Mad Max 4

Mad Max Fury Road to w wolnym tłumaczeniu „Futerrkowa uliczka zwariowanego Maksia”, czyli pozornie taki spin-off Ulicy Sezamkowej. Ale pozory mylą i jest to jak najbardziej film akcji dla całkiem dorosłych, choć nawet kawałka cycka nie widać, niestety. Z poprzednimi Mad Maxami łączy go głównie tytuł i pustynia. Słuchając zachwytów znajomych, przyjąłem pozycję ostrożnie wyczekującą. Ostatecznie się złamałem i poszedłem do kina. No i właśnie…

Tak, wiem, znów piszę o filmie z perspektywy stojącego poza konwencją. Jednak, po pierwsze, dobry film powinien być dobrym filmem nawet jeśli patrzymy na niego spoza konwencji; a po drugie pierwsze trzy Mad Maxy to była jak najbardziej moja konwencja. Moja konwencja! Jest jeszcze małe po trzecie: film może być tak dobry na jakimś obszarze, że wybaczymy mu wszystkie niedociągnięcia na pozostałych obszarach. I to niestety nie jest ten przypadek. Albo ja się zestarzałem, albo podchodzę do kina zbyt serio, albo ktoś mi zawłaszczył moją konwencję.

Dalej będą spojlery. Uprzedzam pro forma, bo i tak już wszyscy widzieli. Widzieli i się zachwycili. Zarys fabuły wygląda następująco: Mad Max (doskonały Tom Hardy) jest starym lamusem i daje się złapać jak ostatni ciul randomowym „złym”. OK, gdyby się nie dał złapać, to by nie było filmu, więc trochę go rozumiem – dziś każdy ma kredyt.

Świat po bliżej niesprecyzowanej katastrofie stał się mało przyjaznym miejscem, czyli generalnie wszędzie, gdzie nie spojrzeć, mamy piaszczystą pustynię, jak w poprzednich Mad Maxach. Jest jednak Cytadela, lokalny ośrodek cywilizacji, gdzie każdy dostanie ciut wody i ciut jedzenia. Z naszego dobrobytnego punktu widzenia to mało atrakcyjne miejsce. Tyle, że w tym świecie już nie ma żadnego dobrobytu. Jest walka o przetrwanie. Cytadela jest miejscem, gdzie masz szansę przeżyć. Żeby nie było, są i minusy – o nich za chwilę.

Schwytany Max staje się czymś w rodzaju… kroplówki dla mocno niedorobionego wojownika z wadą genetyczną. Nie wiadomo, na czym polega jego defekt, ale koleś lepiej się czuje po kroplówce (transfuzji) z wiszącego w klatce Maxa. A co z grupą krwi? Who cares?! W scenariuszu stoi czarno na białym, że to działa. OK, uproszczenie fabularne jakich wiele. Konwencja.

Bohaterem równorzędnym, jeśli nie nawet pierwszorzędnym, jest „cesarzowa Furiosa” (doskonała Charlize Theron) i jest ona najlepszym przykładem na to, że nie wierz nigdy kobiecie. Przy pierwszej możliwości zdradza i podprowadza cysternę, która jest jednym z kluczowych elementów niezbędnych do przetrwania Cytadeli. Przy okazji tej dezercji doprowadza do śmierci kilkudziesięciu „trepów”, którzy są tam stróżami porządku. Ale kto by się tam martwił o trepów, to są „rzeczy”.

Paliwo trzyma całą maszynerię Cytadeli w ruchu. Nie dziwne więc, że filmowy „zły” Wieczny Joe pragnie ową cysternę odzyskać. O tym, że jest to Tatra T815 dowiedziałem się dopiero pod koniec, kiedy to po efektownej wywrotce ukazało się podwozie z ramą rurową. Ostrzegałem, że będą spojlery, prawda? Chociaż… dla kogo takie spojlery?

