Fantastyczna proza życia

Nie od dziś wiadomo, że literacka część fandomu w sporej części składa się z pisarzy in spe. Marzą im się laury, muzy, statuetki, wywiady, bankiety, fanki… Dziś opowiem Wam, jak złudne są to wyobrażenia o tym zawodzie. Praca pisarza nie cieszy się wielkim poważaniem. Serio. Szacunek wzbudzają czasem jedynie efekty tej pracy. To spora różnica.

Kilka lat temu przez tydzień byłem z rodziną, głównie tą dalszą, na działce. Dzieci, babcie, ciocie, wujkowie i jeszcze parę gatunków krewnych kręcących się wokoło to nie jest dobre środowisko naturalne dla pisarza. Znalazłem sobie jednak miejsce na uboczu i tam przesiadywałem z laptopem. Niestety działka to nie tylko wypoczynek. Koszenie trawnika, pielenie grządek, jakieś malowanie, jakieś przybijanie i temu podobne – zawsze coś się znajdzie. Rodzina usilnie próbowała zagonić mnie do roboty, choć przecież pracowałem. Stary, jaka praca? Przecież siedzisz z laptopem od rana.

W oczach innych koszenie trawnika jest więc pracą ważniejszą od pisania. Efekt koszenia widać od razu, no i jesteś spocony, co zawsze wzbudza szacunek. Rodzina wie, że jestem autorem książek, wie że te książki regularnie publikuję. A jednak ta rodzina nie potrafi przyjąć do wiadomości, że książka nie pisze się sama. Czekałem tylko, kiedy zmniejszą mi racje żywnościowe.

Praca pisarza to codzienne wielogodzinne i samotne ślęczenie nad klawiaturą. Do tego pisarz zwykle pracuje w domu i to jest przyczyną kolejnych kłopotów. Niezależnie, jak bardzo Twoi bliscy będą Cię zapewniali, że Twoja praca jest ważna, to i tak będą ją traktowali jak hobby. Skoro pracujesz w domu, to tak jakbyś nie pracował. Praca to jest, jak wychodzisz z domu rano i wracasz wieczorem padnięty i usmarowany węglem. Nie, no jasne, wiem, musisz się skupić. Już nie przeszkadzam, wychodzę na godzinkę, będziesz miał spokój. Tylko pamiętaj, żeby co pięć minut mieszać zupę. Przecież i tak siedzisz w domu. Albo: Stary, zamawiam pilną przesyłkę, a cały dzień jestem w pracy. Podam twój adres, bo i tak siedzisz w domu, OK? No właśnie. Kumpel nie może odebrać przesyłki, bo jest w prawdziwej pracy, podczas gdy ta Twoja to taka niby-praca. Nikt nie wpadnie na pomysł, by kierowcę autobusu miejskiego poprosić, żeby po drodze odebrał pranie albo zrobił zakupy. No, ale praca w domu to niby-praca.

Są pisarze, którzy tworzą w zgiełku. Piszą w knajpie, na imprezie, miedzy słowami zamienianymi z kumplami, między telefonami, setami wódki, kreskami cukru pudru. Powstająca powieść jest po części zapisem tego, co się dzieje wokół. Czasem tak się da. Czasem. Ale tworzenie fikcji, w dodatku fikcji w skomplikowanym fikcyjnym świecie zawsze wymaga skupienia. Pisarz powinien odłączyć się od rzeczywistości, wejść w stworzony świat i pozostać w tej bańce przez kilka godzin. Przecież nurek nie wynurza się z dwudziestu metrów, aby odebrać komórkę. Pisarz też musi wejść w inny świat. Tylko pamiętaj, żeby co pięć minut mieszać zupę. I domek z kart rozpada się na wietrze. Ponowne ustawienie go zajmie kwadrans, pół godziny. Brzmi jak fanaberie rozpieszczonego artysty, prawda? Tak właśnie wszyscy myślą.

Osobna sprawa to samodyscyplina. Będziesz pracował pół roku, rok, może dłużej, bez nikogo, kto będzie nad Tobą stał i Cię poganiał. Kierowca autobusu miejskiego nie powie pasażerom, że nie może się zebrać do pracy i wróćcie ludzie jutro, bo teraz mam depresję. Pisarz swobodnie może odłożyć pracę na później. Wielu, ba! większość, poległo na tym polu. Mieli pomysł, umieli pisać, ale nie potrafili się zmusić do konsekwentnej harówki. Tu też świat jest Twoim wrogiem. Stary, masz termin dopiero za pół roku. Chodźmy na piwo. Co będziesz tak siedział nad tym kompem? Jest niemal pewne, że ten dzień będzie właśnie tym, którego zabraknie za pół roku. Wtedy będziesz zarywał noce i chodził jak zombie.

