Restauracja A. Gessler w Hotelu Francuskim w Krakowie

Maczanka krakowskaSą jeszcze pasjonaci prawdziwej kuchni i całego ceremoniału towarzyszącego ucztowaniu. Kto inny, jeśli nie Adam Gessler może tu być wzorcem mistrza? Można by go odcisnąć w gipsie i odlewać z brązu kopie zapasowe. Przy okazji ostatniej wizyty w Krakowie, postanowiłem sprawdzić, ile jest w tym prawdy. I poszedłem. I się przekonałem. I było dobrze.

Nie będę udawał, że znam starą szkołę restauratorstwa – w końcu najmniej stresujące są dla mnie wizyty w Burger Kingu, gdzie czynność społeczna w postaci składania zamówienia i płacenia zamyka się w trzydziestu sekundach. Podobnie jak wspomnienie smaku Woopera po otarciu ust. Ale nie o tym miało być. Miało być o prawdziwym jedzeniu.

Staram się unikać noszenia marynarek, o garniturach nie wspominając, a co więcej, dorabiam do tego teorię, jak do butów z krokodylej skóry w kontekście wolności jednostki i takich tam. A jednak w tej restauracji w mojej kapturnej bluzie na suwak poczułem się trochę jak w kaloszach na ślubie premiera z wicepremierem. No niestety, na wyprawy innomiastowe nie zabieram eleganckich ubrań, więc nawet nie miałem szansy przyzwoicie się okutać. Pomysł wyprawy do restauracji Gesslera pojawił się bowiem zupełnie niespodziewanie, kiedy moja marynarka była oddzielona ode mnie trzystoma kilometrami remontowanego asfaltu. Ale miało być o jedzeniu.

Wszyscy znajomi powtarzali, że czuli się u Gesslera, jak w filmie Zaklęte rewiry, no to i ja to powtórzę, bo to trafne określenie. Zwykle w knajpie jest jeden kelner, który obsługuje rewir, czyli kilka stolików. Czasem jest osobny spec od win, czasem od deserów. U Gesslera mamy nie tylko różnych kelnerów w różnych uniformach, ale nawet całe klasy kelnerów, coś jak z klasami okrętów liniowych w Royal Navy. Przy czym wszyscy oni zdają się być połączeni telepatycznym Wi-Fi, bo jeśli coś napomkniesz jednemu, po kilku sekundach wszyscy inni o tym wiedzą. Poważnie.

Nie mam żołądka jak Maciej Nowak, więc jak wsunę dwa dania, to się zwyczajnie czuję jak przeładowany TIR. Jestem z musu zwolennikiem metody przez niektórych uznawanej za barbarzyństwo, a przez niektórych za dowód smakostwa. Mowa o podjadaniu, czyli o wzajemnym próbowaniu potraw. Oczywiście nie dotyczy to zup, a ściślej – podjadanie zup to wyższy stopień poufałości. Tak czy inaczej, uczestniczyć muszą w tym osoby, którym to nie przeszkadza. Jeśli więc wybieramy się do knajpy w osiem osób, to średnio cztery-pięć zgodzi się uczestniczyć w podjadaniu. To znakomicie poszerza doznania, a wraz z nimi horyzonty.

Wybrałem dwa dania z pełną świadomością tego, że to odchoruję. Na pierwszy ogień poszła kaszanka. Kaszanka jak kaszanka, tu trudno coś skopać, mając przyzwoity surowiec. Prawdę mówiąc wolę kaszankę, którą sam przygotuję, ale ja jej sobie nie podam srebrnymi szczypcami z żeliwnej patelni gorącej tak, że aż nity trzeszczą. W skrócie – kaszanka była OK.

Korzystając z opcji podjadania, wgryzłem się w tatar. Był to najgorszy wizualnie, ale najsmaczniejszy tatar, jaki jadłem w życiu. Nie przepadam za surowym mięsem, nie ma dla mnie smaku. Smak dodają mu te wszystkie śmieci, które lądują obok, czyli głównie żółtko jajka i cebulka. Jeśli o mnie chodzi, to najchętniej bym to wymieszał, uformował kotlet i wysmażył z tego hamburgera. No ale marzenia na bok, a gesslerowski tatar na celownik. Zamawiasz tatar, a na drewnianym wózku przyjeżdża kawał polędwicy, a wózek pcha kucharz (lub lepiej kucharka) z wielkim nożem, niemal tasakiem, w dłoni. I przez kilka minut ciacha przy tobie w charakterze naocznego świadka to mięcho, aż powstanie nanosieczka, a potem wmieszowuje te wszystkie dobroci, które (IMHO) dopiero nadają mu smak i łychą wali ci tę papę na talerz. I nie ma przy tym żadnej sztuczki z maszynką do mielenia mięsa, o nie! Wygląda to jak lody bekonowe, ale smak… Powiedzieć, że jest wyrąbisty, to jak nazwać katedrę Notre Dame kapliczką. I pomyśleć, że ja kiedyś na poważnie wierzyłem, że człowiek nie umie trawić surowego mięsa.

Drugim daniem, które wybrałem (a raczej polecono mi), była maczanka krakowska. I to jest absolutny debeściak, który każdy powinien spróbować. Już zakupiłem schab, by ową maczankę samodzielnie wykonać, więc oczekujcie przepisu na mojej stronie. Jest to schab gotowany z cebulą i podawany w sosie własnym na bułce. Brzmi banalnie, ale smak maczanki chodził za mną jeszcze przez tydzień. I to w tym dobrym tego określenia znaczeniu. Gadżeciarze mają swoje hasło must have, smakosze powinni mieć więc must eat. I maczanka krakowska u Gesslera jest takim właśnie must eat.