Pomijając typowe dla tego rodzaju kina perypetie, dowiadujemy się godzinę później, że można spowolnić ucieczkę TIR-a, poprzez odpięcie przewodów ciśnieniowych przyczepy. To jest akurat całkiem niezłe, bo odróżnia ciężarówki rosyjskie od… wszystkich pozostałych. Brak ciśnienia w instalacji pneumatycznej Kamaza oznacza, że nie masz hamulców. Brak ciśnienia w instalacji pneumatycznej dowolnej innej zachodniej ciężarówki oznacza, że nie ruszysz z miejsca, bo dopiero ciśnienie zwalnia hamulce. Właśnie dzięki temu możemy radować się widokami z rosyjskich kamerek samochodowych, w których ciężarówki masakrują cywilów w korku. Oczywiście z drugiej strony Kamaz bez hamulców wyjedzie z Tajgi, a Man, czy nawet Jelcz już nie tak prosto.

Zdaję sobie sprawę z niewłaściwego użycia skrótu TIR, jednak to pomińmy. Wracając do filmu, „cesarzowa” ucieka, a „zły” właściciel cysterny ją ściga, czemu w sumie to się nie dziwię. Jest w tym filmie naprawdę dużo scen, na których pragnąłbym nacisnąć pauzę a potem print i powiesić sobie na ścianie jako plakat, najlepiej wielkoformatowy. I nie są to bynajmniej sceny akcji. Wizualnie jest to dzieło sztuki. No ale film to nie jest zbiór fotosów, więc jedźmy dalej. Pominę celowo sceny walk, bo one nie mają najmniejszego sensu. Gdyby miały, film skończyłby się po trzech minutach.

Jak zatrzymać pędzącą ciężarówkę, wie chyba każdy uczeń technikum motoryzacyjnego, choć z drugiej strony nie wie tego białoruska policja, która kilka razy próbowała bezskutecznie zatrzymać polskich tirowców, którzy nie chcieli płacić łapówek za dowód bycia trzeźwym.

Mamy więc jakąś godzinę palenia gumy na piasku, gdzie pościg bandy debili ściga ciężarówkę z inną banda debili na bezkresie pustyni i nikt nie wpadnie na pomysł przestrzelenia opon, albo po prostu zajechania drogi. OK, znów wiem, że gdyby to zrobili, to by nie było filmu, no ale jednak… wymyślcie jakikolwiek powód, dla którego tego nie zrobiliście (to prośba do scenarzystów).

Motyw jest taki, że uciekinierki mają dotrzeć od mitycznej Oazy Matek, czy jakoś tak. Niestety zamiast upragnionej oazy natrafiają na gnijące bagno i gang kilku starych wiedźm na motocyklach, które są ostatnimi ocalałymi z upadłej Oazy. Czyli mamy stary motyw, że ten wymarzony raj, eden, motyla noga, jednak nie istnieje. Było, było, było. Tego akurat domyślaliśmy się od początku.

Max oczywiście nie wierzy w jakikolwiek sens czegokolwiek i mówi babom, że może trzymajmy się faktów i jednak wróćcie tam gdzie była woda i jakiekolwiek żarełko. Po kiego jechać w słoną pustynię, gdzie po prostu umrzecie z gorąca? A najbardziej to bolą go jego własne demony przeszłości, czyli istnienia, które mógł ocalić, ale mu się nie udało. Max w głębi duszy jest wciąż policjantem, w tym drugim, pozytywnym tego słowa znaczeniu (bronić i służyć).

Jeśli chodzi o grupę pościgową, to najbardziej sensowną osobą okazuje się wyjątkowo odpychający gruby księgowy z podagrą jak stąd do Radomia albo i do Kielc. Podlicza, ile paliwa, ludzi i sprzętu kosztuje wszystkich ten pościg, więc i ile wynosi deficyt całej tej zabawy. Deficyt budżetowy, znamy to, prawda? Gdybym ja miał kiedyś odbudowywać cywilizację, to ten koleś z podagrą zostałby moim postapokaliptycznym ministrem finansów. No ale w filmie mamy go nie lubić, realia są twarde. Czyli mózg wyłączamy i go nie lubimy.

