Dziś fantastyka, wczoraj rzeczywistość

Tak z piętnaście lat temu napisałem opowiadanie. W odległej przyszłości aglomeracja warszawska zlała się w jedno z łódzką i radomską, tworząc megalopolis, z którym w Europie mogły się równać dwie albo trzy podobne struktury. Od początku wiedziałem, że to zupełnie nierealne, ale pomysł mi się spodobał, jak wiele z okolic radosnego nurtu fantastyki opisującej Wielką Rzeczpospolitą. Trzeba bardzo uważać z tego rodzaju wizjami, bo niechcący można wypaść z gatunku SF i trafić do reportażu.

Niedawno jechałem szybkim pociągiem z Pekinu do Szanghaju i po godzinie jazdy z prędkością 350 km/h uświadomiłem sobie, że za oknem wciąż przemykają bloki i biurowce, i to takie raczej powyżej dwudziestu pięter. Wystarczył szybki i całkiem prosty rachunek, by obliczyć, że od 350 kilometrów niemal nieprzerwanie ciągnie się obszar zurbanizowany. By stworzyć w Polsce coś podobnego, nie wystarczyłoby połączyć blokowiskami Łodzi, Warszawy i Radomia. Tu należałoby rozciągnąć warszawski Ursynów oraz krakowskie Bronowice tak, by spotkały się w okolicach Częstochowy. Wyobraźcie sobie podróż z Warszawy do Krakowa bez wyjeżdżania z miasta. To będzie prawie ta skala. Prawie.

W Chinach jest kilkadziesiąt miast większych od Warszawy, o których istnieniu znakomita większość czytających ten tekst nie ma pojęcia. Zresztą piszący ten tekst również. Część z tych miast trzydzieści lat temu była jeszcze wioskami, jak Warszawa siedemset lat temu. Często mają wybudowane już za naszego życia metro, zwykle większe od warszawskiego i rozrastające się w tempie niespotykanym w Europie. Metro w Pekinie niewiele ustępuje wielkością londyńskiemu, a założę się że za kilka lat je przegoni. W Sznaghaju jest maglev wożący ludzi z centrum na lotnisko – zamiast dopracowywać latami technologię i optymalizować koszty, Chińczycy po prostu wybudowali linię, która skróciła czas dotarcia na lotnisko kilkakrotnie. Zatem jeśli przyszłoby mi teraz snuć wizje przyszłości transportu miejskiego, to wszystko poniżej tunelu Schwarzschilda (mostu Einsteina-Rosena) między Bródnem a Żoliborzem brzmiałoby banalnie.

Pamiętacie scenę z filmu Raport mniejszości, w której interaktywne reklamy zaczepiają Toma Cruise’a i podsuwają mu spersonalizowane oferty? W Szanghaju odwiedziłem McDonaldsa (cierpię na manię porównawczą hamburgerów w różnych miejscach świata) i przy okazji odkryłem coś ciekawego. Nie można tam płacić kartą typu Visa czy MasterCard, bo to forma przestarzała, jak czeki, koraliki albo muszelki. Można za to płacić, m.in. korzystając z systemu rozpoznawania twarzy. Kusiło mnie, żeby sprawdzić, co się stanie. Ostatecznie jednak uznałem, że nie warto ryzykować, bo mogłoby to zostać potraktowane jak płacenie fałszywymi pieniędzmi.

Mimo pozornej swobody i preferencyjnego traktowania obywateli państw zachodnich, warto zachować czujność. Kamery są wszędzie, paszport trzeba okazywać nawet podczas kupowania biletu na pociąg. Numery rejestracyjne samochodów są sczytywane w wielu miejscach na zwykłych ulicach. Przy wejściu do parku narodowego trzeba się zalogować w bramce odciskiem palca. Tak, odcisk palca, żeby wejść do lasu. Przy wejściach do metra, do ważniejszych zabytków, etc. torby i plecaki są prześwietlane, a każdy musi przejść przez wykrywacz metalu. Te kontrole są bardzo powierzchowne, ale w sytuacji podwyższonego zagrożenia w jednej chwili mogą się zamienić w bardzo dokładne. Rodzi to czasem absurdalne sytuacje, bo np. przy wejściu na teren pekińskich targów książki ochrona konfiskuje zapalniczki, a na patio między halami wolno palić i stoją tam popielniczki. I ludzie palą.

Absurdy to jednak nieodłączny efekt uboczny każdego wielkiego planu. Podejrzewam, że nawet nie kilkanaście, lecz kilka lat dzieli nas od momentu, gdy system Państwa Środka będzie wiedział, gdzie mniej więcej znajduje się każdy obywatel, nawet jeżeli ten zostawi w domu wszelkie urządzenia elektroniczne. Chociaż pewnie nie będzie mógł zostawić, bo po wycofaniu z obiegu pieniędzy papierowych, smartfon lub urządzenie, które go zastąpi, będzie niezbędne, by wsiąść do autobusu, kupić jabłko lub skorzystać z windy.

Chiny bardzo ostrożnie podchodzą do wpuszczania na swój rynek zagranicznych firm i technologii. Jeśli to tylko możliwe, stosują własne rozwiązania, zwykle kopie zachodnich, np. lokalne systemy płatności czy media społecznościowe. Serwisy takie jak Facebook, Messenger, WhatsApp, Instagram, Google, Gmail, Google Maps, Google Translator, Youtube i wiele innych, są blokowane, a turystów namawia się na rejestrowanie się w chińskich odpowiednikach. Nie ma przymusu, ale niedługo może się to okazać obowiązkowe.

