Kto jest twoim idolem i dlaczego Lenin?

Próby znacznego odchudzenia listy lektur szkolnych są podejmowane od dawna i niezmiennie pozostają nieudane. Przecież Eliza Orzeszkowa wielką pisarką była. No, nie możemy jej tego zrobić! Musimy ją czcić dalej, a wraz z nami musi ją czcić następne pokolenie Polaków. Tymczasem zamiast toczyć walki o poszczególne pozycje kanonu lektur szkolnych, lepiej się zastanowić, czy kanon w ogóle jest potrzebny.

Na pytanie czemu służy kanon lektur, odpowiedzi może być wiele: edukacja obywateli świadomych spuścizny kulturowej, wychowanie patriotyczne, utrzymanie wspólnego kodu kulturowego etc. Intencje szczytne, niestety efekt istnienia kanonu w obecnej postaci jest jeden – kolejne pokolenie uważa książki za nudne i nieprzystające do naszych czasów narzędzia tortur psychicznych. Uczniowie zresztą zwykle nie czytają tych książek, bo do wykazania się wiedzą na lekcji wystarczają im opracowania.

Jak Polak może nie znać historii własnego kraju? Jak może nie znać pocztu królów i książąt polskich? Jak może nie znać dat największych bitew? Jak może nie znać biografii wielkich poetów? I tak dalej, i tak dalej. A może należałoby zapytać: po co ma to wszystko wiedzieć?

W podstawówce miałem nauczycielkę chemii, która z wielkim uwielbieniem rozpoczynała każdą lekcję od przepytania losowego ucznia z tablicy Mendelejewa. Nie rozumiałem i nadal nie rozumiem, po co zapychać sobie pamięć liczbą atomową molibdenu czy gęstością irydu. Chyba tylko po to, by tę pamięć ćwiczyć – ale to można robić na wiele przyjemniejszych sposobów. Dorosły chemik, który naprawdę interesuje się chemią, nauczy się tych danych z przyjemnością i bez wysiłku podczas realizowania swojej pasji życiowej. Całej reszcie ludzkości wiedza ta jest doskonale zbędna.

Jakiś czas temu przeczytałem wypowiedź przedstawiciela Ministerstwa Edukacji Narodowej, który wyrażał zadowolenie z faktu, że zmniejszyły się dysproporcje między poziomem nauczania w najlepszych i najgorszych szkołach. Nie powiedział tylko, w którą stronę nastąpiło wyrównanie. Patrząc na światowe rankingi szkół wyższych i miejsca zajmowane tam przez nasze uczelnie, można przypuszczać, że równanie niezmiennie odbywa się w dół.

Uczniowie szczególnie zdolni w polskich szkołach sprawiają wiele kłopotu. Zadają niewygodne pytania, podważają autorytety, proponują własne rozwiązania zadań. Szkoła stara się ich ustandaryzować, choć może lepiej byłoby powiedzieć – stłamsić, pozbawić ciekawości świata i umiejętności elastycznego myślenia. Promujemy średniactwo, bo ono jest bardziej przewidywalne i łatwiejsze w obsłudze. W końcu chodzi tylko o to, żeby przepchnąć całe stado do następnej klasy i pozbyć się problemu.

Gdy mój syn chodził do szkoły podstawowej, zauważyłem, że musi rozwiązywać ogromne ilości testów. W szóstej klasie właściwie większość sprawdzianów polegała na przeczytaniu pytania i zakreśleniu właściwej odpowiedzi. Gdy pytałem nauczycieli, czemu tak jest, otrzymywałem odpowiedź, że to przygotowanie do testu kompetencji (egzamin kończący podstawówkę) i systemu nauki w gimnazjum. Nie wystarczy zatem, że nasze dzieci rozwiążą zadanie z matematyki, one muszą je rozwiązać jedynym słusznym sposobem. Zakuwają daty, zamiast uczyć się historii jako procesu przemian. Nie starcza czasu na omówienie wielkiej rewolucji przemysłowej, bo trzeba wtłoczyć do głów gdzie, kiedy i w której bitwie, którego powstania narodowowyzwoleńczego dostaliśmy kolejne baty. Brakuje wyjaśnienia mechanizmów tworzących historię, bo trzeba wkuwać nazwiska. A skoro nie uczymy się mechanizmów, to będziemy tę historię powtarzać. Nie w szkole, w życiu.

Celem wprowadzenia testów jest ułatwienie i ujednolicenie procesu oceniania wiedzy, bo można to robić nawet maszynowo. Niestety, ten sposób oceny wymusił u uczniów dostosowanie „ewolucyjne” w postaci zmiany sposobu nauki. Podstawową umiejętnością stała się umiejętność rozwiązywania testów. To ona decyduje o tym, czy szóstoklasista zda do dobrego gimnazjum, gimnazjalista dostanie się do renomowanego liceum, a licealista na wymarzony kierunek studiów. Tymczasem tym, co się liczy obecnie w realnym życiu poza szkolnym matrixem, jest kreatywność i elastyczność. To chyba jasne, że trudno o skuteczniejszy mechanizm tłamszenia tych cech niż zmuszanie ucznia do wybierania między gotowymi odpowiedziami. Niepokojąco przypomina to kawał o temacie wypracowania „Kto jest twoim idolem i dlaczego Lenin?”.

Dziś w szybko zmieniającym się świecie elastyczność i innowacyjność wygrywa z doświadczeniem. Pamięć pełna encyklopedycznych danych jest archaizmem w czasach swobodnego dostępu do wiedzy. Ważniejsza jest umiejętność wyszukiwania informacji, ich rozumienia, przetwarzania i weryfikacji. Wystarczy mieć wiedzę ogólną, czyli np. kojarzyć, że istnieje coś takiego jak poczet królów i książąt polskich albo tablica Mendelejewa, bo wiedza szczegółowa jest przecież dostępna od ręki z każdego miejsca świata, gdzie da się połączyć z internetem. Trzeba tylko umieć mądrze szukać, a tego akurat szkoła nie uczy.

Cóż zrobić z taką szkołą? Zamiast tępić ściąganie, szkoła powinna raczej uczyć pracy w zespole. Od czterdziestopięciominutowych lekcji i dzwonków jak w więzieniu, lepiej sprawdziłaby się praca w systemie projektowym, gdzie konieczne jest opanowanie i zastosowanie wiedzy z różnych przedmiotów, oraz samodzielne zaplanowanie czasu. Od narzuconych z góry tematów czy lektur lepsze będą te wybrane przez samych uczniów. To tylko pierwsze z brzegu przykłady.

Polska szkoła metodami nauki, a często i tematami zajęć, przysposabia młodych ludzi do życia w świecie, jaki istniał mniej więcej w połowie XX wieku. Możemy albo uznać, że gruntowna zmiana tego systemu to czyste science fiction i dalej tkwić w skansenie, albo zdecydować się na zmiany podstaw naszego myślenia o edukacji i zakończyć niechlubną tradycję narodu wiecznego importera idei.


