Inwazja: Bitwa o Los Angeles

Bitwa o Los Angeles (Batle: Los Angeles)Jeżeli ktoś oglądał Dzień Niepodległości, a chyba każdy oglądał, to każdy też zauważy, że Bitwa o Los Angeles opiera się na tym samym pomyśle fabularnym, a nawet sięga po te same rozwiązania scenariuszowe. Tyle, że tutaj zamiast epickiej wielowątkowej opowieści, mamy kino militarne o bardzo linearnej akcji i science fiction zredukowane do roli pretekstu dla wielkiej rozpierduchy. Taki Helikopter w ogniu, tylko z obcymi w roli wroga.

Obcy atakują Ziemie i wszystko wskazuje na to, że chodzi im o naszą wodę. OK, brzmi nieźle. Obce statki wchodzą w ziemską atmosferę w pobliżu dwudziestu największych nadmorskich miast świata i przystępują do regularnej dewastacji, a jednocześnie zaczynają nam podprowadzać wodę. Nasi bohaterowie to oddział marines, którego zadaniem jest wydostanie ocalałych cywilów z posterunku policji w opanowanej przez wroga części Los Angeles. I oto gotowy przepis na przebój filmowy, który bardzo trudno sfuszerować.

Scenariusz bez wielkich zmian nadałby się na komputerową strzelankę RPG, bo w sumie składa się z kilku misji, z których ostatnia to zdobycie i zniszczenie bazy wroga. Pomysł tak oklepany, że dawno powinien być martwy. No ale widz lubi to samo, co już zna, tylko trochę inaczej. W tym filmie nie ma niczego odkrywczego, ani oryginalnego, a jednak trzyma w napięciu do samego końca. Nawet nie boli bardzo taki drobiazg, że zależnie od potrzeby chwili w obcego można władować cały magazynek i nic, albo załatwić go kilkoma strzałami. Pytania o sens wprowadzania inwazyjnych wojsk lądowych do wykańczania ludzi w bezpośredniej walce lepiej nie zadawać. Wiadomo przecież, żeby gdyby Indianie zastrzelili konie ciągnące dyliżans, to western skończyłby się po minucie.

Całe szczęście, że film nie jest w 3D, bo w połączeniu chorym na drgawki nadgarstka operatorem, musiałoby się to skończyć migreną u widza. Dynamiczne filmowanie z ręki, bez stabilizacji obrazu jest znanym od dawna środkiem artystycznym, ale tu jest ono nadużywane. W ten sam sposób filmowany jest nawet facet idący po trawniku. Wizualnie jednak film jest bez zarzutu. I chociaż pewne elementy techniki obcych mocno przypominają ich współczesne ziemskie odpowiedniki, to idzie to przełknąć i cieszyć się widowiskiem.

Zdecydowanym plusem filmu jest niezła akcja, która nie została przygnieciona nadmiarem efektów, jak to miało miejsce w przypadku Transforers. Tak więc widz o inteligencji wyższej niż średnia u szympansów nie będzie się męczył. Bohaterowie są wiarygodni i dałoby się ich nawet polubić, gdyby nie patetyczne teksty, jakimi rzucają przy byle okazji. No ale z drugiej strony mamy wreszcie armię amerykańską pokazaną w jednoznacznie pozytywnym świetle. A to jest przyjemna odmiana.

Bitwa o Los Angeles to solidne kino rozrywkowe, bez istotnych wad. I bez rewelacji niestety również. Za tydzień nie będziemy pamiętać o tym filmie.


Udostepnij
Glodne Slonce

26 Responses to “Inwazja: Bitwa o Los Angeles”

  1. BERYL Says:

    http://www.stopklatka.pl/wydarzenia/wydarzenie.asp?wi=75257

  2. Rafal Kosik Says:

    Allena nie trawię odkąd robi filmy paraautobiograficzne.

  3. Ryfik Says:

    Może być nawet ciekawy, koniecznie muszę pójść. Faktycznie rewolucji nie ma, no ale nie wydaje się zły, zobaczymy….

  4. Donald Says:

    “nadałby się na komputerową strzelankę RPG” sugeruje pan, że strzelaniny RPG mają mało ambitną fabułę? Jeśli tak to pozwolę się sobie nie zgodzić żeby nie szukać daleko to dajmy tutaj Mass Effecta 1 i Mass Effecta 2. Dwie gry które kwalifikują się do gatunku zarówno RPG jak i strzelanin. Jednocześnie ma jedną z ciekawszych fabuł zarówno w filmach jak i grach, oczywiście nie mogą się równać z pana książkami ale bynajmniej nie jest to głupawa komedia romantyczna czy prostacka rozwałka opierająca się na oklepanej nudnej fabule. Te zwroty akcji i ciężkie decyzje moralne po których zastanawiam się przez kilka dni czy zrobiłem dobrze, trzeba przeżyć samemu. I jeszcze pytanie zdarza się panu czasami zagrać w jakieś gry?

