Geopolityka jest bezlitosna

Z trudem przychodzi mi pisanie, tworzenie fikcji, kiedy rzeczywistość przebija to wszystko epickim rozmachem grozy. Trudno snuć wizje przyszłości, nawet tej bliskiej, skoro właśnie przejeżdżamy przez zwrotnicę dziejów. Czego bym dziś nie napisał o sytuacji na wojnie, stanie się to nieaktualne już za chwilę. Prawdopodobnych scenariuszy wydarzeń na Ukrainie jest kilka, a niewiele z nich jest jednoznacznie optymistycznych dla Europy. W tym i dla Polski.

Bezpieczeństwo europejskie opiera się od lat na sile Ameryki. Mocarstwa europejskie obrosły tłuszczem, karmione złudzeniem bezpiecznego świata po końcu historii. Być może, gdyby wcześniej słuchali polskich ekspertów, sytuacja dziś wyglądałaby inaczej. Mamy w końcu wielopokoleniowe doświadczenie z kłopotliwym sąsiadem-bandytą i nie wierzymy, że rosyjska mentalność może, ot tak, ulec zmianie. Dziś wszystkie paniczne ruchy w Paryżu, Berlinie, czy Brukseli są spóźnione co najmniej o kilka lat. Znamienny jest przykład armii holenderskiej, która w 2011 roku w pozbyła się ostatnich czołgów. Polska nie może sobie pozwolić na taki luksus.

Geopolityka jest bezlitosna. Nawet zmiana władzy na Kremlu, jeśli do niej dojdzie, da nam kilka lat spokoju. Rosjanom zresztą też. Jeżeli układ sił się nie zmieni, to potem… będzie jak zwykle. Żywotnie interesy Polski są bowiem sprzeczne z interesami Rosji. Wystarczy spojrzeć na mapę, żeby zrozumieć, dlaczego. Oddzielamy Rosję od Europy Zachodniej i zdaniem rosyjskich strategów samym swoim istnieniem godzimy w rosyjskie interesy. Tak działo się niezależnie od tego, czy władzę sprawował car, czy komuniści i nie zmieniło się to również po rozpadzie Związku Radzieckiego i tych kilku latach iluzorycznej rosyjskiej demokracji. Dlatego Rosja stale dąży do podporządkowania sobie Polski, a Polska do wypchnięcia Rosji z polityki europejskiej. To jest proste jak działanie czajnika elektrycznego.

Nieustannie trwa też polsko-rosyjska rywalizacja o wpływy w Europie Środkowej, w szczególności na Białorusi i na Ukrainie. Może się wydawać, że po prostu realizujemy politykę Unii Europejskiej, ale tak nie jest, bo akurat w tej kwestii interesy Polski są w znaczącej części spójne z interesami głównych rozgrywających w EU. Wraz ze wzrostem potencjału gospodarczego i militarnego oraz samodzielności politycznej Polski, oko Saurona z Kremla spogląda w naszą stronę z coraz większą uwagą.

Rosja wie, że za chwilę Chiny zaczną ich podgryzać z drugiej strony, więc chcą sobie zawczasu zabezpieczyć tyły. Tak, tyły, bo wkrótce interesy Rosji staną się również nie do pogodzenia z interesami Chin. Stworzenie AUKUS, czyli sojuszu USA, Wielkiej Brytanii i Australii, w oczywisty sposób potwierdza to, co jest wiadome od wielu lat, mianowicie że środek ciężkości walki o dominację na świecie przemieścił się z Europy do południowo-wschodniej Azji.

Świat przez ostatnie trzy dekady był relatywnie spokojnym miejscem dzięki totalnej dominacji USA. To był piękny czas. Był, bo na naszych oczach świat znów staje się dwubiegunowy, przy czym drugi biegun nie będzie leżał w Moskwie, lecz w Pekinie. Rosja jest za słaba, by tworzyć trzeci biegun i będzie słabła nadal. To nie znaczy, że zrezygnuje ze swoich ambicji. Nie jest łatwo zmienić duszę narodową. Przeciętny Rosjanin zniesie biedę, przełknie zamordyzm, jeśli dostanie w zamian złudzenie życia w imperium. A imperialne ambicje Rosji i Chin z pewnością są zbieżne w jednej kwestii – wypchnięcia wpływów amerykańskich z Eurazji.

Rosja nie ma do zaoferowania żadnego atrakcyjnego modelu cywilizacyjnego i trudno się spodziewać, że jakieś kraje europejskie zechcą dobrowolnie wiązać się z nią gospodarczo lub politycznie a już na pewno nie kulturowo. Jedynym sposobem, którym może wciągnąć te kraje do swojej strefy wpływów, jest siła militarna. I dlatego w miejscu, jakie Polska zajmuje na mapie, do przetrwania konieczne jest silne państwo z silną gospodarką i nowoczesną armią. Bo mamy do wyboru tylko dwie opcje: albo stać się słabym i zależnym od sąsiadów krajem buforowym, albo nasze położenie zamienić w atut. To drugie wymaga większej samodzielności a przede wszystkim samowystarczalności. Nawet słabnące USA ma już dość sojuszników, którzy swoje bezpieczeństwo opierają wyłącznie na wsparciu zza oceanu.