A jeśli już szczęśliwie skończysz pisać i będziesz wreszcie chciał iść spokojnie na piwo z kumplem, to on wtedy odpowie, że nie może, bo musi napisać raport i szef go ciśnie. Jego ciśnie szef, do którego przecież nie zadzwonisz z pretensją, a Ty jesteś sam sobie szefem. To często naprawdę duży problem i wcale nie przy okazji wyjścia na piwo. Częściowo rozwiązuje go wystarczająco upierdliwy redaktor, ale on też nie może być nadzorcą.

No i jeszcze ta niepewność, co czeka Cię na końcu drogi. Autor nie ma stałej pensji i nie może palić opon pod Urzędem Rady Ministrów, jeśli uważa, że za mało zarabia, że państwo nie kupuje od niego książek na tony. Klepiesz coś miesiącami, dzień w dzień, i wcale nie wiesz, czy dostaniesz za to chociaż złotówkę, czy wydawca weźmie Twoją książkę, czy ktoś ją potem kupi. Nie wiesz nawet, czy uda Ci się skończyć, bo wena to nie jest coś, co można kupić w hurtowni albo zaprenumerować. To działa bardzo demotywująco. Jest sporo doskonałych pisarzy, którzy napisali kilka opowiadań i nic więcej.

Na koniec jeszcze jedno. Musisz sobie zadać ważne pytanie o motywację: czy chcesz pisać książki, czy raczej chcesz być pisarzem. To dwie zupełnie różne sprawy. Branie się do tworzenia literatury z tego drugiego powodu nie zaprowadzi Cię daleko. Pisanie musi wynikać z wewnętrznej potrzeby opowiadania i musi być poparte kilkoma cechami, z których wyobraźnia jest chyba najważniejsza. Sporo autorów niefantastycznych (nie wszyscy, rzecz jasna) ma kłopot z wyobraźnią, czy raczej z jej brakiem. Operują pięknym językiem, lecz treść musi za nich napisać życie. Pierwsza książka jest zapisem doświadczeń życiowych autora, druga jest o tym, jak został Pisarzem. Trzeciej już nie będzie lub (jeśli autor się jednak bardzo uprze) będzie pięknie napisanym literackim bełkotem bez treści. W fantastyce to nie przejdzie.


Udostepnij
Glodne Slonce

11 Responses to “Fantastyczna proza życia”

  1. Magd Says:

    Pisarzem nie jestem, ale nie licząc tych fragmentów, gdzie tłumaczenie nie pokrywa się z pisaniem, to jakbym słyszała swoje własne narzekania po powrocie z wyjazdów, na które zabierałam laptopa do pracy… a rodziciele chyba nigdy nie przestaną mnie wyganiać do “jakiejś normalnej pracy z ludźmi, bo co to za praca, skoro siedzisz w domu” względnie “siedzisz w domu, to byś sobie zrobiła gromadkę dzieci, żeby ci się nie nudziło”. Przykre to - bo większość otoczenia (właśnie tego ciut dalszego, bo najbliżsi widzą, jak się jest schetanym jak koń po westernie po dniu przed laptopem) jakoś nie daje się wyedukować. Kiwają głową a pięć minut później rzucają tekst o zupie.

  2. Jacek Says:

    Magd
    Sama sobie gromadki dzieci nie zrobisz. I nie daj się wyedukować. Choć sysyem o tym marzy

  3. wisznu Says:

    No to pozostaje wynająć jakieś biuro i w nim pisać - wychodzić np. o 8 rano i wracać o 16. Ewentualnie zostawać na nadgodziny, jak wena przyjdzie po południu ;)

  4. szary Says:

    Mówiąc szczerze dokładnie tak sobie to wyobrażałem.

    I czysto teoretycznie myślałem sobie, że takie cuś mogłoby pomóc:
    http://indechouse.net/modern-and-minimalist-garden-play-and-work-house-design-by-archipod.html

    Nawet czytnik kart RCP bym sobie zamontował, żeby się samego móc bardziej motywować. Teraz jak siedzę nad serwisem urządzeń do wykrywania nieszczelności instalacji gazowych wieczorami to i tak muszę się co chwila zawracać z kuchni albo z salonu…

    Więc czapki z głów!