Udostepnij
Glodne Slonce

47 Responses to “Kto jest twoim idolem i dlaczego Lenin?”

  1. Dziobal Says:

    Kilka uwag świeżo upieczonego maturzysty:

    Zgodzę się, że uczeń w jakiejś dziedzinie zdolny zazwyczaj nie ma możliwości rozwijania się w szkole. Nie ma żadnej pomocy od nauczyciela. Ale żeby był tłamszony? To już gruba przesada.

    Wiedza (informacja) też się przydaje - jej posiadanie pomaga w kojarzeniu faktów i daje dostęp do wiedzy wyższej.
    Ale wiadomo - już nawet Feynman naśmiewał się z biologów, którym dorównał wiedzą w krótkim czasie, bo “nie uczył się szczegółów, które można sprawdzić w pięć minut”. Jak na przykład nazwy mięśni kota, dostępne w atlasie anatomicznym.

    A Twój pomysł na system edukacji? Wybacz, ale to by się sprawdziło w wypadku osób wybitnie zdolnych lub świadomych tego, co powinny robić. Pierwszych jest mało, drugich - w wieku młodzieńczym - jeszcze mniej.

    P.S. A jak sytem edukacji wygląda gdzie indziej? USA nie są importerem idei, ale szkoły średnie funkcjonują u nich mniej więcej podobnie chyba.

  2. Arvena Says:

    “Zamiast tępić ściąganie, szkoła powinna raczej uczyć pracy w zespole.” God damn true. Jest jeden szkopuł: żeby móc jako nauczyciel prowadzić zajęcia i nadzorować system projektów dla wielu grup (a pamiętajmy, że przeciętnie jeden nauczyciel naucza w tym samym roku szkolnym co najmniej 10 klas, jeżeli nie więcej) wymaga nie tylko umiejętności z danej dziedziny, lecz również ogromnych umiejętności pedagogicznych.

    1. Organizacja (jeżeli w klasie jest średnio 25 osób, i jeżeli podzielimy je na pięcioosobowe grupy projektowe, to nauczyciel prowadzący 10 klas będzie miał na głowie 50 grup! grupy większe być nie mogą, by żaden uczeń nie mógł “zwalić roboty na innych”)

    2. Indywidualne podejście do każdej z grup (inny temat, inny projekt, inni ludzie, inny poziom pracy, który będzie z czasem rozłaził się coraz bardziej…)
    3. Indywidualne podejście do każdego ucznia (odpowiednie skompletowanie grupy wymaga znajomości każdego pupila z osobna, a zły dobór dzieciaków w grupach oznacza słabszą pracę, a co za tym idzie gorszy rozwój uczniów. Oczywiście można by powiedzieć “hej, dobierzcie się w grupy”, ale każdy choć trochę rozgarnięty wychowawca przyzna, że działa to co najwyżej w połowie przypadków, szczególnie u dzieci młodszych)

    4. CZAS, CZAS, CZAS. 45 minut lekcji to nie jedyna praca nauczyciela. Jest ocenianie, przygotowywanie się do lekcji, rady pedagogiczne, wychowawstwo, sprawdzanie prac, układanie prac… Dodajmy korepetycje, nauczanie w dwóch lub nawet trzech szkołach naraz (jeden etat nauczyciela to zdecydowanie za mały zarobek dla kogokolwiek). Jeżeli w to wszystko wrzucimy nagle pracę indywidualną z małymi grupami, organizację im czasu (bo przecież nie powiemy “hej, widzimy się za miesiąc z gotowym projektem”) i skomplikowane ocenianie każdego projektu (bo musi być przecież sprawiedliwe), to będziemy musieli stworzyć nauczyciela zombie.

    Punkt czwarty pisałam trochę na czuja (nie jestem nauczycielem), ale aspekty pedagogiczne nieco w moim życiu musnęłam (instruktor harcerski). Podsumowując: potrzebujemy oczywiście reform systemu, ale przede wszystkim potrzebujemy zmian w kształceniu, zatrudnianiu i sposobie pracy nauczycieli. Jeżeli chemik aby uczyć w szkole potrzebuje jedynie pedagogicznej nakładki na studiach, ewentualnie kursu, to nie możemy sobie wyobrażać, że będzie genialnym pedagogiem, który sprosta opisanemu przez Pana zadaniu. Oczywiście są wyjątki, ale na te wyjątki nigdy nie narzekamy, przeciwnie: kochamy, szanujemy, wynosimy z ich lekcji wiele. Ale takich nauczycieli jest mało i powoli staje się coraz mniej, bo ambitnych, kreatywnych i zdolnych ludzi z powodzeniem odstrasza niska płaca i biurokratyczna harówa. Zapomnijmy więc na chwilę o kanonie lektur, o datach historycznych, o testach. To się nie zmieni nigdy, jeśli nie będzie nauczycieli umiejących pracować z dzieciakami tak, aby nauczyć ich do życia, nie do matury.

  3. Galahad Says:

    Niestety - sama prawda. Zgodzę się także z tym tłamszeniem. Co gorsza, szukanie pewnej swobody własnego rozwoju w szkołach renomowanych przynosi często skutki (wiem z doświadczenia własnego i znajomych) odwrotne do zamierzonych choćby dlatego, że takie placówki walczą o utrzymanie pozycji w rankingach, a do tego potrzebne są zwycięstwa w olimpiadach przedmiotowych. Ergo - więcej testów na wiedzę bezużyteczną, więcej jałowej pracy, a laury trafiają się głównie szkole. Posiadanie jakiegokolwiek hobby wymagającego poświęcenia większej ilości czasu jest niezwykle ciężkie do zrealizowania, jeśli postawi się na edukację szkolną. Niestety mnóstwo nauczycieli i w ogóle członków aparatu wtłaczania wiedzy nawet jeśli potrafi nauczać, to nie ma odpowiednich umiejętności pedagogicznych. Nauczyciele z powołaniem trafiają się po prostu rzadko, pewnie dlatego, że bardziej opłaca się pracować na uniwersytecie, albo w szeroko pojętym przemyśle. Chyba najbardziej reprezentatywnym przykładem owego tłamszenia kreatywności jest iście ferdydurkowska analiza lektur na języku polskim. Juliusz Słowacki wielkim poetą był, dlatego go kochać i ubóstwiać należy. Kto myśli inaczej (i woli na przykład twórczość współczesnego, niszowego poety) wychodzi odpowiedziami poza klucz, w który to należy go z powrotem wtłoczyć. Mimo tych wszystkich wad systemu nauczania rozwiązania tak drastycznie odmienne od stosowanych obecnie jak te zaproponowane w artykule pozostaną chyba utopią.

    @Dziobal
    W zachodnich szkołach, m. in. w USA, edukacja wygląda chyba trochę inaczej. Wiem, że w UK uczeń kończy liceum w wieku 16 lat i kontynuuje naukę w college’u, który kończy zdając egzaminy tylko z trzech przedmiotów, w których się specjalizuje i które sam wybierze. Ogólnie rzecz biorąc, edukacja jest bardziej zindywidualizowana. W USA też na pewnym etapie istnieje możliwość modyfikacji zestawu przedmiotów, na które uczęszcza uczeń. W Polsce dopiero od przyszłego roku szkolnego profilowanie klas w szkołach średnich stanie się trochę bardziej elastyczne. Na zachodzie, z tego co słyszałem, jest też trochę inne podejście, uczniowie częściej realizują różne projekty przedmiotowe itp.