Efekty specjalne są wyrąbiste i to nawet niekoniecznie chodzi o te cyfrowe. Czemu więc w tym wszystkim zabrakło kasy na prawidłowe ukrycie śladu po brakującej ręce cesarzowej? Niemal każde ujęcie z kikutem wygląda jak robione w Paintbrushu. Po prostu widać to nieudolne łatanie tła.

No dobra, mamy piękną choć bezsensowną nawalankę, ale to jest jednak film z przesłaniem. Tak, jak Stanisław Bareja przechytrzył, i to nie raz, cenzurę komunistyczną, tak twórcy Mad Maxa 4 przechytrzyli cenzurę politycznie poprawną. Znaczy, nie wiem na pewno i tej niewiedzy będę się trzymał, ale to się składa w logiczną całość. Miał być manifest feministyczny, ale…

Oto mamy Cytadelę – brutalne, okrutne, niewolnicze, feudalne… (i dalej długa lista złych przymiotników) patriarchalne księstewko, które poza tym wszystkim złym, zapewnia przeżycie kilku tysiącom ludzi. Ot, taka Polska tysiąc lat temu, tyle, że bez lasu. Są studnie głębinowe utrzymywane dzięki niezłej inżynierii, jest technologia, źródła paliw, jest prawo, są farmy warzywne etc. Standard życia jest raczej niski, rozwój kultury sprowadza się głównie do koncertów hardrockowych, a poza tym to ogólnie jest kijowo. Tym niemniej wciąż lepiej jest tam, niż kilometr dalej na bezkresnej pustyni. Współpraca ekonomiczna z okolicznymi księstewkami najwyraźniej działa, bo zamiast wojny trwa wymiana handlowa, a drogi są lepiej utrzymane niż polskie powiatowe.

I to są ci źli, warto przypomnieć. Za to ci dobrzy, a właściwie te dobre, to owe „matki”. Te same, które mimo braku wrogów doprowadziły do upadku ekonomicznego i ekologicznego „oazy”, co (w niedopowiedzeniu) skończyło się śmiercią wszystkich mieszkańców. I co one zamierzają? Otóż plan jest taki, że mają jechać do Cytadeli i uszczęśliwić jej mieszkańców poprzez obalenie obecnego układu i wprowadzenie tam swoich porządków.

Film zaczyna się (prawie) od sceny marnowania drogocennej wody, poprzez półminutowego pokazowe wylewanie jej z rur na wysokości stu metrów, żeby sobie prole w dole nałapały w miski. Czyli wiadomo, że 1/3 wyparuje nim doleci do ziemi a reszta wsiąknie w piach (klimat jak z Duny Herberta, tej książkowej). Chodziło o pokaz siły, rzecz jasna. Na sam koniec mamy scenę postrewolucyjną (czyli już rządzą „matki”), która zaczyna się od odkręcenia tych samych zaworów na full. Jest bosko, wody w bród, rewolucja się udała, źli zabici. Brakuje tylko przebitki na to, co się dzieje w Cytadeli godzinę później, kiedy zgromadzona w zbiornikach woda się skończy, a wszyscy spece od jej wydobywania nie żyją.

Jeśli powstanie piąty Mad Max, to będzie najnudniejszym filmem ever, bo przez półtorej godziny będziemy oglądać piasek przesypujący się przez szczyty wydm i ludzkie czaszki. Póki co cieszmy się wykreowanym dla nas widowiskiem.


