - właśnie biorąc pod uwagę nietrwałość, kruchość naszej cywilizacji, że nikt nie podnosi tego jako argumentu - dlaczego właśnie szkoła powinna uczyć pamięciowo, a nie - tak jak się marzy obecnej młodzieży, żeby w szkole tylko uczono myśleć, bo przecież wiedzą jest w internecie, czyli u każdego w komórce i wystarczy odpalić google.
    Bo przecież jak nam słońce usmaży komputery, to cała wiedza, która nie jest zgromadzona na papierze - wyparuje.
    Może tylko jakieś wojskowe komputery przetrwają…

    A co do młodzieży, to z nimi są dwa problemy - pierwszy to już Pan zdiagnozował, czyli przekonanie, że będzie fajnie, jak na filmach post-apo, a drugi, że oni właśnie przeżyją.
    No więc raczej nie. Większość z nas będzie wtedy ginąć.
    A fajnie nie będzie, bo wystarczy sobie zwizualizować ból zęba, kiedy nie ma współczesnej stomatologii. Obcęgi pójdą w ruch, i to szybko się zacznie rwanie na żywca.
    Kiepska przygoda…

  4. Wojtek Says:

    Bez przesady. Co ma być, to będzie - zupełnie tak, jak zawsze.
    Zgadzam się, że niektórzy myślą, że świat zaczął się wczoraj i teraz jest najlepiej, a skoro coś jest dobre, to czemu miałoby się zepsuć. Ale inni wierzą, że świat co prawda nie zaczął się wczoraj, jednak na pewno skończy się jutro. A jedni i drudzy siebie umieszczają w centrum każdego z tych światów,. A świat nie zaczął się wczoraj i nie skończy się jutro. Nas i naszego potomstwa być może już nie będzie, ale ktoś będzie.

  5. Sayo Says:

    Ktoś tu napisał, że człowiek nie jest idealny i należy się do tego przyzwyczaić. Słucham ? Przecież właśnie dlatego, że ktoś się “przyzwyczaja” grożą nam kolejne i kolejne katastrofy ! To nie jest kwestia oswojenia się z tym, że na wiosnę są pyłki w powietrzu, a w niedzielę sąsiad wiertarą hałasuje.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).