Vertical - fragment #1

Vertical - okładkaNoc. Gwiazdy w górze, gwiazdy w dole. Cisza, nie licząc poświstywania wiatru i cichych trzasków naciągów sieci. Pająk po sufitem też rozpinał własną sieć, a ja nie zamierzałem mu przeszkadzać. Staruszek obok zaczął cicho pochrapywać. Większa część pokładów i ścian była wykonana z drobnych krat, bądź perforowanych blach. Przez małe otwory w ścianie oddzielającej nasze mieszkania wyraźnie widziałem jego siwe włosy. Przypomniał mi się stary Harsid; miał takie same włosy. Wraz z nim odeszła część starej mądrości. Nie zdążył jej nikomu przekazać. Może nie miał komu.
I wystarczyło, już nie mogłem zasnąć. Leżałem i patrzyłem na słabo jarzące się lampy, wmontowane w elementy nośne. Małe okrągłe lampy same zapalały się o zmierzchu, a gasły rano. Rozpraszały mrok, ale pozwalały też spać. Wyszedłem z korytarzyka, w którym miałem swój kąt i potem, po schodach, na główny pokład. Pusty, bez ludzi, wydawał się być ogromny.
Mężczyzna pełniący nocną straż na pokładzie sterowania pomachał do mnie z góry. Pozdrowiłem go dłonią i podszedłem do barierki. Mechanizm napędu mozolnie wciągał nas po linie bez końca. Obserwowałem jego wysiłek przez kilka minut.
Sigg siedział w swoim ogromnym fotelu i wpatrywał się w okular teleskopu. Konstrukcja z prętów i blach częściowo osłaniała jego królestwo i umożliwiała przekrycie go brezentem na wypadek deszczu. Starając się nie hałasować wspiąłem się po metalowych schodkach na jego pokład, odstający nieco od miasta na masywnym wysięgniku. Obserwator i tak od razu mnie usłyszał. Wyciągnął ręce i posadził mnie na kolanach. Przyłożyłem oko do teleskopu. Gwiazdy, widziane przez przyrząd, były tylko odrobinę jaśniejsze, ale wcale nie większe.
– Czy liny są przyczepione do tamtych gwiazd?– zapytałem.
– Nie. – Uśmiechnął się. – Gwiazdy się obracają, wszystkie razem, a my nie.
– Jakbyśmy siedzieli we wnętrzu kuli?
– Tak to wygląda. Może to my się obracamy a gwiazdy stoją. Nigdy się nie dowiemy.
Gwiazdy migotały delikatnie w nocnym powietrzu. Patrzyłem na nie długo.
Nigdy się nie dowiemy.
– Kto zrobił nasze miasto? Wszystkie miasta?
Sigg zmarszczył brwi, a przynajmniej wydał ciche pufnięcie, które zawsze towarzyszyło zmarszczeniu brwi po kolejnym trudnym pytaniu.
– Pytałeś o to wiele razy.
– A supły na linach? Czy widziałaś kiedyś supeł?
– To tylko taka legenda. Bajka dla niegrzecznych dzieci. Jak ta o słońcu, które pewnego razu na krótko zapłonęło w dole, jakby gdzieś komuś coś się pomyliło.
Sigg lubił mnie, nawet jak zadawałem dziwne pytania. Mówił, że go inspiruję, ale nie wiedziałem, co miał na myśli.
– A co się dzieje ze słońcem? Gaśnie co wieczór, a zapala się co rano. Kto to robi?
Siwa broda Sigga łaskotała mnie w kark, gdy w zamyśleniu kręcił głową.
– Jutro wyczepienie liny.
Powiedział to tak, jakby wszystkie inne rzeczy miały zblednąć i stracić wagę przy tym wydarzeniu.
Wiedziałem już, że nie dowiem się niczego więcej.

