Kolonia

Kolonia / ColonyŚwiat po apokalipsie (oczywiście), tyle że skuty lodem i zapadany śniegiem. Jest to wynik działania regulatorów klimatu, gigantycznych maszyn, które zamiast ustabilizować ocieplający się klimat, jakimś trafem pchnęły go w stronę kolejnej epoki lodowcowej. OK, kupuję to jako założenie wstępne, napinam się i rozluźniam, po czym oglądam. W obsadzie jest Lawrence Fishburne i Bill Paxton, a oni przecież nie zagraliby z kiszce, prawda? Prawda?! Cóż, widać emerytura w Hollywood nie rozpieszcza tak jak ZUS i trzeba dorabiać na boku. No to se chłopaki dorobili.

W tej mroźnej apokalipsie uchowały się nieliczne ludzkie kolonie wegetujące pod ziemią dzięki resztkom technologii i zapasom, jakie zdołali zgromadzić ocalali. Kolonia, w której startuje akcja, nosi numer pięć. Kto je ponumerował, nie wiadomo, ale można przypuszczać, że scenarzysta. Kolonia liczy sobie kilkadziesiąt osób i funkcjonuje dzięki energii produkowanej przez niewielką turbinę wiatrową. Gdybym miał policzyć wydajność energetyczną takiej turbiny… Wróć! Kupujemy licencję poetikę jak leci, czyli umawiamy się, że prądu wystarcza. Wystarcza go nawet na ogrzanie i oświetlenie długich betonowych korytarzy.

Kolonia cienko przędzie, jednak panuje w niej porządek i humanitarne zasady. Jest mądry murzyn (Fishburne), który dowodzi plemieniem, jest jakiś taki nijaki główny bieda-bohater, jest podły czyli jedyny rozsądny (Paxton), który chce dyktatury w miejsce demokracji. Formalnie Paxton jest katem – dokonuje egzekucji chorych na „grypę”, zanim ci zarażą całą kolonię. To w przekazie twórców filmu jest złe, bo należy dać im szansę. Akurat! Jest też jakaś dziewczyna, która jest dobra, rozsądna i ma zdolności przywódcze (oczywiście). Musimy uwierzyć na słowo, bo nie ma okazji wykazać się żadną z tych cech. Jest natomiast żywym dowodem na to, że l’Oreal, Lancome, Rimmel i reszta firm kosmetycznych działa, produkuje i sprzedaje mimo apokalipsy. Jedzenia i lekarstw może zabraknąć, ale szamponu i tuszu do rzęs – nigdy!

Film byłby nudny, gdyby nie sygnał SOS z innej kolonii. Czyli trzeba iść i sprawdzić, co tam się stało. Kto idzie? Jak w Star Treku: kapitan, główny bieda-bohater i przypadkowy dzieciak, który i tak zaraz zginie. Lezą przez lodową pustynię dwa dni i rozmawiają o życiu, że jest ciężko, że zimno i że wieje. Śnieg padający od lat zapadał wszystko z wyjątkiem kluczowych elementów scenografii. Ja to poniekąd rozumiem; gdyby potraktować rodzącą się epokę lodowcową serio, to trzeba by przez półtorej godziny pokazywać biały ekran. Mało hollywoodzkie, nie? Czyli śnieg osiada selektywnie – po prostu przyjmijmy do wiadomości, że tak jest.

Dochodzi do dramatycznego momentu przekroczenia mostu kratownicowego. Most jęczy i trzeszczy na wietrze, ale stoi. Trzyletnie dziecko odruchowo pokonuje niepewny mostek nad leśnym strumykiem trzymając się poręczy, ale nasi bohaterowie nie są małymi dziećmi, więc lezą środkiem. To był pierwszy sygnał ostrzegawczy, że nie warto dalej oglądać. Ale nie chciało mi się wstawać z kanapy, a pilot leżał za daleko. Następnie bohaterowie pokonują wyrwy w nawierzchni, skacząc ponad przepaścią, bo obejście nienaruszoną częścią mostu jest chyba niehonorowe. No ale dobra, w najlepszych filmach zdarzały się wpadki (np. kanał wentylacyjny w Gwieździe Śmierci). Dalej napięcie rośnie. Wchodzą do drugiej kolonii, gdzie znajdują jedynego ocalałego. Tu następuje całkiem niezły dialog: „Znaleźliśmy cię tylko dlatego, że stukałeś”. A ocalały na to: „Nie stukałem”. Umówmy się, nastrój zbudowany w sekundę, jak w Die Hard.