  5. Michał Says:

    U mnie rodzina uważa pisanie za pracę i nawet nie przeszkadzają mi, gdy już złapię wenę. Gorzej, że piszę teksty dotyczące gier komputerowych. To już jest problem, bo żeby napisać taką recenzję, to trzeba tę grę przejść, a przecież jak siedzę i gram, to co to za praca…

  6. Laura Veronique Says:

    Niestety komentarz, krótki, bo wolno stukam palcami, a muszę co pięć minut mieszać zupę, dlatego napiszę tylko tyle, że tekst święty i dużo mówi o harówce pisarza:)

  7. Dziobal Says:

    Wiesz, ludzie nie znają zazwyczaj zbyt wielu pisarzy więc nie wiedzą, że musisz siedzieć w bańce, która pęknie jak ktoś zadzwoni z przesyłką do Twoich drzwi. Mam znajomych, którzy pracują z domu (architekt, programista) i raczej nie mieliby z tym większego problemu.

    P.S. oczywiście nigdy nie odwiedzam ich w godzinach pracy :)

  8. Fan anonim Says:

    Też kiedyś próbowałem coś tam pisać, ale pisanie fantastyki to chyba jednak nie moje powołanie. Czasem lubię sobie coś napisać (fantastykę i ne tylko) i bywa, że nawet ktoś to przeczyta. Często jednak nie chciało mi się pisać i sobie odpuszczałem. Lubie za to nawet rozważania filozoficzne.

  9. Amy Says:

    Mhm, mam wrażenie - albo może raczej nadzieję - że takie podejście zmienia się powoli. U mnie w firmie, na przykład - a pracuję w ogromnej międzynarodowej korporacji - coraz popularniejszy jest tzw. homeworking. I też się trzeba skupić na te osiem godzin, a do kuchni pomieszać zupę wyjść nie bardzo można, bo a nuż widelec akurat telefon zadzwoni i nie zdąży się odebrać? (Brzmi może trochę paranoicznie, ale w mojej pracy nieodebrany telefon to nieledwie zbrodnia, chociaż nie mamy nic wspólnego z klasycznym telemarketingiem.)
    Inna sprawa, że faktycznie ogromnym problemem jest - albo może być - kwestia automotywacji. Nawet w największym pisarskim amoku nie udało mi się jak dotąd przesiedzieć nad jednym tekstem więcej jak 5, 6 godzin. Nie wiem, jak Ty to robisz.
    Poza tym ja chyba nie miałabym odwagi być pisarką na pełen etat. Nie posiadam partnera, na którego pensji moglibyśmy ewentualnie przeżyć gdyby akurat było chudo z wypłatami za literaturę, a taka niepewność finansowa musi być cholernie stresująca. Z drugiej strony, jeśli po ośmiu godzinach gapienia się w monitor w pracy i klepania faktur czy zamówień wracam do domu, nie bardzo mam już siłę cokolwieć pisać. Zmuszenie się do napisania paru stron wydaje się wtedy niewykonalne, a cóż dopiero frenetyczne pisanie, jakie pamiętam z okresu mojej pierwszej (i póki co jedynej ukończonej) książki. Wtedy jednak byłam na studiach, było łatwiej.

  10. Eleyne Kot Says:

    Tiaaa.. A co maja powiedziec indies? Nie tylko znalezc czas na regularna prace w celu zarobienia na zycie, ale i na pisanie i na wlasnoreczna promocje tego co sie napisalo…
    I tez otoczenie nie rozumie - czemu ty ciagle siedzisz w tym necie?
    Grrr…

  11. Rev Says:

    U mnie pisanie wygląda tak: jednak dziękuję losowi, że internet jest na kabel, który nie sięga do mojego biurka w pokoju, bo inaczej co najwyżej bym otworzyła Worda. Później wpisuję 2-5 zdań. Teraz czeka mnie godzina, dwie, dwie i pół gapienia się w migający kursor, względnie dokonywania korekty tekstu wcześniejszego - jednej z wieeeelu korekt. Nagle - mam! Tak, już wiem, mam plan! Tak, nareszcie, super! Klikam w klawiaturę jak szalona przez 2-5 minut. Wtedy słyszę magiczne “obiad!”. Po obiedzie ten sam genialny pomysł nie jest już tym samym genialnym pomysłem.
    Profesjonalną pisarką nie jestem, ledwie poziom 0,5, ale tekst pana Kosika dobry i bym się z nim zgodziła. ;)

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).