  4. Rafal Kosik Says:

    Optymalne klasy do ogarnięcia przez jednego nauczyciela to max. 15 osób. Powszechny model lekcji wygląda mniej więcej tak, że nauczyciel mówi a uczniowie słuchają. Potem następuje sprawdzenie, jak im się ta wiedza osadziła. To uczy bierności. IMHO lepiej wtłoczyć tej wiedzy mniej, ale nauczyć samego uczenia się. To można osiągnąć np. właśnie ćwiczeniami w małych grupach. Nie jestem pedagogiem, więc nie podam gotowego rozwiązania, jak to można zorganizować. Na pewno nawet najlepszy nauczyciel nie zdoła tego zorganizować w obecnych założeniach programowych. Sprawa pensji to… osobna sprawa.

    Kolejny problem tkwi w naszej mentalności i można by go określić silnym dążeniem do sprawiedliwości, tudzież zapewnieniu wszystkim równych szans. Równe szanse oznaczają podcinanie skrzydeł tym, co się wybijają. No nie da się zrównać szans dobrego matematyka z dobrym plastykiem. Zamiast podciągać ich na 5 z przedmiotu, z którego i tak nie będą nigdy dobrzy, lepiej byłoby rozwijać to, w czym wybijają się ponad przeciętną. Już o tym kiedyś pisałem - jeśli dziecko ma antytalent do fizyki, a jednocześnie przejawia wybitny talent do muzyki, to polscy rodzice zapewne poślą go na korepetycje z fizyki. Przyczyną jest nadrzędny parametr określający jakość ucznia - średnia ocen.

    Anglosaski system edukacji od pewnego wieku poszukuje talentów. W Polsce można mieć szczęście i trafić na dobrego nauczyciela, szczególnie w szkole niepublicznej, który to nauczyciel pokieruje zdolnym uczniem. Ale to nie jest rozwiązanie systemowe.

  5. Isaa Says:

    “Uczniowie szczególnie zdolni w polskich szkołach sprawiają wiele kłopotu. Zadają niewygodne pytania, podważają autorytety, proponują własne rozwiązania zadań.”
    Uczeń szczególnie zdolny nie zada takich pytań nauczycielowi, który nie będzie próbował wejść z nim w dyskusje. Zada je nauczycielowi, który nie boi się rozmowy “nieszablonowej”. Na innych lekcjach nie będzie się po prostu odzywał, bo po pierwszej próbie zobaczy, że nie ma to sensu, więc nie będzie po prostu tracił czasu swojego i lekcyjnego na dyskusję, która donikąd nie prowadzi.
    No, i nie wyobrażam sobie, że uczeń, który rozwiązał zadanie poprawnie, pokazując swój tok rozumowania, nie dostał za nie punktów, bo “jest ono inne niż nauczyciel chciał”. Może chodziłam do “niewłaściwych” szkół, w których indywidualizm nie był, jak to Pan ujął “tłamszony”.
    Jeszcze jeden przykład z życia odnośnie zdolnych uczniów: biolożka mojej kuzynki zapytała ją (wiedząc, ze jeśli się pouczy, to będzie miała laureata), czy ma zamiar przykładać się do olimpiady z biologii. Kiedy kuzynka powiedziała jej, że nie, nauczycielka stwierdziła, że nie ma w ogóle sensu robić kółka, które przygotowałoby innych uczniów do tej olimpiady. Więc jest to właściwie przykład odwrotny - nauczycielom się nie chce pracować z tymi mniej uzdolnionymi, bo czują, że to strata czasu.

    “Od czterdziestopięciominutowych lekcji i dzwonków jak w więzieniu”
    Faktem jest, że lekcja, która trwa 45 minut jest bezsensowna. I mówię to po wyjeździe na obóz naukowy, gdzie uczyliśmy się tylko 3 przedmiotów, a lekcja trwała dotąd, dopóki nauczycielka nie stwierdziła, że jesteśmy już tak wykończeni, że nic nie skorzystamy, więc lepiej skończyć. Nie czuła presji czasu, więc mogła trochę z nami pożartować, luźno porozmawiać, wyjaśnić dokładniej.

    “praca w systemie projektowym, gdzie konieczne jest opanowanie i zastosowanie wiedzy z różnych przedmiotów, oraz samodzielne zaplanowanie czasu.”
    Nie wiem, jak to wygląda dokładnie w nowej podstawie, bo na szczęście mnie to ominęło, ale są tam przecież różne projekty. Ale, jak mówię, nie do końca wiem, jak to funkcjonuje w praktyce.

    “Całej reszcie ludzkości wiedza ta jest doskonale zbędna.”
    No to podzielili nauczanie w liceum na humanistyczne i ścisłe i wszyscy płaczą, że uczniowie nie będą znali historii.

  6. Wojciech Chmielarz Says:

    Generalnie notka słuszna, ale:

    @ Już o tym kiedyś pisałem - jeśli dziecko ma antytalent do fizyki, a jednocześnie przejawia wybitny talent do muzyki, to polscy rodzice zapewne poślą go na korepetycje z fizyki.
    I dobrze! Przecież dziecku w procesie edukacji się jakieś 10 razy zmieni, zanim zdecyduje kim chce zostać w dorosłym życiu! Dlatego, chociaż trzeba dbać o rozwijanie pasji, nie można zaniedbywać innych przedmiotów.

  7. Rafal Kosik Says:

    Z zasadami oceniania to akurat jestem na bieżąco, więc wiem, że sposób rozwiązania zadania jest oceniany na równi (no, prawie) z otrzymaniem poprawnego wyniku. Ma to sens, jeśli zadanie polega na ćwiczeniu tego konkretnego sposobu, ale nie ma sensu na testach końcowych w gimnazjum, które mają wykazać ogólny poziom wiedzy. I nie wynika to ze złej woli nauczycieli, tylko z narzuconych zasad oceniania.

    To, że zdolny uczeń szybko przestanie się wychylać, to też prawda. Efekt będzie identyczny.

    Decyzje co do przyszłego kierunku nauki mogą się zmienić wiele razy, zgoda, ale dochodzi do takich sytuacji (powtarzam, jestem na bieżąco), w których nie ma czasu na zajęcia dodatkowe zgodne z zainteresowaniami, bo trzeba zakuwać np. wzory z chemii. I byłoby to jeszcze zrozumiałe w podstawówce; w gimnazjum już nie.

  8. Wojciech Chmielarz Says:

    @ Z zasadami oceniania to akurat jestem na bieżąco, więc wiem, że sposób rozwiązania zadania jest oceniany na równi (no, prawie) z otrzymaniem poprawnego wyniku

    No więc dla mojej matematyczki (świetnej zresztą) końcowy wynik był najmniej istotny, a najbardziej istotne był sposób rozwiązania zadania. Powód prosty - jeśli poprawnie rozwiązałeś zadanie, ale wyszedł zły wynik - pomyliłeś się. Cóż, zdarza się, ale wiesz, jak rozwiązać dany problem. Jeśli wyszedł dobry wynik, ale sposób rozwiązania był zły - to znaczy, że miałeś farta, ale nie masz pojęcia, co robisz i dlaczego.

