Koleiny dziejów

Nie da się odwidzieć czegoś, co się zobaczyło. Z każdym doświadczeniem, które nas kształtuje, zapadamy się w koleiny, z których coraz trudniej będzie się wyrwać. Proces, który w miarę jasno widać na przykładzie losów jednostki, odnosi się również do cywilizacji, a nawet do całej ludzkości. To jak droga przez labirynt, w którym na każdym rozwidleniu jest dwoje drzwi do wyboru. Nawet jeżeli mamy wolność wyboru, to niestety za każdym razem drzwi za naszymi plecami zatrzaskują się. Nie umiemy się cofnąć.

Jeden ze sposobów, w jaki bardziej rozwinięta cywilizacja mogłaby zniszczyć inną, to fałszywa pomoc, czyli udostępnienie technologii, która w sposób nieodwracalny prowadziłaby w ślepą uliczkę. Coś jak pierwsza darmowa dawka narkotyków.

Kiedyś, dawno temu za bardzo się przejmowałem, by nie popaść w schematy. Celowo nie czytałem poradników z rodzaju „jak pisać”. Przecież jeżeli zrobię coś intuicyjnie, będzie to szczere, prawdziwe. Jeśli zaś wyuczę się gotowej metody, to pozostanie mi odtwórstwo. Po latach zrozumiałem dwie rzeczy: po pierwsze miałem rację; po drugie że jestem skazany na odtwórstwo. Wszyscy jesteśmy, w końcu ukształtowała nas i nasz świat ciągłość dziejów, proces przechodzący w następny proces. Możemy dostawić kolejny element, ale tylko pasujący do poprzednich. Inaczej odpadnie.

W internecie można znaleźć sporo filmików z kategorii „fail”, gdzie ktoś wpadł na genialny pomysł, by zbiec ze stromego zbocza. W pewnym momencie ów ktoś orientuje się, że powinien zwolnić, bo za moment się wygrzmoci. Ale nie może przestać biec, go grawitacja do spółki z bezwładnością na to nie pozwalają. On wie, kiedy popełnił błąd, tylko nic z tym nie może zrobić. Kilka sekund wcześniej mógł jeszcze zmienić zdanie, zwolnić, skręcić, wybrać inną drogę. Ale nie teraz. Teraz wykonał już za dużo kroków w dół zbocza, a każdy z tych kroków prowadzi go ku nieuniknionemu wyglebieniu się.

Jeżeli już się zorientujemy, że podążamy drogą donikąd, lub ku katastrofie, to niełatwo będzie coś zmienić. Badania naukowe, jak każda inna dziedzina ludzkiej działalności, są podkopywane przez ludzkie słabości. Można podejrzewać, że szanowany profesor, autor ważnej teorii naukowej i wielu jej opracowań, taki zmurszały półautomat, zareaguje negatywnie na próby jej obalenia. Nawet jeżeli próby będą zgodne z metodologią naukową. Po pierwsze profesor jest emocjonalnie przywiązany do swojej teorii, po drugie jego kariera i zarobki poważnie ucierpią, jeśli się okaże, że nie ma racji.

Jeszcze gorzej będzie w przypadku aktywistki z rodzaju social warrior, która z zasady nie ceni metodologii naukowej, a fakty dopasowuje do ideologii. Ona będzie bronić swojej „racji” jak ślepy termit swojej termitiery. Czyli bezrefleksyjnie i wszelkimi dostępnymi metodami.

Działo się tak zawsze, czasem nawet sprawy przyjmowały obrót tragiczny. W maoistycznych Chinach za uczenie teorii fizycznych powszechnie uznanych i potwierdzonych, można było trafić przed pluton egzekucyjny tylko dlatego, że władze uznały daną teorię za burżuazyjną. W Rosji radzieckiej było podobnie. Do analogicznych absurdów, choć niekończących się aż śmiercią naukowców, dochodzi i dziś, i to na najlepszych uniwersytetach, ale to temat na osobny felieton.

By dokonać przełomu potrzebny jest ktoś, kto nie myśli schematami. „Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, aż znajdzie się taki jeden, który nie wie, że się nie da, i on to robi”, powiedział kiedyś Albert Einstein, po czym udowodnił to w praktyce. Albert pozostawił zresztą po sobie sporo złotych myśli. Gdy na rynku ukazała się publikacja “Stu autorów przeciwko Einsteinowi”, krytykująca teorię względności, odpowiedział: “Gdybym nie miał racji, wystarczyłby jeden”.

