Mały Brat

Cory Doctorow - Mały BratMam uczulenie na importowaną literaturę young adult. Zwykle jest to straszny chłam, nawet jeśli wysoko stoi w rankingach sprzedaży. Czasem z rzadka zdarza się coś wartościowego, perełka jeszcze rzadziej. Do Małego Brata podchodziłem ze zwyczajową nieufnością. Cory Doctorow zaskoczył mnie pozytywnie. Bardzo pozytywnie. A chwilę potem rozczarował jak nikt od dawna.

Jeśli miałbym zaszufladkować tę książkę, to otagowałbym ją jako młodzieżowy thriller polityczny. Zaczyna się mocno, bo od ataku terrorystycznego w San Francisco, w którym ginie kilka tysięcy osób. W wyniku zamieszania po ataku główny bohater, Marcus, zostaje omyłkowo aresztowany wraz z kilkoma przyjaciółmi. Służby specjalne, nie wiedząc kto swój a kto wróg, poddają wszystkich podejrzanych niezbyt delikatnym przesłuchaniom. Po kilku dniach Marcus zostaje pouczony, by nikomu nic nie mówił, i zwolniony wraz z dwójką przyjaciół. Jeden z paczki zostaje i ślad po nim ginie.

Właśnie nieznany los zaginionego przyjaciela staje głównym motywatorem działań Marcusa. Po pierwszym oburzeniu spowodowanym atakiem na jego miasto bohater zauważa, że środki bezpieczeństwa podjęcie przez tajne służby robią więcej złego niż zagrożenie terrorystyczne. Być może nawet spełnia się życzenie islamskich terrorystów, czyli zastraszenie ludzi, a życzenie to realizują właśnie służby. San Francisco zamienia się w miasto policyjne, gdzie każdy krok mieszkańców jest kontrolowany, a każde niestandardowe zachowanie (inna niż codziennie trasa przejazdu metrem, wizyta w dzielnicy, gdzie się nie ma bliskich) oznacza kontrolę i przesłuchanie.

Marcus wykorzystuje umiejętności nabyte przy omijaniu szkolnych systemów monitoringu oraz zdolności informatyczno-hackerskie, by sabotować ten urzędowy zamach na wolności obywatelskie. To trochę cyberpunk potraktowany śmiertelnie poważnie, bez fantastycznego eskapizmu. Buntownik ery cyfrowej obserwowany, jak godzinami tłucze w klawiaturę, żmudnie tworząc sprytne kody. Coś jak filmy o Jamesie Bondzie, w których narratorem byłby Q.

I niby jest OK, bo obrona wolności zawsze ładnie brzmi. Otóż… nie zawsze. „W obronie wolności” to brzmi dumnie, „W obronie wolności do przechodzenia na czerwonym świetle” brzmi głupio, a „W obronie wolności do przejeżdżania samochodem na czerwonym świetle” brzmi już naprawdę groźnie. Po chwili zastanowienia dochodzimy do wniosku, że formalnie bohater zajmuje się… sabotowaniem działania służb własnego kraju w walce z wrogiem. Wróg dopiero co zabił kilka tysięcy obywateli i jest śmiertelnym zagrożeniem na przyszłość. Bohater jest więc zdrajcą. Nic dodać, nic ująć. Jego działania to doskonała zasłona dymna dla kogoś, kto chciałby przeprowadzić kolejny atak.

Gdy zaczynamy kibicować negatywnym bohaterom, to znak, że autor przegiął i zamiast dyskretnie przemycać swój światopogląd, wpycha nam go do łba tłuczkiem. Sądzę, że co mądrzejsi odbiją się od tej powieści w momencie, gdy propaganda z dialogów wylewa się do narracji. Gdy opanowuje również fabułę, staje się wręcz odpychająco przewidywalna. Jeżeli bohater idzie na nielegalny koncert w parku, to jest pewne, że autor posyła go tam tylko po to, żeby za kilka stron zobaczył policję brutalnie rozpędzającą całe towarzystwo.