  9. Rafal Kosik Says:

    Nie no, to byłby kosmiczny fart. Tu chodzi o to, że większość zadań daje się rozwiązać na kilka sposobów, a w danym semestrze przerabiamy ten jeden i tym jednym mamy rozwiązywać. Jeśli któryś z uczniów przypadkiem liznął materiał z klasy wyższej, to odpadnie na testach, które tego nie przewidują.

  10. wisznu Says:

    U mnie w klasie był kumpel, który potrafił naprawdę skomplikowane zadanie rozwiązać w pamięci. I na którejś klasówce kiedy po prostu podał wynik - dostał po prostu 3. Po tym nauczyciel mu wyjaśnił: “ja wiem, że ty jesteś wybitnie zdolny. Ale jak nie pokażesz na maturze, czy egzaminie na studiach drogi do rozwiązania, to dla każdego innego będzie znaczyło, że ściągałeś”.

    Także czasem takie tłamszenie ma konkretny cel - przystosowanie do radzenia sobie w społeczeństwie tępaków :)

    Poza tym w podstawówce byłem naprawdę świetny z chemii, brałem nawet udział w olimipadzie, myślałem o technikum chemicznym. I dobrze, że nie poszedłem, bo jak się okazało - doszedłem do pewnego etapu, i dalej nie potrafiłem przeskoczyć. dalej po prostu ściana - owszem, potrafiłem rzeczy wykuć, żeby zaliczc klasówkę, ale kompletnie omijało mnie zrozumienie istoty rzeczy, które na wcześniejszym etapie rozumiałem i zapamiętywałem w lot.

    Kolejna rzecz - kiedyś interesowałem się tym jak zwiększyć efektywność nauki. Otóż - pomijając kwestie ilości i częstotliwości powtórek, okazało się, że krzywa przyswajania informacji podczas lekcji drastycznie spada ciągu kilkunastu minut od rozpoczęcia zajęć i rośnie blisko końca (tak jakby ktoś stwierdzał “daj z siebie jeszcze trochę wysiłku, juz prawie koniec” :) ) Tak więc przedłużanie lekcji bez robienia przerw oznacza spadek efektywności -więecj czasu się spędza w trybie niskiej przyswajalności. Dlatego też mnie dziwi prowadzenie wykładów na studiach - bywa, że są na raz 3-4 godziny lekcyjne. to jest marnowanie czasu studentów i wykładowcy.
    Bo właśnie 45 minut jest ilościa bliską optymalnej długości.

  11. Fan anonim Says:

    Faktycznie, są takie przypadki ( nawet u mnie w klasie), że jeśli uczeń poprawnie rozwiąże zadanie w pamięci, to nauczyciel mówi mu właśnie. Wiem że to potrafisz, ale ktoś kto będzie sprawdzał twój egzamin, uzna że mogłeś ściągać. No i czasem ilość zajęć w szkole, naprawdę utrudnia rozwijanie talentu. Często jednak szkoła pomaga wybitnym uczniom, przygotowując do konkursu, lub dając możliwość uczęszczania, na kółko przedmiotowe.

  12. Dziobal Says:

    Winszu, to nie jest dokładnie tak. Też zawsze mnie irytowało, że na fizyce obcinają mi punkty za skrótowe rozwiązania.

    I prawda - na maturze niezbędne jest klarowne opisywanie swojego sposobu myślenia. Ale teraz już rozumiem, że to jest konieczne wszędzie, gdzie nasze wyniki mają być prezentowane gdziekolwiek indziej - nawet profesorowi ciężko będzie się domyślić, którędy poszło Twoje rozumowanie, jeśli go nie zapiszesz.

    @Rafał: na maturze punktowany jest tylko wynik. Albo inaczej - jeżeli wynik jest dobry, ale metoda nie-z-klucza to dostajesz maxa. Jeśli nie ma wyniku i nie ma metody z klucza - 0. IMO nie da się tego inaczej rozwiązać, skoro wynik egzaminu ma być obiektywny, a nie zależny od oceniającego.

  13. Rafal Kosik Says:

    Argument, że na testach coś trzeba robić tak a nie inaczej, bo tego wymagają na maturze, nie ma sensu - matura to też test. Ma za to sens argument, że jak się nie nauczysz poprawnej metody rozwiązywania zadań, to kiedyś trafisz na tak skomplikowane, że swoim sposobem (lub w pamięci) nie dasz rady. Ale nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, że teraz zadania muszą być rozwiązane w ten a nie inny sposób, żeby ułatwić masowy system oceniania zapewniający tę nieszczęsną sprawiedliwość i obiektywność. Jeśli wybitnie zdolny uczeń robi coś nieszablonowo (ale nadal poprawnie), to wypada poza kryteria i jego rozwiązanie jest traktowane jako błędne.

    Lekcje 45 minutowe to optimum dla obecnego systemu, czyli powolnego, mechanicznego uploadu wiedzy do mózgów uczniów. I takie lekcje też są pewnie potrzebne, ale nie wyłącznie. Brakuje ćwiczeń, które nie mają określonych ram czasowych, tylko polegają na… wykonaniu zadania. Jak ktoś skończy wcześniej, to ma wolne, jak się grzebie, to będzie kończył w domu.

  14. Ponury Żniwiarz Says:

    “Tu chodzi o to, że większość zadań daje się rozwiązać na kilka sposobów, a w danym semestrze przerabiamy ten jeden i tym jednym mamy rozwiązywać. Jeśli któryś z uczniów przypadkiem liznął materiał z klasy wyższej, to odpadnie na testach, które tego nie przewidują.”

    Panie Rafale, coś takiego nie ma miejsca. Nie wiem, do jakiej szkoły chodzi Pana syn, ale jeśli u niego tak jest, to może to wynikać co najwyżej z ograniczenia nauczyciela. Wszyscy wiedzą, że dane zadanie można na różne sposoby rozwiązywać i te różne sposoby są brane pod uwagę w kluczu. Miałem matematykę na poziomie podstawowym w liceum i nie przypominam sobie, żeby do danego rodzaju zadań było tylko jeden możliwy sposób rozwiązania. Coś takiego się nie dzieje.

  15. Fileas Says:

    Powiem więcej, w każdym kluczu maturalnym jest jeszcze zdanie - “za inny sposób rozwiązania zadania, prowadzący do prawidłowego wyniku: maksymalna liczba punktów”.

  16. Rafal Kosik Says:

    Matury jeszcze nie przerabiałem, tylko testy gimnazjalne ;) Teraz nie znajdę konkretnego przykładu, ale będzie to coś w rodzaju rozwiązania układu równań na matematyce z użyciem metody przerabianej na fizyce, albo pominięcia któregoś z etapów rozwiązywania jako oczywistego.

