Lana Del Rey - Ultraviolence

UltraviolenceNie chcę pisać „nie kupujcie tego”, bo nawoływanie do bojkotu ponoć jest w Polsce nielegalne, jednak… bardzo się rozczarowałem. Nie idźcie prostą drogą zakupu po linii wokalistki. Genialna płyta Born to die nie ma nic wspólnego z tymi obrobionymi komputerowo pieniami nagranymi przy akompaniamencie narkoleptycznego gitarzysty wspieranego przez jednorękiego pianistę. Tu nie ma ani jednego dobrego utworu.

Płyta (studyjna) Ultraviolence przypomina odrzuty z poprzedniej płyty. Albo, co gorsza, Lana uznała, że jest już dojrzałą artystką i nie potrzebuje fachowców, bo sama potrafi sobie dobrać współpracowników i wyprodukować płytę. No więc najwyraźniej nie potrafi.

Zamiast dziewczyny gangstera z Born to Die mamy zblazowaną żonę emerytowanego gangstera. Wielka dama, której siłą kiedyś była buntowniczość, teraz ustatkowała się, założyła różowe kapcie, ale nadal próbuje opowiadać o życiu. Tylko o jakim życiu? Chyba o życiu w różowych kapciach, w których snuje się po marmurowych posadzkach wielkiej willi gangstera.

Nie każdy może być divą operową, nawet jeśli ma niezły głos i jeszcze lepszych speców od podbijania tego głosu. To taki dźwiękowy odpowiednik efektów specjalnych w kinie i niestety zasada pozostaje ta sama – jakby dobre nie były efekty, nie zrobią czegoś z niczego.

Zanim sięgnąłem po tę płytę, byłem pełen obaw, czy to nie są aby popłuczyny po Born to Die. Przeczytałem kilka recenzji, które jak najbardziej temu zaprzeczały i używały określeń w stylu „mroczna ballada”, „odrzucenie nadętego efekciarstwa”, „popis wokalny” czy „trudno się przyczepić do któregoś z utworów”. No i okazało się, że jednak miałem rację. Po odrzuceniu wszystkich ulepszaczy i polepszaczy wyszło coś zupełnie nieprzyswajalnego, bez charakteru i bez siły. Dostałem płytę nijaką, nudną, a przy tym pretensjonalną.

Zaraz, ale przecież znawcy uważają inaczej! Czy to znaczy, że jeśli mi się nie podoba, to się nie znam? Jasne, że się nie znam! Piszę z poziomu amatora, który zapłacił ponad cztery dychy za coś co miało być tylko nieco gorsze od Born to Die, a dostał album studyjny podrabianej Celine Dion.

Tym niemniej czekam na następną płytę z nadzieją na powrót Lany do formy, bo na razie to jest ultraviolence dla uszu.


Udostepnij
Glodne Slonce

One Response to “Lana Del Rey - Ultraviolence”

  1. Nora Says:

    To pan słucha Lany del Ray? Nie wiedziałam.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).