  5. y Says:

    Ja sięgnąłem po Mass Effect pod wpływem opinii innych ludzi, ale zawiodłem się. Jedyną grą z tego gatunku, która zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie, było Knights of The Old Republic. Póki co nic nie przebije dobrej książki :)

  6. y Says:

    To ostatnie zdanie to takie podsumowanie, nieco oderwane od kontekstu.

  7. Donald Says:

    @y Tak ja długo przekonywałem siebie do Mass Effecta bo pierwsze misje są sztywniackie ale potem się zaczyna hardcorowa jazda, podobne odczucia mieli moi koledzy. To, że nic nie przebije dobrej książki jest oczywiste chociaż niestety w mojej klasie tylko dla mnie.

  8. Arvena Says:

    @Beryl: “the movie” jako wytwór filmo-opiniotwórczy spełnia się znakomicie. dzięki niemu nie zmarnowałam kasy na “127 godzin” i poszłam na “the king’s speech”. Do śmierci chyba nie spłacę długu :D

  9. Rafal Kosik Says:

    @Donald: skoro odczułeś, że napisałem, iż gry RPG mają kiepską fabułę, to coś jest na rzeczy ;) Za mało gram w RGP, żeby to dogłębnie badać i oceniać. Bardziej chodzi o to, że fabuła tego filmu jest skonstruowana jak fabuła z gry. Stwierdziłem fakt. A czy to dobrze, czy źle, to rzecz gustu.

  10. Edyta_Polon Says:

    Panie Kosiku ! Dziękuję za kolejną część Felixa,Neta i Niki :) za ten cudowny, fantastyczny świat! Mam nadzieję, że będzie jeszcze kilka części :). pozdrawiam. E.Polon x)

  11. Andrzej Says:

    Zauważył Pan, że wszelkie nieszczęścia nawiedzają głównie Amerykę?
    Ile oni już przeżyli inwazji kosmitów? A tornad, zlodowaceń, tsunami, końców świata?
    Zamiast ładować kasę w taką papkę, można było zrobić coś nieco bardziej ambitnego.

  12. nosiwoda Says:

    “gdyby Indianie zastrzelili konie ciągnące dyliżans, to western skończyłby się po minucie”
    Dobrzy Indianie nigdy nie strzeliliby do milusich koniczków!

    A film mnei strasznie ciągnie. Opis “Helikopter w ogniu z obcymi” bardzo mi pasuje.

  13. Rafal Kosik Says:

    Jak nie w konie to w opony;)

  14. M.S. Says:

    Indianie nie strzeliliby do koni, ponieważ stanowiły część łupu :). Za cenne są, żeby je zabijać, skoro można później samemu je wykorzystać.

  15. Adameq7 Says:

    Opony? ;)

    A czy był western, w którym Indianie nie mieliby wady wzroku (no bo jak wytłumaczyć ich brak celności)?

  16. Ryfik Says:

    Z tego co mi wiadomo dyliżansy nie miały opon :)

  17. Rafal Kosik Says:

    Wystarczyło trafić jednego z koni. W przypadku dyliżansów sześciocylindrowych nadal mieliby spory łup.

  18. Ryfik Says:

    W sumie by złupili pozostałe 5 cylindrów ;-) Nawet opłacalne. Tylko niestety w westernach Indianie nigdy nie mogą trafić w konie (albo nie umieją).
    A nie wystarczyło by po prostu zastrzelić woźnicę? (Byłby bonusowy 1 koń)

  19. Dziobal Says:

    Woźnica tym się różni od konia, że jest mniejsze tak ze dwa trzy i umie się chować :)

  20. Rafal Kosik Says:

    A konie bez woźnicy i tak pojadą dalej duktem.

  21. Ryfik Says:

    Ale żeby prowadzić nie może się chować, a Indianie na pojedyńczych koniach powinni dogonić dyliżans, który ma ich sześć + wóz (z zawartością).

    Chyba jednak lepiej pozostać przy oginalnym założeniu:)

  22. M.S. Says:

    Niegłupie, ale pozostaje duże ryzyko, że gdy jeden koń nagle się wywali, to reszta pójdzie za nim i się połamie :).

    Poza tym koń koniu nierówny. Możliwe, że konie indiańskie były wytrzymalsze, ale mniej rącze od pocztowych.

  23. Ryfik Says:

    Może masz racje… W sumie jest dużo możliwych scenariuszy.
    Jeśli indiańskie były by wytrzymalsze, to w końcu by dogoniły te pocztowe (pocztowe by się zdyszały i w końcu zwolniły lub zatrzymały:)

  24. M.S. Says:

    Otóż to.

  25. Shadowmage Says:

    A mnie się średnio podobało - a w zasadzie trochę nudziło. “Helikopter w ogniu” był zdecydowanie lepszy. Żale powylewałem tutaj: http://shadowmage.nast.pl/?p=2109

  26. y Says:

    To kręcenie z ręki to jakaś masakra. Kilka razy nachodziła mnie myśl, żeby przestać to oglądać. Chyba nikt nie dojdzie, jaka logika kierowała ekipą, że czasami (czyt. w większości) ujęcia statyczne kręcili z ręki, a czasami na statywie…

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).