    Analogicznie sam niemal oblałem test wewnętrzny na prawo jazdy, bo zamiast wykonać ruszanie pod górę z użyciem hamulca ręcznego, zrobiłem to samym sprzęgłem, a tego nas nie uczyli.

  17. Andrzej Says:

    Pan dawno chyba nie był w polskiej szkole, jeśli tak Pan mówi o historii. Z prostej przyczyny. Historia w polskim szkolnictwie jest idiotycznie skonstruowana, a przynajmniej była tak, za moich czasów. Mianowicie, nauczanie było cykliczne, tj. co trzy lata powtarzano materiał od nowa, czyli w podstawówce od starożytności do czasów najnowszych, w gimnazjum od nowa to samo i w liceum znowu to samo. I zazwyczaj było tak, że uczeń wychodził ze szkoły z głową nabitą informacjami o starożytności, względnie o czasach nowożytnych, tymczasem nie miał pojęcia, czym była II Wojna Światowa, a co dopiero mówić o Zimnej Wojnie, wojnie w Korei, Wietnamie, ‘’Żelaznej Kurtynie'’, o Czechosłowacji, Węgrzech, o tzw. ‘’Okrągłym stole'’ i stanie wojennym.
    Historii w liceum są dwie godziny tygodniowo. Mniej niż WF, tyle samo, co religii. Ostatnie tematy, w tym Zimną Wojnę, przerabialiśmy w moim liceum już po wystawieniu ocen, na dwóch ostatnich lekcjach, poświęcając na jedno wydarzenie po dwa zdania. W gimnazjum edukację zakończyłem na lekcji prowadzonej przez samego siebie o postanowieniach konferencji w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Lekcje historii powinny odbywać się przede wszystkim częściej, bo po trzy-cztery razy w tygodniu, poświęcone głównie XX wiekowi (wiem, że to brzmi egoistycznie, bo zajmuję się tym okresem, ale niestety, głównie XX wiek ma duże znaczenie dla Polaków, by mogli zrozumieć, dlaczego na świecie jest tak, a nie inaczej, a nie starożytność, czy średniowiecze, mielone z uporem), oraz odbywać się na zasadzie dyskusji, nie tylko z suchym wkuwaniem dat, które uczniowi nic nie powiedzą i go zniechęcą do historii.
    Inna sprawa, że Pańskie podejście do powstań, w których ‘’dostaliśmy baty'’, jest też wysoce niesprawiedliwe, z prostej przyczyny, że wielka rewolucja przemysłowa, to zachodnia Europa, czyli tereny, które dla Polski nie są specjalnie istotne. A te powstania, które tak namiętnie Pan krytykuje, mają być fundamentem, który pozwoli zrozumieć, dlaczego dziś jesteśmy Polakami. I tak, te powstania, od Insurekcji Kościuszkowskiej, gdzie sławni kosynierzy pod wodzą Bartosza Głowackiego pokonali Moskali pod Racławicami, poprzez Powstanie Listopadowe, gdzie dzielni chłopcy generała Chłopickiego pod Olszynką Grochowską bili Rosjan, poprzez Powstanie Styczniowe, aż do Powstań Śląskich, gdzie Ślązacy bronili przez Freikorpsami polskości Śląska, aż do Powstania Wielkopolskiego, gdzie Trzech Józefów obroniło polski Poznań przed pruskim zaborcą, aż do Orląt Lwowskich, które bez przymusu broniło polskiego Lwowa, wpisując się trwale w jego dewizę - Semper Fidelis - Zawsze Wierny, aż do wspaniałej epopei Powstania Warszawskiego, gdzie najwięksi bohaterowie stanęli na barykadach, na przekór swastyce i czerwonej gwieździe, wbrew woli sojuszników, wiernie wypełniając dewizę Pańskiego miasta - Semper Invicta - Zawsze Niezwyciężona. O tych powstaniach, o tych bohaterach, młodym Polakom powinno się wtłukiwać młotkami wiedzę do głów.

  18. Arawis Says:

    Mój brat jest wybitnym uczniem z biologii i nie zauważam, żeby był tłamszony; przeciwnie- jest gloryfikowany w szkole, tak jak jego kumpel specjalizujący się w wiedzy historycznej. Ja w swoim czasie także nie zauważyłam niczego podobnego. Kto był wybitny- tego wysyłano na zajęcia dodatkowe, kółka, wykłady na uniwersytecie z programu dla zdolnych uczniów i na obozy naukowe. Zarówno w gimnazjum, jak i w liceum, więc nie wiem skąd te pojęcie o tłamszeniu i niemożności rozwijania zainteresowań. Owszem, jest sporo nauki z innych przedmiotów, ale je wystarczy zaliczyć na poziomie dobrym, jak nie dostatecznym. Da się to zrobić, naprawdę. I uważam, że ogólne pojęcie o otaczającym świecie jest potrzebne w procesie kształcenia młodego człowieka. Nie mówię o super szczegółowych sprawach, jak kucie na pamięć układu pierwiastków. Ale już własna historia musi być znana, przynajmniej te najważniejsze rzeczy. A teraz, po tych reformach, tylko na takie najważniejsze sprawy historyczne jest w szkole czas. Tak samo te nieszczęsne lektury- zawsze narzekałam, że muszę czytać nudne to czy tamto, podczas gdy sama bym sobie wybrała lepiej. Fakt, wybrałabym to, co dla mnie najciekawsze w danym wieku, w jakim byłam. Ale nie wiem, czy coś bym z tych książek na dłuższą metę wyniosła. Dlatego sądzę, że kanon lektur trzeba zmodyfikować, nie mówię, że nie, ale nie pozbawiać go absolutnie wszystkich ‘klasyków’. Teraz, z perspektywy czasu (choć niewielkiej, ale jednak) widzę, że niektóre z lektur naprawdę wnoszą coś ważnego, ciekawego, zapadają w pamięci… Nie wszystkie mile wspominam, o nie, ale według mnie powinno się zostawić na każdy rok te 2-3 najważniejsze, a reszta lektur to mogą być już książki dowolne, załóżmy.
    To samo mam do powiedzenia o sposobach rozwiązywania zadań. Nie wiem, jakie są inne szkoły w Polsce, w każdym razie ja w swoim dotychczasowym życiu miałam 6 różnych matematyczek i żadna z nich nie obniżała punktacji za dojście do rozwiązania innym sposobem. Właściwie to było zazwyczaj tak, że jeśli większość rozwiązała tak, jak nas pani uczyła, a parę osób wybiło się z innym, prawidłowym sposobem, to byli po prostu proszeni o zaprezentowanie i wytłumaczenie go całej klasie. Ot co. A to, że jesteśmy od podstawówki po maturę uczeni testowego systemu rozwiązywania zadań, to mi się rzeczywiście nie podoba. Bo trzeba się koniecznie wbić w klucz, a proste to nie jest. Maturę (zależnie od przedmiotu, oczywiście- ja oceniam wg siebie, tzn. biol i chem) najlepiej napisze nie ten, kto ma pokaźną wiedzę, ale ten, któremu się poszczęściło i niekoniecznie wszystko wiedział, ale po prostu lejąc wodę trafił w klucz. Już nieraz się na tym złapałam, że pisałam konkretne dane, a chodziło o odpowiedź typu ‘bo w drugim przypadku serce kurczy się 4 razy szybciej niż w pierwszym’. Oducza się myślenia i hoduje społeczeństwo tumanów, niestety. W tym się z Panem zgodzę, że zaniżany jest i równany poziom ogółu uczniów, ale według mnie nie przez pojedyncze placówki szkolne, tylko przez odgórnie narzucone brednie chorego ministerstwa edukacji. To tyle

