Miasto ponad i pod

Fragment opowiadania, przygotowywanego do antologii Howardowskiej Fabryki Słów.

Brudne ściany miasta pomiędzy nimi a murem świeciły nieregularnymi prostokątami okien. Ci ludzie mieli spokój i stabilizację, ale za całkiem sporą cenę, zawierajacą w sobie również dyscyplinę i bezgraniczną spolegliwość. Nikt ich nie pytał, czy tego chcą. Cóż, nikt ich również nie będzie pytał, czy chcą zmian.
Aghenor zarzucił worek na ramię i ruszył w kierunku schodów. Nie musiał się oglądać. Wiedział, że reszta idzie za nim.
Ulice były tu czystsze, było nawet kilka garaży, wyraźnie używanych. Dobrobyt rozpełzał się od Grenmoore. Aghenor oglądał to i po raz kolejny stwierdzał, że woli rejony mniej cywilizowane. Kultura wymaga jednak wysiłku.
Dwa razy musieli się chować przed patrolami, które w tej odległości od muru wewnętrznego pojawiały się coraz częściej. Gdy byli w połowie drogi, wrócił posłaniec z informacją, że plan się nie podoba, ale zostanie wykonany. Aghenor nie skomentował tego. Gdyby rozkazy nie zostały wykonane, wróciłby i osobiście zabił nowo mianowanych dowódców.
Posuwając się w cieniu, dotarli tak blisko muru, jak się dało. Widzieli stąd przechadzających się po blankach strażników. Ryzyko wykrycia stało się zbyt wielkie. Aghenor naparł barkiem na drzwi najbliższej kamienicy. Były oczywiście zamknięte. Wyciągnął nóż, by wyważyć zamek, ale podbiegł do niego młody chłopak imieniem Carm i wsunął w szczelinę zamka wytrych. W sekundę drzwi stanęły otworem. Klatka schodowa ginęła w ciemnościach. Wsunęli się do środka i zatrzasnęli za sobą drzwi. Na palcach, starając się nie hałasować wyposażeniem, dotarli na najwyższe piętro. Stamtąd chcieli się dostać na dach, ale w słabym świetle zapalniczki nie byli w stanie dostrzec klapy. Dostrzegli za to trzy stopnie prowadzące do mieszkania na poddaszu, skąd zapewne łatwo już było wydostać się wyżej. Tym razem wytrych okazał się zbyt prymitywnym narzędziem do skomplikowanego zamka. Dowódca wsunął nóż w szczelinę między skrzydłem drzwi, a framugą i nacisnął go. Z trzaskiem łamanego drewna drzwi ustąpiły. Aghenor pierwszy wpadł do środka z zamiarem uciszenia domowników, gdyby ci nie zdecydowali się milczeć dobrowolnie. Mieszkanie miało trzy pokoje i partyzanci rzucili się, by je sprawdzić. Aghenor usłyszał zduszony kobiecy krzyk. Wpadł do pokoju, z którego dochodził. Dwaj mężczyźni mieli chyba opory przed uderzeniem zaspanej kobiety w koszuli nocnej. Aghenor nie miał. Zdzielił ją pięścią w policzek na tyle mocno, żeby ogłuszyć, ale nie aż tak, by zrobić jej krzywdę. Partyzanci sprawnie zakneblowali ją i związali, po czym rzucili na łóżko.
– Dobrze, że nie krzyknęła głośniej – powiedział Aghenor. – Musielibyśmy ją zabić. Następnym razem się nie wahajcie.
Znaleźli klapę na dach i bez problemów przez nią przeszli. Po kolejnych dachach dotarli do ostatniego domu. Dalej było kilkadziesiąt metrów sprasowanych walcem gruzów,wykarczowanych do ziemi krzaków i oświetlony elektrycznie betonowy mur wysokości dziesięciu metrów. Sforsowanie go w ten sposób, żeby przechadzający się po jego szczycie strażnicy tego nie zobaczyli, wydawało się niemożliwością. Dodatkowo grzybki czujników ruchu na jego szczycie sprawiały, że wyminięcie strażników i tak nie rozwiązywało problemu.
Na kominie sąsiedniego domu siedział ponury, czarny chiropter. Wyglądał jak chudy człowiek opatulony płaszczem, był zresztą niewiele mniejszy. Tylko wydłużony ryj psuł podobieństwo. Na dalszych dachach czekały następne.
– Skąd wiedzą?… – Jeden z partyzantów uniósł kuszę, ale Aghenor przycisnął mu rękę do dachu.
– Czekamy na tamtych.
– Beton jest drogi – zauważył Carm i poklepał swój plecak, wypełniony materiałami wybuchowymi. – Mur nie może być gruby.
– Mamy się tam dostać dyskretnie.
Wszyscy leżeli blisko krawędzi i wpatrywali się w cel swoje wyprawy - wieżę Grenmoore, a cel ten wydawał im się znacznie mniej realny do osiągnięcia, niż godzinę temu. Pokonanie jasno oświetlonego i doskonale zabezpieczonego muru było ledwie pierwszym małym kroczkiem w kierunku jego osiągnięcia.
Huk z prawej strony wyciągnął ich z tych rozważań. Wychylili się poza krawędź dachu i dojrzeli pióropusz dymu przed główną bramą. Zaraz potem nastąpił błysk na blankach i jeden z grzybków-czujników przestał istnieć. Ledwie sekundy potrzebowali obrońcy, by odpowiedzieć ogniem. Pierwsi partyzanci upadli ranni, a żołnierze na murach ruszyli biegiem w stronę miejsca ataku. Część z nich jednak została, co jak najlepiej świadczyło o ich wyszkoleniu, a jak najgorzej wróżyło powodzeniu misji. Aghenor zaklął pod nosem i obserwował rozwój wypadków. Nic więcej nie mógł zrobić, bowiem ponad murem włączyły się dodatkowe latarnie, doskonale oświetlając okolicę, więc i dach na którym leżeli. Jednak z godnie z planem przy bramie, znajdującej się jakieś trzysta metrów od nich, rozpoczęła się seria eksplozji granatów zapalających i dymnych. Nie mogły, rzecz jasna zrobić większej szkody bramie, ale nie o to chodziło.


Udostepnij
Glodne Slonce

2 Responses to “Miasto ponad i pod”

  1. Samantha Says:

    Super! Bardzo dziękuję za opowiadanie! Jest extra!

  2. LeNa Says:

    super opowiadanko!!

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).