Czynniki środowiskowe

Kiedyś, dawno temu, w czasach schyłkowego PRL-u, w szkole, do której chodziłem, ktoś sobie przypomniał o pryncypiach socjalizmu. Odkurzono jeden z wielu dziwnych i praktycznie martwych zapisów regulaminu, mianowicie ten, że każdy uczeń ma obowiązek przynieść pięć kilogramów makulatury. Nie pamiętam, miesięcznie czy rocznie, na pewno bezpłatnie. Z całej trzydziestoosobowej klasy tylko dwóch uczniów się tym przejęło. Jakiś kujon, no i ja (który kujonem nie byłem, dla jasności). On przyniósł coś około siedmiu kilo, ja około czterech. Jemu podniesiono ocenę ze sprawowania, mnie obniżono, a reszcie klasy tej oceny nie zmieniono.

Drugi przypadek z tej samej kategorii to mój pierwszy projekt zaliczeniowy na studiach. Wtedy pobiłem własny rekord i nie spałem przez ponad siedemdziesiąt godzin. Ale na termin się wyrobiłem. Wyrobiła się jedna czwarta naszej grupy, reszta poprosiła o wydłużenie terminu. Tej jednej czwartej oceniono prace, a oceny były raczej słabiuchne, i podano uzasadnienie. Reszta grupy przeczytała uzasadnienia, wyciągnęła wnioski i wprowadziła je w życie. A tej naiwnej jednej czwartej niczego poprawiać nie pozwolono.

Tego typu wydarzenia zwane czasem „lekcjami życia” tak naprawdę uczą nas więcej niż oficjalne zadanie, które mieliśmy wówczas wykonać. Różni ludzie wyciągają z nich różne nauki, przy czym zazwyczaj nauczyciel jest przypadkowy, efekt edukacyjny mało przydatny społecznie, a bywa że nie niekorzystny dla samego ucznia. Oczywiście zdarzają się i inne, pozytywne lekcje życia, ale tutaj je pominę.

W pierwszym wspomnianym przypadku w roli nauczyciela wystąpiło biurokratyczne zacięcie oceniającego, który musiał kogoś ukarać za spektakularne fiasko akcji zbierania makulatury, a przecież nie mógł ukarać niemal całej klasy. Oceniający wybrał mniejsze zło, czyli ukarał jedynie mnie, a wydatnie pomógł mu w tym błąd poznawczy zwany efektem pominięcia. Nauka, którą miałem odebrać od losu brzmiała „nie wychylaj się, zachowuj się jak wszyscy”.

W drugim przypadku nauczycielem było lenistwo profesora oceniającego projekty. On zwyczajnie w najprostszy możliwy sposób zredukował sobie czas pracy o jedną czwartą. Nauka z tej lekcji brzmiała „jeśli bardziej się starasz, to jedynie bardziej się spocisz”.

Nidy nie potrafiłem przejść do porządku dziennego nad… nawet nie nad nieuczciwością podobnych sytuacji, lecz nad ich szkodliwością społeczną w dłuższej perspektywie. W praktyce trudno coś z zrobić ze zjawiskiem tak masowym i towarzyszącym nam na każdym etapie życia. Te dwa przykłady to przecież jedne z wielu tysięcy, jakich doświadcza dorastający człowiek. Można powiedzieć, że ta cała szkoła życia nie robi nic innego, jak przystosowuje nas do życia właśnie. Ten sam mechanizm odpowiada za przyszły kształt społeczeństwa.

Innymi słowy, uczymy się rozwiązywać problemy, jednocześnie te problemy tworząc. Produkujemy cwaniaków, leni, manipulantów, ludzi o wąskich horyzontach, niekreatywnych, wybierających najprostsze rozwiązania. A to z nich będzie się składał świat, gdy dorosną. Zatem najlepszym dostosowaniem będzie przyswoić sobie takie właśnie umiejętności i wykreować podobne cechy u siebie.

W świecie cwaniaków, którzy próbują cię orżnąć na każdy możliwy sposób, sam musisz stać się cwaniakiem, żeby nie dać się orżnąć. W świecie leni każdy pracowity człowiek będzie zmuszany do pracy za innych albo sam zostanie leniem. W świecie manipulantów uczciwy przepadnie z przyczyn oczywistych albo sam będzie musiał odbyć przyspieszony kurs podkładania świni.

Cwaniactwo, lenistwo i manipulanctwo to tanie substytuty mądrości, rozsądnego planowania i umiejętności przekonywania z użyciem merytorycznych argumentów. Cwaniak nie rozumie, że czasem warto przegrać, żeby nie podważać zasad samej gry. Leń uważa, że jego malutkie nicnierobienie nie czyni statystycznie zauważalnej szkody. A manipulant w ogóle się nie zastanawia nad niczym, poza własną korzyścią. Oni wszyscy razem wzięci stworzą substytut społeczeństwa.

Można by powiedzieć, że ostrzejsze zasady gry stworzą ostrzejszych graczy, więc i większe możliwości. I będzie to prawda, tylko po co to robić? Jest granica, za którą zdrowa konkurencja zamienia się w zwykłe marnotrawstwo, bo zbyt dużo energii idzie na walkę zamiast na pracę. Dalsze wzmacnianie tej tendencji niszczy państwo i społeczeństwo, a ich miejsce zajmują walczące ze sobą gangi.