Ta cenzura to poważnie utrudnienie dla biznesu, a nawet dla zwykłych turystów. Spowodowane jest to chęcią dokładnej kontroli przesyłanych treści, ale jest to też element wojny ekonomicznej z Zachodem, głównie z USA. Zatem wizja rozpadu internetu na izolowane wyspy też już się realizuje. Z większości krajów arabskich nie da się połączyć ze stronami zawierającymi treści nieakceptowalne przez tamtejsze rządy, czyli na przykład erotykę. Za chwilę kolejną wyspę stworzy EU pod pozorem niedostosowania obcych serwisów do RODO. Na marginesie, smutno obserwować proces powolnego zamykania się i dzielenia świata, wcześniej otwartego właśnie dzięki internetowi.

Świat się zmienia, a wygląda na to, że Chiny zmieniają się najszybciej. Niedawno pisałem, że Social Credit System, czyli System Wiarygodności Społecznej, jest w planach, a on już działa. W pociągu, tym jadącym 350 km/h, co jakiś czas powtarzane były komunikaty po chińsku i angielsku, że za jazdę bez biletu, prócz normalnej kary, automatycznie zostanie również wysłane zgłoszenie do owego systemu.

Słynne powiedzenie „Wczoraj fantastyka, dziś rzeczywistość” można spokojnie zamienić na „Dziś fantastyka, wczoraj rzeczywistość. W Chinach”. W zasadzie każdy pisarz dotykający w swojej twórczości futurologii, powinien wybrać się na małą wycieczkę po Chinach, żeby sprawdzić, czy jego śmiałe wizje przyszłości nie zostały już przypadkiem zrealizowane.


Udostepnij
Glodne Slonce

3 Responses to “Dziś fantastyka, wczoraj rzeczywistość”

  1. Charlie Bibliotekarz Says:

    Chciałbym odwiedzić Chiny tylko ze względu na to co Pan pisze. Koleżanka bibliotekarka odwiedziła jedno z większych miast (otwarcie dużej biblioteki) i miała podobne wrażenie - wszystko jest na kody QR, bez smartfona ani rusz. Biblioteka działa prawie automatycznie i oczywiście inwigilacja totalna.

    Odbiegając od tematu. Nie wiem czy oglądał Pan serial HBO “Rok za rokiem”. Moim zdaniem ta produkcja pokazuje wiele mechanizmów, które już teraz się stają faktem, a na głowę bije ostatni sezon “Czarnego lustra”/

    Pozdrawiam serdecznie

  2. paul z Says:

    Przychodzi mi na myśl bańka mydlana. Też może szybko urosnąć i fajnie wygląda. Ale już pisałem o słabościach układu, w którym państwo musi z wielkim wysiłkiem nadzorować obywateli, bo jak mrugnie, zaraz coś ukradną. Gdyby układ zachodni działał poprawnie, Chiny nie miałyby na dłuższą metę szans w konkurencji, bo tutaj każdy dba o państwo z własnej woli, z czystego egoizmu – czyli taniej. Różnica kosztów, wysiłków, które trzeba poświęcić na trzymanie tego do kupy, których brakuje gdzie indziej, jest na tyle ogromna, że może decydować o życiu i śmierci.
    Chiny istnieją dla cesarza, państwa Zachodu dla obywateli, i odpowiednio działają ich najmniejsze, najmniej widoczne, najważniejsze dla stabilności państwa, komórki. Czy też raczej działałyby, bo Zachód zbyt już się do Chin upodobnił. Społeczeństwo jest dla szlachty, nie dla mnie, więc niech się sypie, mi ważne jest tylko to, co mogę ukraść z powrotem. A jak wali się płot, co mi tam, to płot pana, nie mój. Czyli każdy zając wywołuje ryzyko klęski głodowej, bo kapusta broniona jest z opóźnieniem, gdy wieść dotrze do bata. Potęga Chin wynika ze słabości Zachodu.
    Chiny wybuchowo urzeczywistniają potencjał, który uśpił Mao, uczą się od tych, którzy uczyć się przestali, bańka mydlana rośnie błyskawicznie. Ale istnieje pułap, który ją ogranicza, rozmiar, w którym pozostaje jej zapaść się w sobie, rozpaść się, lub zmutować kod genetyczny. Ilość zmian, które potrafi kontrolować jeden jedyny cesarz, zależy od środków kontroli, jest jednak ograniczona. Układy oparte na prawach maluczkich mogą rozrastać się w nieskończoność, bo niezależnie od tego, co sknoci wielka polityka, kod genetyczny przetrwa na najbardziej podstawowym poziomie – maluczkich wymordować się nie da, bo to od nich zależy siła państwa, a oni zawsze będą próbować utrzymać i odtworzyć korzystne dla nich społeczeństwo. Zawsze będą dbać o to, by to państwo dostosowywało się do zmian, które przecież mają tym więcej wpływu, im mniejsza komórka. Maluczkich jest o wiele więcej niż wielkich, tym samym wzrasta prawdopodobieństwo, że kod przetrwa i odrodzi państwo. Wystarczy jeden jedyny niedobitek, który uciskanych zarazi nadzieją.
    Problem w tym, że nie nauczyliśmy się jeszcze, jak bronić układ przed chciwością szlachty. Dlatego Chiny mogą udawać wielkie, a my odchodzimy w zapomnienie. Ale powrócimy. Wystarczy jeden niedobitek.

  3. paul z Says:

    Aha, przepraszam: Mieszają mi się słowa układ, ustrój i system. Ale dla mnie to to samo, kombinacja pól siłowych, zawsze i wszędzie organizujących się wedle tych samych, durnych reguł. Ja myślę raczej obrazkami, ale pisarza to może gryźć w oczy.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).