Było nas wszystkich coś koło setki. Stałem z innymi na wyższych pokładach i obserwowałem napęd zachodniej liny.
Kilka głośnych uderzeń, krótki jęk i drgnięcie podłogi. Nie było na to rady – konstrukcja zawsze reagowała na zmianę układu sił. Miasto przechyliło się ledwo wyczuwalnie. Regulatorowi zajmie chwilę przywrócenie poziomu.
Szczęki napędu rozwierały się powoli, a wszyscy patrzyli na to, jak na niezwykłe przedstawienie. Po minucie lina z dziwnie cichym puknięciem wysunęła się poza szczęki i odpłynęła powoli. Zaczepiła jeszcze o jeden z masztów, od którego na tę okazję odpięto sieć, i sama oddaliła się na zachód. Naprawdę musiała należeć do wiązki tych z góry, skoro zrobiła to tak szybko. Dobrze, że się jej pozbyliśmy.
Odprowadzałem linę wzrokiem, aż ktoś mnie potrącił i nie potrafiłem jej już odnaleźć. Nie wiedziałem co takiego niezwykłego było w wyczepieniu. W jej miejsce za kilka godzin, może dni, trafi inna lina, współtworząc naszą wiązkę i po tygodniu nikt nie będzie o całej sprawie pamiętał.
– Lina to los.
Odwróciłem się, słysząc znajomy głos. Kapitan stał za mną i patrzył gdzieś w dal. Miał na sobie długą pelerynę – niepraktyczny, acz przydający szlachetności atrybut. Nie wiem czy mówił do mnie, ale i tak poczułem się wyróżniony. Znaczenie tego prostego zdania miałem zrozumieć dużo później.
Sigg wyliczył, że miasta szybko zbliżają się do siebie. W ciągu jednej doby pokonaliśmy kilka dni. Nie było pewności, czy cały manewr się powiedzie. Jeśli jeszcze któraś z lin naszej wiązki, kilka lat wyżej, poza granicą widoczności, należała do innego miasta mogło się zdarzyć tak, że wykonamy tylko spore bujnięcie i wrócimy do poprzedniej pozycji. Nie było na to rady. Nie było nawet sposobu, by przekonać się, która lina nas trzyma na taką odległość. Pozostawało wierzyć, że mamy czystą wiązkę. Potrzebowaliśmy tej Wymiany. Wszyscy liczyli, że uda się nam dostać trochę ziemi. Wiedziałem już wtedy, że ziarenka ziemi powoli ulatywały z wiatrem. Nie pomagały żadne zasłony ani przykrywki.
Zapytałem Yeresta, naszego nowego ogrodnika, skąd się bierze ziemia pod uprawy. Właściwie to znałem odpowiedź, nim jeszcze do niego poszedłem. Brzmiała ona w większości wypadków tak samo:
– Spada z Nieba.
Jakby się nie troszczyć o zielone tarasy, wznoszące się ponad górnymi pokładami i tak ziemi z nich ubywało. Jeszcze gorzej było ze skrzynkami, w których, wokół niższych pokładów rosły pnącza. Ogrodnik wbił łopatkę w doniczkę. Nie był tak dobry jak Harsid, to wiedziałem nawet ja, ale i tak był najlepszy z nas wszystkich.
– Inne miasta potrafią ją poławiać – powiedział. – My za to specjalizujemy się w cięższych przedmiotach, które tamtym drą sieci. Wymieniamy się potem.
Nie miało sensu tłumaczyć, że pytałem o to skąd się wzięła ziemia, zanim spadła z Nieba. Chyba tylko Sigg był w stanie zrozumieć to pytanie, choć i on nie potrafił udzielić odpowiedzi. Zazwyczaj ludzie sądzili, że dokonali niebywałego odkrycia gdy wpadli na to, że wszystko co lądowało w naszych sieciach, musiało kiedyś wylecieć z miasta gdzieś nad nami. To wiedziałem od dawna, ale ja przecież chciałem wiedzieć gdzie była ziemia, jeszcze zanim trafiła do pierwszego z miast.


Udostepnij
Glodne Slonce

6 Responses to “Vertical - fragment #1”

  1. robert Says:

    kocham ta ksiazke!czytalem ja z 8 razy!dzieki,dzieki,dzieki ,jest pan WIELKI:)

  2. stan Says:

    i want to read this book!!

  3. Szachraj Says:

    ja nie rozumiem tej końcówki, czyli że Jonathan założył miasta a Murk Herlan ? i jak to się stało że Jonathan pochodzi z Herlanu skoro Murk dopiero co go stworzył?

  4. Akirazashi Says:

    Tu chodzi o to, że to wszystko dzieje się od nowa, taka pętla czasu np. Murk ze starego drzewa z niebieskiego miasta zanim rozwalili je ludzie z mespalandii zerwał żołądź i kiedy wylądowali z Her w Herlanie (który został tak nazwany od jej imienia) to posadził go w ziemi i powiedział że tu jest dla niego dobre miejsce a 400 lat później żołądź z tego drzewa spadł jonathanowi na głowę i ten schował go do kieszeni, miał go ze sobą gdy rozwaliło się cygaro i spadł. Poźniej było napisane, że zasadził ten dąb w donicy i miał zabrać go ze sobą na jedno z latających miast na kturym 400 lat później żył Murk i to było to drzewo z którego Murk zerwał ten żołądź. Ogólnie takie ślepe koło, to samo powtarzające się co 400 lat i właśnie dlatego prolog który zawsze jest na początku książki tutaj znajdował się na końcu.

  5. Gloria Knipszyc/Laura Says:

    Chcę przeczytać… :] Fajnyy fragment , taki dłuugaśny;]

  6. Maniek Says:

    No cóż… Jeszcze trochę pracy, Lem daleko, daleko za horyzontem.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).