Może więc ci ostrzy gracze są potrzebni społeczeństwu w konkurencji z innymi społeczeństwami. Tylko jakimi? Jeśli w konkurencji z mieszkańcami bogatych i zaawansowanych technologicznie krajów, to tamci na wstępie uznają nas za pozbawionych ogłady dzikusów. Jeśli z mieszkańcami najbiedniejszych i przeludnionych rejonów świata, to możemy mieć pewność, że w zawodach wpychania się bez kolejki oni będą znacznie lepsi.

I cóż z tym można zrobić, skoro czynniki środowiskowe są niezwykle trudne do modyfikowania? Karanie głupich i leniwych nauczycieli wymagałoby użycia środków administracyjnych, a to oznacza, że zwyczajnie możemy sobie darować, zanim zaczniemy. Zróbmy coś, co jest w zakresie naszych realnych możliwości. Najlepszym sposobem jest dawanie dobrego przykładu. Jeżeli ktoś się wpycha przed ciebie w kolejkę w spożywczym, to go wpuść. Tylko nie zapomnij o pełnym kultury i ironii komentarzu, który nie da burakowi zasnąć tej nocy. Masz ten komfort, że nie stoisz w tej kolejce po ostatnie pięć bułek. Ty stracisz pół minuty, ale cóż to jest wobec choćby cienia szansy, że burak po raz pierwszy w życiu poczuje coś na kształt refleksji nad swoim postępowaniem?


Udostepnij
Glodne Slonce

4 Responses to “Czynniki środowiskowe”

  1. dzemeuksis Says:

    Och, jakże boleśnie prawdziwe. Aczkolwiek ostatniego fragmentu nie zrozumiałem. Wydaje mi się, że w myśl felietonu należałoby właśnie typa nie wpuścić z komentarzem: “Trzeba było zapytać a teraz to czekaj w kolejce”. W przeciwnym razie znowu burak zostaje wygranym, bo ona ma wywalone na ironiczne komentarze i do żadnej refleksji to u niego nie prowadzi. Należy mu bez ceregieli pokazać, że jego zachowanie jest nieskuteczne. Tak to widzę.

  2. Wojtek Says:

    Ha, ale ilu buraków przejmie się komentarzem?

  3. paul z Says:

    Jaki pan, taki sługa. Planeta orientuje się wedle gwiazdy, kocię wedle kotki, elektron wedle jądra atomu, człowiek wedle samca alfy – istniejącego jako abstrakcja, ukazująca oblicze państwa, Boga, ideologii, społeczeństwa. Najsilniejsze źródło energii tworzy reguły, bombardując podwładnych ujednoliconym kodem genetycznym nadpisującym ich własny, płacąc porządkiem za posługi: ot i uniwersalna teoria pola.
    Znaczy się, przykład dawany przez autorytety jest niezwykle ważny, a Pana przykład liczy się bardziej niż mój. Świat rządzony przez chamów zmienia każdego w chama – przecież każdy chce być alfą, a to najwyraźniej działa w danym środowisku. Cnotliwy przykład też nic nie da, gdy zaczyna brakować bananów: wtedy nasz Bóg upada, zaczynamy spostrzegać jego niedociągnięcia, a on musi szacunek i przykład zastąpić strachem i pięścią, jeśli nie chce sam być zastąpiony. Autorytet bierzemy na wiarę, gdy ginie wiara, ginie rzeczywistość.
    Gdy jego kod genetyczny przestaje działać stabilizująco w danym środowisku, wzrasta entropia, bo każda cząstka szuka sobie innego źródła energii – a chętnych na Boga nie brakuje. Jeden układ rozpada się na mniejsze. Wzrasta chęć uzdrowienia kodu, powrotu do przeszłości, „lepszych czasów” - łatwo wtedy wdrożyć kod sfałszowany, tylko powierzchownie przypominający oryginał (nowotwór, PiS, podział etnicznie dość jednolitych „tutejszych” na Polaków i Rusinów przez zaborców tylko po to, by poszczuć ich na siebie). Chętnie też izolujemy się, tworzymy własne, „zdrowe” układy, maleńkie plemiona o własnym, zmutowanym kodzie, działającym niestety tylko dla nich (zaślepienie akademików teoriami, fejsbuk, America First, znów rak, tworzący dla swoich raj pasożytujący na reszcie organizmu). Wszystkie te symptomy, neutralizowane dotychczas przez niby-Boga, wychodzą na wierzch i ukatrupiają jego świat.
    Czyli klub porządnych ludzi, gardzących chabetami Mahometa (czy chodzi o inne Buraki?), może być tylko początkiem. Jeśli nie potrafi rozwiązać praktycznych bananowych problemów, pozostanie izolowaną wysepką w chamskim potopie. Bo chamstwo, bezpardonowa walka o własne dobro, chaos tworzy, ale i daje największą szansę w nim przetrwania. Chamska apokalipsa różni się od tej z zombi tylko tym, że zombi są głupsze, gorzej uzbrojone i mniej okrutne niż banderowcy czy islamiści.

  4. Renata Says:

    Chciałabym zauważyć po pierwsze, że jednak, uczciwa ciężka praca się opłaca, co widać dobitnie na przykładzie autora tego celnego tekstu. A jaka nauka z opisanych przypadków. Ano, żeby nie identyfikować się ze stadem. Uczciwie robić swoje i najlepiej na swoim. Problem stary jak świat i przyznam rację poprzedniczce, ryba psuje się od głowy. Nie tylko Pan nie potrafi nad tym przejść do porządku dziennego i tylko dzięki takim ludziom można jeszcze wierzyć w człowieka.
    A co do opisanego przykładu chamstwa w kolejce. Tak, zgadzam się z Panem zupełnie. Mój dziadek zawsze powtarzał, nie zadawaj się z chamami.

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).