  19. szary Says:

    Podpisuję się obiema rękami pod tym tekstem. Też mam dzieci w wieku gimnazjalno - testowym i szlag mnie trafia jak uczy się ich rozwiązywania krzyżówek zamiast myślenia.
    Jedyna dobra rzecz w gimnazjum to właśnie był projekt/prezentacja w 2-giej klasie, do której córka przygotowywała się przez pół roku - pracując w grupie i właściwie kierując jej pracami.
    Mam w CV roczną pracę nauczyciela i przedawnione kursy pedagogiczne, więc dodatkowo poczuwam się do zabrania głosu w tej sprawie.
    Pozdrawiam.

  20. Isaa Says:

    “Historii w liceum są dwie godziny tygodniowo. ”
    U mnie w szkole jest w sumie 5 godzin (czyli 2,2,1), więc jeszcze mniej niż religii, której jest godzin 6.

    Odnośnie testów… Nie wiem, czy nie lepiej rozwiązać idiotycznie banalny, schematyczny test i dostać się na wymarzone studia, niż spędzić połowę czasu (np. w trakcie matury) nad jednym zadaniem, zastanawiając się, “co poeta miał na myśli”, układając niesprecyzowane zadanie (mówię tu głównie o maturze z chemii, na której były już takie zadania) i w jaki sposób wstrzelić się w jego sposób myślenia i w klucz… który niestety też zawiera błędy.

    “Maturę najlepiej napisze nie ten, kto ma pokaźną wiedzę, ale ten, któremu się poszczęściło i niekoniecznie wszystko wiedział, ale po prostu lejąc wodę trafił w klucz.”
    Maturę z chemii to akurat najlepiej napisze ten, który ma w głowie idealnie tyle, ile jest przewidziane w podstawie programowej. Bo wiedza ponad niestety szkodzi, a tak nie powinno być.

  21. JoannaM Says:

    Coś się rypsło i mój komentarz poszedł w kosmos, a ja go nie skopiowałam. :( Więc teraz zamiast elaboratu napiszę tylko tyle, że dla mnie kanon lektur jest zdecydowanie za wąski i właściwie mogłabym mieć polski 10 razy w tygodniu, bo o ile mogę się sama nauczyć matematyki z podręczników, to jednak potrzebuję osoby, która wskaże mi największe dzieła literatury i podpowie, jak można je odczytywać. Ale zdaję sobie sprawę, że to tylko ja jestem takim dziwadłem, a większość gimnazjalistów nie potrafi przeczytać krótkiego tekstu ze zrozumieniem. Ale czy oni powinni być przepychani do następnej klasy i otrzymać świadectwo dojrzałości z wynikiem 30%? Według mnie raczej nie. Niestety, teraz wmawia się ludziom, że bez magistra są niczym. A tak naprawdę nie każdy ma odpowiednie talenty do podjęcia studiów, część osób może byłaby szczęśliwsza i bardziej przydatna społeczeństwu jako kopacze rowów. Ale taki zawód to wstyd, chociaż zarobisz na nim więcej niż doktor socjologii.

  22. Rafal Kosik Says:

    W skrócie zasada jest prosta: szkoła powinna uczyć przede wszystkim umiejętności uczenia się, łączenia faktów, rozumienia procesów, a dopiero potem ładować wiedzę, którą tka przygotowany mózg może przetrawić. Na tej zasadzie przez kilka pierwszych lat lektury powinny być tak dobrane (najlepiej do wyboru przez ucznia z wielu), by uczyły nawyku czytania i czerpania z tego przyjemności. Dopiero długo potem mogą się pojawić lektury typu Dziady.

    Analogicznie jest z historią. Za mało lekcji historii? Biolog powie to samo o biologii, fizyk o fizyce, etc. I nawet nie ważne, czy te powstania przegrywaliśmy, czy przeciwnie, ważne żeby uczeń rozumiał kto z kim po co i dlaczego. Dat ani nazwisk nie musi pamiętać (no, może kilka). Co z tego, że każdy wie, że IWŚ wybuchła po zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda? Gdyby do zamachu nie doszło, wojna i tak by wybuchła, tydzień-dwa później. Brakuje wyjaśnienia politycznego podłoża wojny, czyli tego, co najważniejsze. Nauka historii przypomina więc copy paste z podręcznika do mózgu, a mózg skupia się utrzymaniu tych niezrozumiałych danych do najbliższego testu i pozbyciu się balastu.

    Za to lekcje WF to akurat powinny być codziennie i to prowadzone porządnie, a nie „macie piłkę i sobie pograjcie”.

  23. Ponury Żniwiarz Says:

    Panie Kosik, znowu muszę się nie zgodzić. Dobrze, że sam podał Pan problem układów równań. Właśnie z gimnazjum do tej pory znam trzy sposoby ich rozwiązywania, nie rozumiem więc, skąd u Pana wciąż takie historie.

    Naprawdę jestem zdziwiony tym wszystkim, co rzekomo Pan doświadcza, tudzież czego doświadcza Pański syn. Jeszcze świeżo pamiętam liceum. Mój brat właśnie skończył gimnazjum, a drugi kończy podstawówkę. Najmłodsza siostra we wrześniu zacznie drugą klasę. Jestem na bieżąco w programem nauczania ze wszystkich właściwie dziedzin, na każdym szczeblu edukacji. I nie mogę potwierdzić Pana słów ani z doświadczenia swojego, ani rodzeństwa.
    Ale bardzo współczuję temu, z czym się Pan zmaga. Brzmi naprawdę przykro.

  24. Rafal Kosik Says:

    To nie są (tylko) moje zmagania. To obraz szkolnictwa wynikający z rozmów z wieloma rodzicami dzieci z wielu szkół.

  25. Ponury Żniwiarz Says:

    Więc to nie obraz szkolnictwa, tylko tych szkół, bo jak widać, nie wszyscy się tu z Panem zgadzają. A i znalazłoby się ich więcej.
    W zasadzie to ja bym nie generalizował nawet tak, że sprowadzić to należy do szkoły. To raczej kwestia nieodpowiednich nauczycieli.

  26. Arawis Says:

    Zgodzę się z przedmówcą. To chyba kwestia tego, jaki nauczyciel się trafi i jakie ma podejście do sposobu nauczania, czy rozwiązywania zadań. Ja nie doświadczyłam podobnego problemu, mój młodszy brat również nie, a uczyli nas różni nauczyciele. Myślę więc, że jest to kwesia indywidualna pedagoga, wynika po prostu z jego osobistego pojęcia zasad uczenia

  27. Dziobal Says:

    Na fizyce zdarzało mi się często, że pochłonął mnie jakiś problem - doświadczalny, teoretyczny, jakikolwiek. Te problemy na lekcjach fizyki uczyliśmy się rozwiązywać. Ale też p. fizyk była jedynym nauczycielem, który tak podchodził do przedmiotu.