Gęsi pipek był ostatnim z dań, które podjadałem, i mam tu mieszane uczucia. Ja nie lubię podrobów, to żarcie dla psów, ale ten gęsi pipek był… cóż, był naprawdę dobry. Jestem skłonny uwolnić kaczy pipek od inwektywy podrobowej. Bo w końcu, żołądki, jakież to podroby? Tak czy inaczej, było to pyszne.

Zwykle w knajpie sytuacja wygląda następująco: albo wszystko jest dobre, albo wszystko jest złe. Stany pośrednie to rzadkość. To, czy jest smacznie, czy nie, zależy od szefa kuchni i od ogólnych standardów panujących w owej kuchni. Jeśli od progu knajpy wali po sensorach przegrzanym olejem i przyprawą do zup Maggi, to już wiem, że lepiej odwrócić się na pięcie, zanim kelnerzy wezmą mnie na litość. Takie knajpy nie powinny istnieć. Restaurację Gesslera w Krakowie polecam za to z całego serca. Nie znaczy to, że należy się tam stołować codziennie, bo mam pełną świadomość, że w kaszance i maczance z toną smażonej cebuli wchłonąłem tyle kalorii ile wynosi tygodniowa norma dla operatora koparki ręcznej w chilijskim kamieniołomie karnym. Ale raz na jakiś czas przecież można się popaść w klimatach galicyjsko-żydowskich. No nie ma na świecie lepszej kuchni od galicyjskiej.

Wspomnieć należy jeszcze o wystroju wnętrza. Spotkałem się w kilku miejscach z osobliwymi opiniami na ten temat, z których to opinii biła głęboka niewiedza. Otóż to coś na ścianach tej restauracji to nie jest klej pozostały po oderwaniu tapet w kwiatki; się to nazywa przecierka i jest zabiegiem celowym, a chodzi w tym zabiegu o nadanie pomieszczeniu wyglądu starszego niż jest w rzeczywistości. Wiem, bo sam trzasnąłem przecierkę na ścianach w mojej kuchni. Szmatką i szczotką trzasnąłem. Przecierka jest jak malarstwo iluzoryczne; ma budować klimat. Z tego samego powodu w restauracji nie ma głośników nadających przeboje RMF-u; za to obok szatni maestro popyla standardy na klawiaturze fortepianu. Czyli wykwint i popas idą synchronicznie. Najważniejsze jest jednak to, że trzeba się spieszyć, bo ceny tam wciąż (kwiecień 2012) nie są wcale wygórowane. Oczywiście jest drożej niż w barze mlecznym, ale nie drożej niż w innych restauracjach, serwujących smażone podeszwy i gotowane cholewki.

Spieszmy się kochać dobre knajpy, tak szybko drożeją.


Udostepnij
Glodne Slonce

11 Responses to “Restauracja A. Gessler w Hotelu Francuskim w Krakowie”

  1. DeathDay98 Says:

    Mmm… Narobil mi pan smaku… Musze sie tam wybrac :)

  2. TD Says:

    Świetna recenzja, miałem okazję w miarę niedawno stołować się w tej restauracji, wrażenia jak najbardziej pozytywne… Swoją drogą, tak Panu musiało zasmakować że nowy dział na blogu pan stworzył :)

  3. Rafal Kosik Says:

    Skoro przynajmniej dwa razy w miesiącu jestem w jakiejś knajpie, to czemu o tym nie napisać?

  4. pisarz Says:

    Panie Rafale! Błagam, żeby zrobił pan recenzję “Nietykalnych”. Ten film poruszył mnie do łez ( mimo że staram się być twardy ).

  5. Poszukiwacze Says:

    UWAGA! OG?OSZENIE!
    Poszukujemy chłopaka o imieniu Marek, który był na Pyrkonie 2012 przy stoisku Rafała Kosika! Prosimy o odzew na numer gg: 696071
    Nadia i Lisek

  6. Rafal Kosik Says:

    Ogłoszenie: sprzedam Opla. Niebity, żyleta. Ściąga w lewo, ale to może być polityczne - wymiana radia pewnie pomoże.

  7. flamenco108 Says:

    Cytując blogera sprzed ery Internetu (o kaszance i gęsim pipku): się Polakom tego jeść nie godzi, boby nam psi nieprzyjaciółmi byli, gdyż to ich potrawa ;-)

  8. magwac Says:

    Operator koparki ręcznej… Zupełnie jakbym słyszał Neta :D

  9. gall anonim Says:

    Wszystko pięknie, ładnie, a jedno danie kosztuje pewnie tyle co pół pensji normalnie pracującego człowieka ;)Może kiedyś będzie mnie na to stać… jak wcześniej nie będę nic jadła przez trzy tygodnie. W sumie dobrze, więcej wejdzie ;)

  10. gall anonim Says:

    A, chwila, ostatni komentarz dodałam jak nie przeczytałam jeszcze końcówki. Czyli jednak ćwierć pensji ;p Takie klimatyczne restauracje, gdzie kucharz robi tatar na oczach gościa są zazwyczaj koszmarnie drogie, stąd mój poprzedni wpis.

  11. Olla Says:

    Myślałam ,że uwielbiam czytać FNiN, a ja po prostu uwielbiam czytać Pana! Z opisu maczanki, surowego mięcha i podrobów zrobić takie dzieło… Ten styl jest po prostu niepowtarzalny, a ja dochodzę do wniosku, że niewątpliwie ma Pan coś z natury Neta ;) To jest genialne, wplatane teksty zwalają z nóg:)

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).