Zastanawiam się, jak bym to czytał, gdyby moje poglądy były zgodne z poglądami autora. I chyba też z niesmakiem. Przykład: powszechnie lubiana nauczycielka na lekcji WOSP-u opowiada z zachwytem o narodzinach prawdziwej wolności, o kontrkulturze lat 70-tych, w tym o ludziach, którzy żyli z napadów, bo nie uznawali pracy, o lesbijkach postulujących fizyczną eksterminację wszystkich mężczyzn, o ideologicznych terrorystach, podkładających bomby w miejscach publicznych. Cała klasa ją popiera. Wyjątkiem jest jeden chłopak, który wcześniej został przez autora z gracją słonia w składzie papierowych postaci wtłoczony w rolę „tego złego”. On zauważa, np. że podkładanie bomb w miejscach publicznych jest złem niezależnie od motywów. Przecież motywy są różne i cała sztuka współżycia społecznego polega na tym, by różnice poglądów nie prowadziły do eskalacji agresji. Zauważa to, dodajmy, tylko po to, by reszta klasy zgasiła go krytyką.

Do ostatniej chwili miałem nadzieję, że Doctorow wykona kolejną woltę i wskaże błąd takiego myślenia, że bohater się ocknie. Ostatecznie autor zastosował metodę siłową, czyli pokazał, że Marcus miał rację, bo służby specjalne są gorsze od terrorystów i rzeczywiście przetrzymują setki własnych obywateli, uznanych za zaginionych lub zmarłych. A dlaczego przetrzymują? Bo chcą. Kiepsko. Szczerze mówiąc, nie udało mu się przekonać mnie, czemu tylu niewinnych i co ważniejsze, bezużytecznych dla służb ludzi jest przez te służby przetrzymywanych miesiącami. To zabieg fabularny „zły bohater jest zły, bo robi złe rzeczy, a robi złe rzeczy, bo jest zły”. To populizm narracyjny, błąd sztuki. O przyczynie całego zamieszania – terrorystach – autor zająkuje się ze dwa razy. Być może są tylko wygodnym pretextem dla rządu, by wzmóc kontrolę. Ale… co, jeśli nie?

Szkoda, bo naprawdę dałoby się niegłupią ideę Małego Brata sprzedać bez obrażania inteligencji czytelnika. Ale może o to chodzi? Może chodzi o to, żeby trafić do statystycznej większości, która wymaga prostych komunikatów? Tylko czy statystyczna większość przyswaja jeszcze słowo pisane? Sprawdźcie sami, bo mimo tego mojego narzekactwa, całkiem dobrze się to czyta. A że czasem ciśnienie skoczy? To tylko taki trening kondycyjny bez ruchu.


Udostepnij
Glodne Slonce

11 Responses to “Mały Brat”

  1. Ziuta Says:

    Sęk w tym, że w USA (i Kanadzie, bo Doctorow jest Kanadyjczykiem) widzi stosunki obywatel-państwo i kwestie walki o swobody obywatelskie. Dla nas to dziwne, ale oni - to dotyczy zarówno lewicowców w rodzaju Doctorowa jak i rozmaitych prawicowców czy libertarian - naprawdę widzą państwo jako niemalże tyrana, który dybie na wolność.

  2. Rafal Kosik Says:

    Z drugiej strony idzie z tym w parze szacunek dla prawa, które u nas jest z kolei traktowane „zdroworozsądkowo”.

    W książce Doctorowa nie spodobało mi się co innego: on zgubił sens całych działań służb bezpieczeństwa i rządu. Wygląda to tak, jakby ci wszyscy agenci robili to dla czystej zabawy lub nienawiści do ludzkości, a tymczasem oni jedynie nadużywali kompetencji. To spora różnica, bo jednak powód do zaostrzenia kontroli istniał.

