Kiedyś to było ciężko

Rafał Kosik lata temuWybrałem się na kilkugodzinną górską wycieczkę z synem i jakoś tak rozmowa zeszła na to, że dziś jest lepiej, łatwiej i przyjemniej. Głównie miałem na myśli pracę grafika komputerowego. Wróciłem do czasów, gdy syn miał niespełna rok albo i nawet był jeszcze ciążą, a ja z Kasią prowadziłem dwuosobową agencję reklamową Powergraph. Przez pół roku z musu mieszkaliśmy u moich teściów w Wesołej, gdzie przerwy w dostawie prądu zdarzały się co kilka dni, a jakość połączenia telefonicznego uniemożliwiała nawet wysyłanie faxów.

Tu przypomina mi się niedawna dyskusja prawacko-lewacka na temat tego, co powinien zrobić przykładny ojciec, gdy urodzi mu się dziecko. Jedna doktryna twierdzi, że powinien rzucić pracę i przejąć połowę obowiązków opieki nad uroczym i pachnącym (vel. wrzeszczącym i śmierdzącym) bobasem (vel. bachorem) oraz wykształcić gruczoły mleczne. Ja wyznaję jednak tę drugą doktrynę, która mówi, że ojciec powinien zacząć pracować za dwoje, by matka miała spokój.

W ciągu dnia byłem accountem (handlowcem) i jechałem z tej Wesołej do Warszawy (wówczas Wesoła nie była jeszcze dzielnicą) na umówione spotkania z klientami, zwykle zahaczając o punkt typu kolorowe xero, żeby zrobić wydruk projektów. To były czasy przed e-mailowe, więc konieczna była osobista wizyta. Korpo-klienci mazali na projektach poprawki, a ja wracałem do Wesołej na 17:00-19:00, jadłem obiad i siadałem do pracy jako grafik przy komputerze. Komputerze, którego procesor miał mniejszą wydajność niż te w dzisiejszych smartfonach.

Nikt nie marzył jeszcze o CTP ani FTP (wygooglajcie sobie, co to znaczy), więc każde przygotowanie projektu do druku nie sprowadzało się do naciśnięcia CRTL + P i zerknięcia, czy PDF się nie wysypał. Nie, trzeba było wypuścić plik postscriptowy, co trwało nieraz i pół godziny, zgrać go na coś i pojechać do naświetlarni, celem naświetlenia klisz i wykonania proofa, czyli takiego wydruku próbnego, do którego musiał się potem stosować drukarz.

Jak dobrze poszło, to koło północy, czasem pierwszej-drugiej, zaczynałem pracę na trzeci etat i stawałem się kurierem. Wsiadałem do Fiata 125p i jechałem do naświetlarni, zwykle do Wiedzy i Życia, która mieściła się w okolicach ulicy Bartyckiej. Tam zasiadałem w fotelu i czekałem jak na wyrok, czy klisze wyjdą poprawnie. Jeśli coś poszło nie tak, to oznaczało konieczność powtórki, więc i nieprzespaną noc.

Tu warto wspomnieć o tym, że zgranie całkiem sporego pliku nie było takie proste, bo wypalarka płyt CD była domeną science fiction, zresztą nawet na filmach z tamtych czasów nośniki danych miały wielkość sporego termosu. O pamięciach typu flash (czyli np. kartach SD) nie wiedzieli nawet w NASA. Opcji było kilka, począwszy od zawiezienia do naświetlarni wymiennego dysku twardego (tak, tego pełnowymiarowego). Na szczęście pojawiły się akurat SyQuesty, czyli takie większy dyskietki, z którymi nie należało wsiadać do tramwaju, potrząsać, ani zatrzymywać się w pobliżu transformatora, bo znikały z nich wszystkie dane. Nie było to tanie, a dodatkowo wbrew zapewnieniom producenta taki dysk zwykle padał po kilkudziesięciu zapisach. Potem pojawił się tańszy i lepszy ZIP oraz droższy i gorszy JAZ, ale to osobny temat.

Kiedyś to było ciężko. Nie miałem telefonu komórkowego tylko pager, czyli coś na kształt, hm… odbiornika SMS-ów, powiedzmy. Zimowe opony do Fiata 125p to nie był rozsądny wybór, tylko niedostępny luksus, a złapanie gumy zdarzało się co najmniej dwa razy w miesiącu. Szczęście w nieszczęściu, że ten Duży Fiat właściwie nie psuł się w tak poważny sposób, bym sam nie potrafił go naprawić.

Kiedyś to było ciężko. Każdy grafik musiał sam ogarnąć sprawę konfiguracji sprzętu i oprogramowania. Przy czym nie było rozróżnienia między legalnym i nielegalnym softem graficznym, bo istniał tylko ten drugi. Legalnych dystrybutorów oprogramowania po prostu jeszcze nie było. Komputery składało się samemu z kupowanych na giełdzie klocków, a problemy techniczne rozwiązywało samemu. Nie działają polskie fonty? Kombinuj. Bez internetu.

Kiedyś to było ciężko, ale wtedy tego tak nie odbierałem. Wszystko zależy od punktu odniesienia, prawda? Nawet wówczas można było odnaleźć miłe strony tej sytuacji i nie mam tu na myśli tego, że nie głodowaliśmy. Bardzo miło wspominam nocne rozmowy z operatorami z naświetlarni Wiedzy i Życia oraz z innymi podobnymi mi grafikami, którzy docierali tam nocą, by na rano klisze były w drukarni. Klisze formatu A4 potrafiły się naświetlać pół godziny, a jak ktoś miał fantazję przy projektowaniu, to i dłużej.

Niechcący wyszła z tego spaceru tatrzańskimi szlakami opowieść szkatułkowa, bo doszedłem w niej do momentu, gdy pewnego razu siedziałem w naświetlarni Wiedzy i Życia w środku nocy i rozmawiałem ze starym grafikiem. Ów grafik dopiero kilka lat wcześniej przestawił się na pracę z komputerem, a wcześniej reklamy i projekty okładek książek tworzył na powiększalniku fotograficznym. Kilka lat wcześniej noce spędzał nie w naświetlarni, tylko w zecerni, gdzie z zecerem w dymie tanich fajek i oparach spirytusu teoretycznie technicznego a praktycznie spożywczego grzebali w kasztach, próbując nie zrobić literówki, a i tak zwykle robili niejedną. Tak, panie kolego, podsumował wtedy ów stary grafik, kiedyś to było ciężko.


Udostepnij
Glodne Slonce

2 Responses to “Kiedyś to było ciężko”

  1. wisznu Says:

    Ech, pionierskie czasy.
    W każdej dziedzinie można opowiadać takie wspomnienia, kiedy robiło się rzeczy dziś nie do pomyślenia (z różnych powodów - bo technika poszła do przodu tak, że nie ma potrzeby ich wykonywać, a czasem dlatego, że mogły być potencjalnie niebezpieczne, co w czasach upupiania dorosłych, wszechobecności i wszechwładzy behapowców staje się zbrodnią. Przykładowo w mojej pracy behapowcy zakazali na imprezach integracyjnych gokartów i paintballu… Niedługo imprezy będziemy urządzać w miękko wyściełanych pokojach bez klamek) - a wszystko po to by wykonać robotę.

    I tak sobie myslę, że dzisiejsze dzieci to już nie będą miały o czym opowiadać swoim dzieciom;)

  2. Jan Says:

    Winsznu. Może nie będę miał o czym dzieciom opowiadać, ale wnuką czy prawnukom już pewnie tak:-)
    -Dziecko 21 wieku.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).