    Matematyka, biologia, chemia? Nie mogę się nie zgodzić z Rafałem - to tylko wciskanie wiedzy.

  28. Fan anonim Says:

    Mimo iż każdy nauczyciel musi zrealizować, tę samą podstawę programową, to od niego zależy jak top zrobi. Można to zrobić na odwal, na siłę upychając wiedzę, a można w sposób ciekawy, tak aby uczeń coś z tego zrozumiał. A co do historii, to u mnie w podstawówce więcej czasu mieliśmy, właśnie na omówienie xx wieku, a mniej na dawniejsze czasy.

  29. Dziobal Says:

    Ale sam ten program jest idiotyczny. Podręczniki są idiotyczne.

    Mój ulubiony cytat. Podręcznik od PO. Tekst (nie słowniczek, nie przypis, tekst):
    “Decyzja to celowy, nielosowy wybór jednego z co najmniej dwóch alternatywnych, rozpoznanych i dostępnych wariantów rozwiązań danego prgblemu decyzyjnego.”

    Nauczyciel nie powinien pomijać takich rzeczy. Powinien w ogóle nie mieć możliwości wciskania uczniom podobnych idiotyzmów.

  30. Mańka Says:

    Nieskromnie powiem, że jako uczennica zdolna, nie jestem tłamszona przez szkołę.
    Chodzę do liceum, gdzie przeważają olimpijczycy i nie możemy narzekać na brak pomocy. Nauczyciele prowadzący - w moim przypadku polonistka, anglistka, romanistka i hispanistka - wykazywały się oddaniem i pomocą w omawianiu zagadnień, nieraz siedziały ze mną dodatkowe godziny, miałyśmy regularny kontakt mailowy również podczas dni wolnych.
    Dzięki funkcjonującej w szkole “Karcie Olimpijczyka” mogłam zwolnić się z zajęć, na których nie miałam potrzeby być - np. religia, edb, wuef czy informatyka - by usiąść sobie spokojnie w barku, zjeść coś i pouczyć się. Nauczyciele pozostałych przedmiotów również rozumieli, że jestem zajęta czymś ważnym i mogłam bez problemu pisać sprawdziany czy kartkówki w innym, dogodnym dla mnie terminie.
    Istnieje też indywidualizacja - nauczyciele przedmiotów, które nie były główne, brali pod uwagę aktywność ucznia na innych polach i był on oceniany nieco przychylniej. Nauczyciel wiedział, że ewentualne braki były spowodowane przygotowywaniem się do zawodów, a nie “olewactwem”.
    W mojej szkole czasami niestety cierpią osoby, które na olimpiadę się nie wybierają. Uczą się tak samo, ale jednak olimpijczykom poświęca się więcej uwagi.

  31. Dziobal Says:

    “Chodzę do liceum, gdzie przeważają olimpijczycy” I wszystko jasne ;) Rafał pisze o 99% szkół, w których edukuje się 99% społeczeństwa.

  32. Ponury Żniwiarz Says:

    Dziobal, chyba nie zrozumiałeś. Wydaje mi się, że to jest szkoła jak każda, tylko jest w niej dużo olimpijczyków. Może być ich dużo w każdej zwykłej szkole.

  33. Arawis Says:

    Może temu jest tam wielu olimpijczyków, bo mają dogodne warunki do uczenia się ’swoich’ przedmiotów i dodatkowe ulgi ;)

  34. Mańka Says:

    Szkoła jak szkoła, która kiedyś była jedyną w mieście. Teraz oczywiście jest ich więcej, ale poziom nauki jest na tyle dobrym poziomie, że przychodzą uczniowie z innych powiatów. I nie są to tylko olimpijczycy, na 800 uczniów trudno by było jednak mówić o samych konkursowiczach. Są ludzie, którzy chcą się uczyć oraz są nauczyciele, którzy chcą uczyć i mają kogo. Opinie o szkole są podzielone, nie ma samych ochów i achów, ale stwierdzam jedno - każdy ma możliwość realizacji i tylko od niego samego zależy, czy z niej skorzysta.

  35. Rafal Kosik Says:

    Pozazdrościć szkoły.

  36. Vana Says:

    Zainteresowania, które nie są związane ze szkołą już tak bardzo doceniane nie są, mimo, że np jest to późniejszy kierunek studiów. W moim przypadku jeździectwo nie jest w ogóle doceniane w liceum, nawet na tzw wf. Pani poprosiła o zaświadczenie, że jeżdżę w klubie, zajmuje wysokie lokaty w zawodach i biorę udział w treningach 5 razy w tygodniu, po czym powiedziała, że to mi oceny i tak nie podnosi, ani do momentu pójścia na studia o danym kierunku się nie przyda.
    Ludzie biorący udział w konkursach matematycznych są doceniani w szkole, ok. Ale czy są wspierane osoby, która biorą udział w konkursach np wiedzy biologicznej poza szkołą? Nie. Bo to się nie przyda.

  37. Fan anonim Says:

    Po prostu szkoła to nie wszystko. Nie wszystkich przydatnych umiejętności można nauczyć się w szkole.

  38. WL Says:

    Nie można zwalać wszystkiego na szkołę, na systemy nauczania itp. Swoją drogą w systemie nauczania zostały wprowadzone duże zmiany, które właśnie mają na celu ukierunkować uczniów na analizowanie, wyciąganie wniosków, przetwarzanie informacji, a także skupić się na dziedzinach, którymi się interesujemy. Dzięki temu zmienił się typ zadań (na wskaż odpowiedź i jej uzasadnienie, wykaż przez analogię itd.). Przedmioty są realizowane w gimnazjum, a następnie cykl jest uzupełniany i zakańczany w pierwszej klasie liceum. Uczy się wtedy rzeczy najbardziej praktycznych, na przykład na chemii są działy chemia gleb, opakowań, lekarstw, czyli takie najbardziej praktyczne jej zastosowania, bez reakcji, wzorów i regułek. Nauka zaczyna się dopiero na rozszerzeniu od drugiej klasy, gdzie znacząco wzrosła ilość godzin przedmiotów, które uczniowie sami wybierają i poszerzył się zakres materiału.
    I właśnie, kulminacja tego, lektury.. W klasie pierwszej liceum wygląda to tak, że są aż dwie (cyfrą - 2) lektury. I to dwa dramaty, Król Edyp i Makbet. Zakrawa na żart, to że j.polski został tak okrojony literacko, fragmenty są skąpe i poucinane (zdarza się, że wycięte są 4linijki, od tak).
    Jeśli zaś chodzi o tłamszenie, z tym się nie zgodzę. Chodzi przede wszystkim o ucznia. Jeśli się będzie interesował, nauczyciel go wesprze. Naprawdę, dla nauczycieli też nie jest fajnie patrzeć na tępe twarze zasypiająych uczniów i chętnie podejmują dyskusje. Pozostaje też szeroka gama zajęć dostosowanych do uczniów (dzięki UE coraz więcej), w małych grupach - wyrównawczych, bądź rozwijających. Sam chodziłem na takie zajęcia, i to z kilku przedmiotów. Nie przeszkadzało mi zostawanie na nich do późna czy nawet w soboty, bo były ciekawe. Jednak, żeby się w coś zagłębić, do czegoś przekonać trzeba mieć bazę - zajęcia szkolne. I później uczeń sam lub na tych zajęciach może się dowiedzieć, skąd się dokładnie wzięły dane wzory fizyczne lub matematyczne, jak je odkrywano. Tak samo praktyka, analiza chemiczna, doświadczenia z fizyk, podstawy robotyki, programowania. Czymkolwiek się nie interesujemy, nauczyciele na zajęciach dodatkowych chętnie podejmą temat, nie gonią ich wtedy podstawa programowa, tematy, wytyczne.