  3. Toudi Says:

    Nie do końca się z tobą zgadzam. Bohater nie popiera teroryzmu tylko neguje metody jego zwalczania. Głownie jako nie skuteczne i pozbawione sensu które głownie atakują obywateli praworządnych a nie praworządni mają je gdzieś. Te metody kontroli nie pomogą złapać terorysty a raczej pomogą kontrolować obywateli gdy niezgadzają się z rządem. Służby mogą wykorzystać preteskt by zwiększyć zasięg kontroli nad własnymi obywatelami. To był Ewidentny przytyk do Patriotic Act. Gdzie wystraSZONIO obywateli zagładą USA jeżli byle użednik nie będzie mógł od tak bez nakazu podsłuchiwać rozmów i czytać listów. Mnie się przypomina pomysł D Tuska na cenzurę internety by lapać pedofili. Szkoda tylko, że przy okazji można by kontrolować wszytko i wszytkich

  4. Rafal Kosik Says:

    Nie mówię, że w tym rozumowaniu nie ma racji. Czepiam się tylko, że sytuacja jest pokazana jednostronnie, w sposób przejaskrawiony i w wąskim kontekście. Działania bohatera uderzają głównie w mieszkańców miasta, co zdaje się go mało obchodzić, bo cel uświęca środki.

  5. gall anonim Says:

    Mnie już sam początek opisu fabuły zniechęcił do czytania. Takich historii jest tysiące i każda kolejna staje się mniej ciekawa. W książkach najbardziej lubię nieprzewidywalność, bo inaczej po 50 stronach po prostu się nudzę czytaniem. Może nie należę więc do tej większości, a może to Pan się myli.

  6. Alexander Gütsche Says:

    “Małego brata” nie czytałem, ale w komentarzu pomijasz jedną rzecz (zakładam, że w świecie książki dalej obowiązuje konstytucja USA). Mianowicie w amerykańskim prawodawstwie żaden stan wyższej konieczności nie usprawiedliwia łamania konstytucyjnych praw i wolności, czyli m. in. habeas corpus, prawo do sprawiedliwego procesu, Miranda rights i kilka innych. Przetrzymywanie człowieka bez sądu łamie te wszystkie prawa.

    Doctorow opisuje to co się dzieje naprawdę, czyli cała ta paranoja antyterrorystyczna spowodowała zawieszenie/naciągnięcie sporej części w/w prawodawstwa w stosunku do podejrzanych o terroryzm, a podejrzane o terroryzm (i wpisane na no-fly list) bywają nawet kilkuletnie dzieci. Przykład, który może zainteresować nas obu z racji wykonywanego zawodu to wyrok na Petera Wattsa (kanadyjskiego pisarza SF) za to, że wystarczająco szybko nie padł na ziemię po tym, jak amerykański strażnik graniczny dał mu w mordę. Wszystko w imię walki z terroryzmem.

  7. Rafal Kosik Says:

    Nie neguję. Doctorow po prostu przegiął. Gdyby przegiął w drugą stronę, tez by mi to nie pasowało.

  8. DeathDay98 Says:

    Mały brat… Skojarzyło mi się (Bracia K.; tu-154)

  9. kamyk Says:

    cała ta walka z terroryzmem to zwykły NWO-ski Bullshit przez duże B

  10. jk Says:

    DeathDay98. Jeżeli cię się tak skojarzyło to znak dla ciebie, że powinieneś popracować nad swoim wykształceniem i prawdopodobnie nad sobą.
    Przeczytaj sobie rok 1984 Orwella i zwróć uwagę, że niektóre teksty z książek Blaira stały się kultowe. Np. Wielki Brat patrzy.

  11. Stamina Says:

    Przeczytałam i mam identyczne odczucia. Ta książka to chamska propaganda jedynie słusznych poglądów. Bohaterowie, którzy mają właściwe poglądy są dobrzy, a ci o poglądach innych są przedstawiani jako źli a wręcz głupi. Doctorov doskonale by się odnalazł w czasach stalinizmu, bo warsztat propagandysty ma już opracowany.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).