Udostepnij
Glodne Slonce

11 Responses to “Mad Max 4”

  1. wisznu Says:

    W sumie pod względem logiki podzialu na dobrych i złych to film mi przypomina “Snowpiercera” :)

    Co do kwestii grupy krwi to na początku filmu tatuowali Maksowi na plecach, że ma grupę zero. Oczywiście pozostają dodatkowe czynniki, jak Rh, chociażby - nie dopatrzyłem czy tam coś więcej było:)

    A własnie - jeśli idzie o samą krew, to film cierpi na przypadłośc współczesnej amerykanskiej kinematografii: zero krwi płynącej luzem. Jedyna krew jaką widzielismy, to była ta w przewodzie podłączonym do Maksa. A nawet podczas sceny cesarki wszystko było czyściutkie, nawet pępowina.

    oczywiście kompletnym idiotyzmem był też udział zespołu rockowego w pościgu.

    Ale pomimo tych wszystkich uwag, oglądało się przyjemnie :)

  2. vegecannibalus Says:

    Film ocieka zajebistością, za to sensu w nim niewiele. Ostatnie dwadzieścia minut pościgu to już było za wiele. Jak zobaczyłem te wiedźmy na motorach, to zacząłem kibicować pościgowi trepów, żeby je szybciej usunęli z mojego ekranu. Spieprzyły własną kolonię i nie mają co zrobić ze sobą, więc jadą spieprzyć następną. Ten film to widowisko i na *uj drążyć psychologię postaci. Postacie są płaskie jak kartka papieru scenariusza. Nastawiałem się na film widowiskowy i mądry, dostałem tylko widowiskowy.

  3. Felixiara Says:

    Apr filmów - twórcy “Minionków” wpadli na ten sam pomysł co pan w FNiN:ŚZ2 a mianowicie nocowanie trójki głównych bohaterów w zamkniętej galerii handlowej. :)

  4. Domkob Says:

    Napisze Pan coś o FNiN 14?

  5. Bratzacieszyciela Says:

    W kwestii formalnej:
    ‘ Jednak, po pierwsze, dobry film powinien być dobrym filmem nawet jeśli patrzymy na niego z poza konwencji;’ - po polsku piszemy: ’spoza’.

  6. Rafal Kosik Says:

    Oj tam, oj tam. Szczegóły techniczne.

  7. Nika Says:

    Warto by jeszcze wspomnieć o jednej scenie. Zakopali się w błocie na mokradle= to ty popchaj cysterne a ja ją pociągnę to może damy rade= dali rade. Rozumiem, że film jest głównie kierowany do amerykańskiego społeczeństwa, które delikatnie mówiąc nie jest wymagające, ale mogli choć trochę pomyśleć o reszcie świata, która będzie to oglądać.

  8. Klaudia Says:

    Co do grupy krwi, na początku filmu było wspomniane coś o tym, że Hardy jest taki cenny, bo jest “dawcą uniwersalnym”. Poza tym, zupełnie nie mam zdania na temat tego filmu, ni to dobre, ni to złe.

  9. Rafal Kosik Says:

    OK, z grupą przegapiłem. Prawdopodobnie akurat wtedy sięgałem po kolejnego nachosa z sosem serowym.

  10. Maniana Says:

    Obejrzałam dopiero kilka dni temu i cóż… To jest niestety film z tezą, że faceci źli a babki dobre. I w sumie może byłaby to racja, taki trend w cywilizacji, ale nie w przypadku techniki. Nawet jeśli skończy technikum i politechnikę, to ma dwie lewe ręce do mechaniki. No nie, kurwa, nie! Nie znam jednej dziewczyny, która naprawdę znałaby się na technice. Gdybym pojechała do warsztatu samochodowego i tam byłaby dziewczyna, to bym natychmiast odjechała. Jeśli jakaś baba twierdzi, że się zna na technice, to kłamie. Po kiego chuja ten konflikt budować? Obie płcie są dobre w innych aspektach życia. Tego się trzymajmy.

  11. Rychu Says:

    Film przeciętny, nie umywa się do pierwszej i drugiej części. Sam Mad Max nijaki, końcówka przeciągnięta o pół godziny. Warto to obejrzeć tylko dla ładnych obrazków.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).