Jeżeli chcemy zrobić coś, czego zabraniają prawa fizyki, to nie znaczy, że zrobienie tego jest niemożliwe. Potrzebujemy tylko nowej fizyki. Tylko jak wymyślić tę nową fizykę z wnętrza naszej fizyki? Przecież wszystkich matematyków, fizyków i całą resztę załadowaliśmy w te same koleiny. Oni przeszli wieloletnią edukację, posługują się tymi samymi narzędziami i, zapewne, nieświadomie powielają te same błędy. Konieczne są więc działania bardziej radykalne.

Wyobraźmy sobie starannie wyselekcjonowane dzieci genialnych rodziców: takie hodowane w próbówkach, akwariach, zagrodach. Gdyby tak cofnąć je w rozwoju, a dokładniej to ich edukację od niemowlęcia poprowadzić tylko do etapu, po którym, naszym zdaniem, nastąpił błąd w naszej historii? I dalej puścić młodych samopas, by wymyślili nam inną ścieżkę.

Pomijając kwestie moralne, byłoby to niezwykle trudne. Przecież sami nauczyciele są zanurzeni w naszej rzeczywistości wynikłej z wieków postępu. Zresztą, kiedy zatrzymać edukację, jak daleko cofnąć się w rozwoju, by dokonać restartu? Do podpisania traktatu wersalskiego? Do rewolucji przemysłowej? A może do początków starożytnej Grecji? Może błąd założycielski naszej cywilizacji leży w naszej matematyce?
Co gorsza nawet taka wyselekcjonowana i izolowana grupa geniuszy nie zdoła w jednym pokoleniu prześcignąć rozwoju setek lat całej ludzkości. Zwyczajnie będzie ich za mało i zabraknie im czasu. W realnym świecie przepływ idei odbywa się też poziomo, między przedstawicielami różnych dziedzin. Muzycy inspirują fizyków kwantowych, a ci swoimi badaniami pozwalają na rozwój biologii molekularnej, która to z kolei… to się ciągnie w nieskończoność i splata jak połączenia między komórkami mózgu.

Potrzeba czegoś więcej. Odpowiedzą jest być może sztuczna inteligencja, która wyhodowana na przyszłych komputerach, prześcignie ludzkość w tempie i zaawansowaniu symulowanych ścieżek rozwoju. Tylko co, jeśli okaże się, że zbłądziliśmy o wiele wcześniej i całą naszą historię mogliśmy rozegrać dużo lepiej? Co nam po tej wiedzy? Przecież nie cofniemy się w czasie, by w kluczowym momencie usunąć usterkę.

A może… może po prostu znajdzie się ktoś, kto nie będzie wiedział, że nie można się cofać w czasie?


Udostepnij
Glodne Slonce

4 Responses to “Koleiny dziejów”

  1. Mietek327 Says:

    Bardzo ciekawa sprawa z tym, że fizycy, czy matematycy mogą się mylić, a trudno będzie to zmienić, bo “wszystkich matematyków, fizyków i całą resztę załadowaliśmy w te same koleiny”. Mam nadzieję, że w przyszłości wyda Pan swoje felietony w formie książki, bo są one jak opowiastki filozoficzne - po przeczytaniu jednego czytelnik może usiąść w fotelu i przez godziny rozmyślać o poruszonym zagadnieniu.

  2. teksty Dukaja na lektury Says:

    ,,Mam nadzieję, że w przyszłości wyda Pan swoje felietony w formie książki, bo są one jak opowiastki filozoficzne - po przeczytaniu jednego czytelnik może usiąść w fotelu i przez godziny rozmyślać o poruszonym zagadnieniu. ”
    Popieram jak najbardziej, warto ! Czytam tego bloga od dawna i wiem że taki felieton potrafi często zainspirować do bardzo ciekawych, dalszych rozmyślań.

  3. wisznu Says:

    W sumie mamy możliwość zmiany koleiny dziejów, cofnięcia się do XIX w. - wystarczy burza słoneczna, o której ostatnio Pan w FNiN pisał.

