Melancholia

MelancholiaTo film o końcu świata. Jest pełen efektów specjalnych, zrobionych tak, że ich nie widać. Antyteza cyfrowych wodotrysków zza wielkiej wody ma swój urok. Nie dla wszystkich, oczywiście. Przez połowę filmu ekran jest pełen rozmawiających ludzi, przez resztę czasu grupka ta jest mniejsza. Jest jedna scena ucieczki, ale uczestniczy w niej wózek akumulatorowy i z góry wiadomo, że się nie uda. Wiadomo też, że wszyscy zginą. Piszę o tym na początku, żeby ci, którzy płakali na Batmanie, nie musieli czytać dalej.

Melancholia to nazwa nieznanej wcześniej planety, której orbita prawie na pewno jest kolizyjna z ziemską. Albo raczej tak: jest kolizyjna na pewno, tylko niektórzy nie chcą tego przyznać. Odkryte z kilkudniowym wyprzedzeniem zagrożenie jest tak potężne, że trudno nawet wyobrazić sobie, jak można by mu zaradzić. Nie jest to kino stricte SF, o nauce pada tutaj kilka słów, a w wielu miejscach scenariusz jest na bakier z obecną wiedzą. Nie jest to też kino katastroficzne. Jest to w zasadzie dramat psychologiczny i w jego przesłaniu niewiele by się zmieniło, gdyby akcję umieścić na początku lat czterdziestych w Singapurze. Choć pewnie wtedy ja bym go nie obejrzał.

Nie mamy tu scen z laboratoriów, z baz wojskowych, z zakorkowanych obwodnic metropolii ani z Cape Canaveral, gdzie dzielni kowboje kosmosu wózkami widłowymi ładują głowice nuklearne do wahadłowców. Mamy grupę ludzi, którzy w oddalonej od świata posiadłości muszą radzić sobie nie tyle z katastrofą, co ze sobą w obliczu nadciągającej katastrofy. Dla niektórych jest ona wręcz wybawieniem i rozwiązaniem wszystkich problemów. Inni oddają się swoim przyziemnym czynnościom, jakby nic się nie działo, jeszcze inni podejmują próby beznadziejnej walki lub odwrotnie – poddają się wcześniej.

Najważniejszy pojedynek na światopoglądy i charaktery rozgrywa się między trzema osobami: nihilistyczną z powodu ciągłej depresji Claire, jej prostolinijną i racjonalną siostrą Justine oraz Johnem, mężem tej drugiej, hołdującym zasadzie szkiełka i oka. I tak wszyscy zginą, to żadna tajemnica, ale każda śmierć będzie znaczyła co innego.

Lars von Trier to reżyser wielu doskonałych filmów (Przełamując fale, Tańcząc w ciemnościach), ciekawych (Epidemia), mniej ciekawych (Dogville) i co najmniej jednego fatalnego (Antychryst). Wiele można o nim powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest twórcą banalnym. Jest jednym z założycieli Dogmy 95. Na szczęście, dla siebie i widzów, po kilku eksperymentach porzucił założenia manifestu. Przyzwyczajenia jednak pozostały. Stąd na przykład wkurzający dla wielu, a dla nieobeznanych wręcz dezorientujący montaż, który polega na ciachnięciu wybranych ujęć zdecydowanie bardziej, niż podpowiadałaby logika sceny. Gość wchodzi na przyjęcie, wyciąga rękę, by przywitać się z gospodarzem, otwiera usta, chcąc powiedzieć coś ważnego, i… ciach, je deser. Odpowiednikiem tego zabiegu w literaturze byłoby zgubienie strony w składzie.

Należę do tych, którym takie eksperymenty formalne przeszkadzają. Nie lubię też przesadnego trzęsienia kamerą. Ostatnio Amerykanie przypomnieli sobie, że i w Europie robi się filmy, obejrzeli może ze dwa, przypadkiem coś z certyfikatem Dogmy 95, i też wyrzucili statywy oraz dodali funkcję randomize do zooma. Tyle że tam musi być wszystko bardziej, mocniej, szybciej, więcej, czyli aviomarin lepiej mieć. Na tym tle u von Triera trzęsie się umiarkowanie. Trzeba za to przyznać, że wizualnie film jest bez wątpliwości wzorowy. Również dzięki efektom specjalnym, których nie widać, czyli zaawansowanemu etapowi postprodukcji.

Dla kogo jest ten film? Przede wszystkim dla cierpliwych, bo znaczenia scen pozornie przegadanych domyślimy się późno. Lars von Trier włożył w ten film cały swój ekshibicjonizm artystyczny. Nie oczekujmy więc, że otrzymamy jakiekolwiek odpowiedzi. Zostaniemy z pytaniami i naszą własną melancholią.

Na koniec dla zainteresowanych making of efektów specjalnych w wykonaniu polskiej firmy Platige Image.


Udostepnij
Glodne Slonce

9 Responses to “Melancholia”

  1. Beryl Says:

    To pierwsza recenzja tego filmu jaką czytałem. Wcześniej ten film był mi doskonale obojętny i taki pozostał nadal (Pierwszy!).

  2. Gosia21 Says:

    Nie mam za dużej ochoty żeby to obejrzeć

  3. Groszek Says:

    Obejrzałam jakieś 30 min filmu i potem zrezygnowałam. Ciągnął się niemiłosiernie, nic się nie działo, tylko się nudziłam i męczyłam. Miałam nadzieję na coś lepszego, bo lubię Dunst, ale się zawiodłam.

  4. Rafal Kosik Says:

    O czymś takim właśnie napisałem.

  5. Samantha Says:

    Uwielbiam filmy na których nic się nie dzieje! Z pozoru oczywiście.
    Ten z pewnością obejrzę, a tymczasem polecam Andrieja Tarkowskiego i cały jego dorobek. To jest dopiero coś. Tylko dla wytrwałych, ale przemyślenia i obrazy, nie do zapomnienia.
    To jest dopiero sztuka, a nie te wszystkie kinowe banały!

  6. Gosia21 Says:

    Nie lubię nudnych filmów

  7. Rafal Kosik Says:

    Tarkowski obskoczony dawno temu.

  8. Samantha Says:

    I jak? Podobał się?

  9. Rafal Kosik Says:

    Tak, chociaż w każdym filmie czegoś mi brakowało. Większość jego filmów zbyt dawno to oglądałem, żeby powiedzieć coś bardziej konkretnego.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).