Na trzy minuty, bo potem zaczyna się koncertowe niszczenie nastroju i generalne partolenie sztuki filmowej. Nie będę spojlował, co się tam dzieje, ale to jest moment, w którym robi się słabo i w zasadzie wypadało by naprawdę wstać po pilota i wyłączyć film. No ale baterie były słabe, czy coś tam, i nie udało się wyłączyć, więc oglądałem dalej.

Nie, naprawdę nie będę spojlował. Powiem tylko to, czego i tak można się spodziewać – są też ci źli, nawet bezmyślnie źli, bo wyskakują w pojedynkę na wprost luf karabinów. Nieważne, jest ich dużo a naboi/nabojów mało. Niestety twórcy filmu nie mogli się zdecydować, czy tamci mają być tylko źli, czy aż zombie. W efekcie są tak przeciętnie źli, czyli łachmany i maczety, ale w kluczowych momentach dyszą jak zombie i szczerzą pożółkłe zęby. No jest to pewien dysonans poznawczy, przyznam.

Sam nie wiem, nie chcę Wam niczego narzucać. Obejrzyjcie Kolonię i sami oceńcie, czy to jest zmarnowana szansa na niezły film, czy może zmarnowana szansa na zły film. Moim zdaniem jedno i drugie. Taki film spokojnie można by zrobić w Polsce, bo do efektów specjalnych ze śniegiem to wystarczyłaby chyba Amiga 500 i mikrofon przy kratce wentylacyjnej w bloku. Zamiast Lawrence’a Fishburne’a może być Janusz Gajos, a w miejsce Billa Paxtona nada się Mirosław Zbrojewicz. No i zamiast tej dobrej, rozsądnej i przywódczej (oczywiście) – Mucha lub Przybylska, no może Gruszka. I nie mówcie mi nigdy więcej, że w Polsce nie da się zrobić takiego kina. To jest tak złe, że na pewno się da zrobić nawet tu.

A tak poważnie to zamiast tej słabizny obejrzyjcie stary film Piotra Szulkina O-bi, o-ba: Koniec cywilizacji. Jest mniej więcej o tym samym, a o niebo lepszy.


Udostepnij
Glodne Slonce

6 Responses to “Kolonia”

  1. dethar Says:

    Polecam film Golem (1979), Ga, ga: Chwała bohaterom (1985), Holy Motors
    (2012). Naprawdę kawał dobrego kina.

  2. Nika Says:

    Zapomniał pan o jeszcze jednym podstawowym błędzie. Temperatura ujemna, oni idą dwa dni do kolejnej kolini, ale ani razu nie widzimy obłoków pary z ich ust.

  3. Fan anonim Says:

    Tak właściwie to gdyby człowiek miał pełną wiedzę o żeczywistości, to każdy film byłby nierealistyczny, bo przedstawiał by fikcje. Zgadzam się jednak z tym, że w niektórych filmach przyjemność oglądania psują skrajnie nieracjonalne sytuacje.

  4. nosiwoda Says:

    Twój opis, Rafale, przywodzi mi na myśl film “Tajemnica Syriusza”, w oryginale “Screamers”. Bardzo, bardzo podobny zarys.

  5. Rafal Kosik Says:

    Ale Screamers, choć kompletnie bez sensu, przynajmniej był fajnie zrobiony. Z chęcią obejrzałbym go jeszcze raz, trzeci raz. Choćby dla Jennifer Rubin.

  6. Adggamma Says:

    Widziałam ten film i też niezbyt mi się podobał. Wszystko było strasznie przewidywalne.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).