    Może wówczas pójdziemy w stronę steampunku :)

  4. paul z Says:

    Na szczęście, nauka nie może mylić się wiecznie: naukowcy mogą błądzić, mogą mutować w kapłanów dogmatycznej Church of Fudge (factors), broniących do upadłego skończonych bzdur wywnioskowanych z bzdur wywnioskowanych z błędów. Ale ciągle jeszcze działają sprawdzone, piekielnie efektywne metody naukowe: Matematyka, logika i zbieranie faktów. W końcu uzbierają tyle danych, że kawałki układanki same złożą się w obraz, choćby nie wiem jak się przeciw temu wzbraniali. Przecież wszystko, co konieczne, by posprzątać okultyzm z nauki, jest ogólnie dostępne na Wikipedii, w internecie, w bibliotekach – wiedza, którą Einstein jeszcze nie dysponował. A właśnie to, że Kościół Krówek jest tak potężny i tak wypchany teoriami udowodnionymi teoriami udowodnionymi teoriami, zabije go w końcu: przecież im więcej błędów, tym trudniej nowe teorie dostosować do rzeczywistości. A każdy fudge factor, każda kropla magicznego kleju, spajająca okruchy prawdy w kupę śmiecia, a kupy śmiecia w góry śmiecia, to słaby punkt, a im więcej takich, tym mniej stabilna budowla. Powiedzmy to tak: nawet rozwój nauki, jej wzloty i upadki, jej frekwencja i amplituda, masa, energia i czasoprzestrzeń, podlegają prawom fizyki.
    Czasem wystarczy zmienić punkt widzenia. Proszę wyjść ze strumienia czasu i popatrzeć na Układ Słoneczny z boku, jak tak pędzi wzdłuż jego osi – czy to nie wygląda jakoś dziwnie jak fala elektromagnetyczna? Wystarczy popatrzeć na fenomeny codzienności, na ogólne zasady wedle których działa wszystko, zawsze i wszędzie, uwierzyć własnym oczom bardziej niż dogmatom. I już rozumiemy: Wszechświat to fala składająca się z mniejszych fal, porusza się fazami, w których materia na zmianę skacze równocześnie jednowymiarowo przez czas lub rozpyla się indywidualnym ruchem po czterech wymiarach czasoprzestrzennych, rozpada się on i składa cały czas od nowa, my uzyskujemy świadomość tylko podczas jednej z wielu faz, a to, co uważamy za nieprzerwaną linię czasu, to seria ułamków sekund, które dla postronnego obserwatora mogą być odległe od siebie o miliardy lat.
    Taki przykład: niedawno obejrzałem sobie aktualny model atomu. Lekarz, który ignoruje wysokość pacjenta, upierając się, że włosy, brzuch i odciski rosną na poziomie podeszwy, może stworzyć bardzo prawdziwy, matematycznie spójny i działający model anatomiczny, ale na pewno niewiele z niego zrozumie. Czterowymiarowej fali, u której ogromna większość ruchu dzieje się w czasie, nie w przestrzeni, nie da się zrozumiale opisywać jako omalże trójwymiarowej karuzeli. Ale mi się już nie chce tego robić.
    W komunikacji między dyscyplinami bardzo przeszkadza nowomowa: aby muzyk zrozumiał fizyka, musi najpierw nauczyć się jego slangu, a aby fizyk zrozumiał fizykę, musi najpierw nauczyć się po ludzku, bo opisywanie najprostszych rzeczy po wyssanej z palca łacinie zaślepia go niezgorzej niż laika. Przetłumaczenie znanej bajki o kwantowym kotku sprowadza ją do stwierdzenia: „Jeśli zwierzaka nie widzę, różnie może z nim być, ale dowiem się dopiero, gdy zobaczę go z powrotem.” I już zaczynasz pojmować, że fenomenów kwantowych nie da się opisywać niezależnie od obserwatora, że czary i magia i „inne reguły” wynikają także z tego, że fizycy fenomeny subiektywne opisują jako obiektywne. „Jeśli trzymam rączki przed oczyma, kotek znika, a jeśli znów popatrzę, znów jest!” - sto lat fizyki opiera się na światopoglądzie niemowlaka.
    Boziu, znów się rozgadałem. A chciałem zostawić fizykę w spokoju i uczyć się ukraińskiego. No cóż, nałogu nie przezwycięża się łatwo.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).