    Bez zaangażowania uczniów nauczyciele sami przyznają, że się cofają. Moja nauczycielka z gimnazjum, zostawała ze mną po kilka godzin w tygodniu i powiedziała, że właściwie tyle samo się uczy, co ja, bo od 10lat nikogo nie przygotowała i została tylko na tym minimum, które musi umieć klasa. Pomagała bardzo chętnie, często za darmo, bo sukces ucznia to też sukces nauczyciela.

    Nie ma kucia, na wszystko są karty wzorów, tablice. Tak jak na przykład całki, nikt nie będzie pamiętał wzoru rekurencyjnego na policzenie całki z wysokiej potęgi sinusa, bo będzie miał to na karcie, lub będzie umiał od biedy sam to wyprowadzić, lub policzyć na piechotę, jeśli tylko będzie znał samą istotę całek i podstawowe metody. Naprawdę nie rozstaję się z kartami wzorów i kserówkami (nawet śmiejemy się, że telefonu czy portfela z domu można zapomnieć, ale żeby karty wzorów nie wziąć?) tak samo jest z kalkulatorem naukowym.

    Podsumowując. Szkoły niepubliczne wcale nie są lepsze od publicznych, szkoły dobre wcale nie są lepsze od słabych. Chętny uczeń w “słabej” szkole zostanie dostrzeżony i indywidualnie potraktowany. Możecie mi wierzyć, uczniowie naprawdę mają duże możliwości.

  39. Fan anonim Says:

    Moim zdaniem, jeżeli ktoś się czymś naprawdę interesuje i chce się czegoś dowiedzieć, to to zrobi. Czy to skorzysta z kółka w szkole, czy po prostu z książek.

  40. cleevleen Says:

    A ja właśnie chodzę do takiej szkoły, o jakiej pan pisze. Po pierwszym roku jestem zadowolona. Jest to program MYP dla gimnazjum, a dla liceum IB. Dla wszystkich zainteresowanych odsyłam na stronę mojego gimnazjum dwujęzycznego 26 we Wrocławiu. Jest to szkoła dwujęzyczna, w której przedmioty prowadzi się w dwóch językach: angielskim i polskim. I, tak, jak Pan pisze, robimy projekty interdyscyplinarne, piszemy eseje, doświadczenia, dużo pracujemy w grupach. No i do tego angielski. Jest to szkoła, do której nie można dostać się bez testów ( w tym: rozmowa po angielsku, test zdolności językowych, poski oraz matematyka), czyli nie jest rejonowa dla nikogo. Więc takie szkoły istnieją na całym świecie, ale ciężko się do nich dostać i jest ich mało.
    Jeśli chodzi o kanon lektur i ogólnie kształcenie literackie to najbardziej ucierpiałam właśnie na tym. Sami często wybieramy lektury i nie mamy ich wiele, i, według mnie, dużo na tym tracę, bo wydaje mi się, że każdy powinien przeczytać Krzyżaków, Pana Tadeusza i inne wielkie dzieła.

  41. wildmeister Says:

    Przepraszam, że poza tematem, ale to może zainteresować czytających e-booki. Wszystkie książki Powergraph -50%. Mam nadzieję, że nie zostanie to uznane za reklamę. :)

    http://www.publio.pl/promocja-powergraph.html?utm_source=swiatczytnikow.pl&utm_medium=link_spec&utm_campaign=promo

  42. korano Says:

    Cóż, ja właśnie skończyłam gimnazjum, a i podstawówkę miałam w tym samym budynku. I zgodzę się, że wiele od nauczyciela zależy, ale program też jest ważnym czynnikiem. Historię lubię co widać, bo zgłaszam się kiedy mogę i niestety zauważyłam, że dat jest przede wszystkim za dużo. Przed każdą klasówką pani szła nam na rękę i wypisywała wszystkie daty na tablicy. Zdarzało się, że robiły się tego dwie strony zeszytu w kratkę. I teraz kuć.
    Co do tłamszenia i klucza. Kiedy byłam w podstawówce, bodajże szósta klasa, pisaliśmy klasowkę-pracę pisemną na jeden z tematów. Polonistka mi pracy nie uznała, bo moje rozumowanie jest na poziomie ucznia liceum, więc na pewno ściągałam.
    Ktoś wyżej pisał, że w podstawówce przerabiał XX wiek. No to gratuluję. Ja takiej możliwości nie miałam i gdybym się nie interesowała, to szła bym do nowej szkoły z zerową wiedzą na ten temat.
    Lektury. Czytać kocham i czytam na potęgę. W gimnazjum było kilka pozycji do wyboru i przyznam, że poza Gangiem Niewidzialnych Ludzi i Czarnoksieżnikiem z Archipelagu to te pozycje wywoływały u mnie zgrzytanie zębów. Czemu? Bo przerabialiśmy takie coś jak Yellow Bahama w prążki czy Pozłacana Rybka
    Pan Kosik poruszył ważny temat, ale co z tego? Może myślę pesymistycznie, ale nikt się tym nie zajmie. Niby głośno o tym teraz, ale odpowiedzialni za to ludzie nic nie zrobią. Chociaż może źle się wyraziłam. Nie zrobią nic, co by to zmieniło, bo dla nich obywatel myślący = obywatel niebezpieczny.

  43. szary Says:

    Z całym szacunkiem, ale o skuteczności kształcenia można się wypowiedzieć, gdy już daną szkołę się skończyło i przyniosła ona jakiś efekt - czyli np. znalazło się pracę, założyło firmę lub stworzyło jakieś dzieło.
    Dlatego głosy obecnych lub już właśnie nie gminazjalistów mówią o tym jak czuli się w szkole a nie czego się nauczyli.

    Albo nie.

  44. Marysia Says:

    Panie Rafale, czy można wysyłać do Pana listy? Jeśli tak, to na jaki adres?

  45. Łuki Says:

    Obejrzyjta sobie Stowarzyszenie Umarłych Poetów w tym temacie.

  46. Rafal Kosik Says:

    Na adres wydawnictwa.

  47. ukxhjkco Says:

    Those, he said, his tone hurt as it always [url=][/url] her could ever be soprecious, because this one parted latest from the living body before theawful death came.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).