Czy od kopiowania nikomu niczego nie ubywa?

Czy od kopiowania nikomu niczego nie ubywa?Walka toczona o wolność słowa w internecie z wolnością słowa ma niewiele wspólnego. „Wolność słowa” po prostu ładnie brzmi, podobnie jak „wolności obywatelskie”, „solidarne państwo” czy „aromat identyczny z naturalnym”. Takie gładkie hasła zwalniają z myślenia, bo ładnie zaklajstrowują sumienia i dają gotową odpowiedź na niewygodnie pytanie, przeciw czemu protestujecie. Ustalmy więc na początku, że chodzi po prostu o utrzymanie obecnego stanu niedopowiedzenia prawnego, pozwalającego na bezpłatne korzystanie z cudzej pracy, czyli głównie na ściąganie filmów i muzyki. Reszta to nadbudowa automotywacyjna i kamuflaż moralny.

Twórca udostępnia swój produkt i oczekuje w zamian pieniędzy. Jeśli ktoś korzysta z jego produktu i mu nie płaci, to postępuje nieuczciwie. To jasne, ale czy to jest kradzież? Do nielegalnego ściągnięcia pliku z filmem z sieci określenie „kradzież” nie do końca pasuje, bo oryginał nadal jest tam, gdzie był i nikomu niczego nie ubyło. Jednak określenie „uczciwe” też nie pasuje, bo twórca nie otrzymał zapłaty za swoją pracę. Wchodząc do kina bez biletu też nikogo nie okradasz w sposób bezpośredni. Brakuje odpowiedniego słowa pośredniego znaczeniowo między „kradzież” a „kopiowanie”.

Co ciekawe w potocznym języku słowo „kradzież” jak najbardziej odnosi się do wartości intelektualnych. Funkcjonuje powiedzenie „ukradł mi pomysł”. Ktoś, komu ukradziono pomysł, czuje się poszkodowany. Dyskusja na temat dopuszczalności kopiowania wartości intelektualnej bierze się z tego, że fizycznie MOŻNA to zrobić. Rozważania nad tym, czy kopiowanie zegarków albo kuchenek mikrofalowych w zaciszu domowym powinno być dozwolone prawnie, nie ma przecież sensu. A gdyby tak… gdyby było to możliwe?

W czechosłowackim serialu Spadła z obłoków Majka, posprejowana na złoto kosmitka, na konferencji prasowej oznajmia, że w świecie, z którego przybyła, nikt nie musi pracować. A nie musi, ponieważ istnieje podręczna kopiarka do wszystkiego. Po czym udowadnia prawdziwość swych słów, wyciągając z klamerki paska dwa małe dyngsy i wielokrotnie kopiując za ich pomocą talerz z ciastkiem, a następnie neseser czechosłowackiego Foxa Muldera. Piękne, prawda? No to wyobraź sobie teraz, że jesteś rzemieślnikiem, który tworzy, niech będzie swojsko, kufle do piwa. Wyobraź sobie następnie, że w twoim mieście ląduje desant czechosłowackich kosmitów z dwoma dyngsami i w imię walki o „wolne kufle” zaczynają kopiować efekty Twojej pracy oraz rozdawać je za darmo. No i niby nikt Ci ani jednego kufla nie buchnął, ale sprzedaż kufli raptownie spadła. Czy w wyniku kopiowania ubyło Ci coś, czy nie?

Już w średniowieczu starano się chronić wartości intelektualne, choć sposób bywał odmienny od współczesnego. Na przykład mordowano architekta, po tym jak ukończył najwspanialszą w mieście wieżę, by nie mógł powtórzyć owego wyczynu gdzie indziej. Jednak historia rozwoju cywilizacji to historia wolnej (w obydwu znaczeniach tego słowa) wymiany idei. Patenty nie istniały, więc wymyślony w pewnym rejonie Europy pług, który znacznie poprawiał wydajność produkcji rolnej, po kilkudziesięciu latach był w powszechnym użyciu wszędzie. Pług prawdopodobnie został wymyślony przypadkiem przez chłopa złotą rączkę, który chciał tylko szybciej orać swoje pole i nawet mu przez myśl nie przeszło, że może na tym zarobić.

Jednak dopiero ochrona własności intelektualnej, umożliwiła przyspieszenie postępu. Dziś wynalazczością i szerzej – tworzeniem dóbr niematerialnych (więc i kulturą) zajmuje się bardzo wiele osób. Zwykle robią to z chęci zysku, ale nawet jeżeli nie, to mogą się tym zajmować tylko dlatego, że zapewnia im to byt. Likwidując wszelką ochronę własności intelektualnej, zatrzymamy się w rozwoju, bo ci ludzie przestaną wytwarzać dobra niematerialne. Zatrzymamy się również, zapewniając doskonałą ochronę własności, bo doskonała ochrona wymaga rygorystycznych ograniczeń dostępu oraz tworzy monopole. Patenty są często wykorzystywane nie do ochrony pomysłu, lecz do blokowania wprowadzenia go w życie. Stało się tak na przykład z kilkoma niezłymi rozwiązaniami dotyczącymi samochodów elektrycznych, których wdrożenie było nie w smak branży naftowej.

Weźmy lepszy przykład, dotyczący praktycznie każdego: kod genetyczny. Jakiś czas temu genetycy (a raczej prawnicy koncernów zatrudniających genetyków) wpadli na pomysł, by odkryte fragmenty DNA patentować. Niby dlaczego miałoby nas to obchodzić? Otóż zaczęłoby, gdyby właściciele patentów przeforsowali opłaty licencyjne od użytkowników, czyli wszystkich, za używanie ich „własności intelektualnej”. Niemożliwe do wprowadzenia? Wiele rzeczy wydawało się niemożliwych do wprowadzenia! Z drugiej strony, jeśli odkryte i dokładnie udokumentowane DNA każdego z nas spotka się z odpowiednio zaawansowaną technologią, to w świecie totalnej wolności kopiowania może skutkować klonowaniem ludzi o konkretnych cechach. Popuśćmy wodze fantazji. Czy gdybyś po powrocie z pracy spotkał samego Siebie w twoim domu i twoim fotelu, pijącego twoje piwo, drugi Ty właśnie wyjeżdżałby twoim samochodem z garażu, a trzeci szedł z twoją żoną… nadal byłbyś zwolennikiem tezy, że od kopiowania nikomu niczego nie ubywa?

Czemu dyskusja publiczna wokół praw autorskich nie może się odbywać na poziomie merytorycznym, bez kłamstw i półprawd? Nie mieszajmy moralności z utylitaryzmem, czy wręcz dulszczyzną. Jeżeli bronimy prawa do bezpłatnego pobierania plików, to bronimy jedynie własnej wygody, a nie wolności słowa. Z drugiej strony, jeżeli chcemy wprowadzić surowe kary za udostępnianie czy pobieranie plików, to nie bronimy praw twórców, tylko zabezpieczamy zyski wielkich koncernów medialnych. Jak już ustalimy, o czym właściwie mówimy, możemy zacząć się zastanawiać, co zrobić, by z jednej strony prawa twórców były chronione, a z drugiej nie zablokować wymiany idei w internecie.


Udostepnij
Glodne Slonce

24 Responses to “Czy od kopiowania nikomu niczego nie ubywa?”

  1. Andrzej Says:

    Trudno z Panem się nie zgodzić, Panie Autorze. :) Od jakiegoś czasu zastanawia mnie pewien pomysł: a co by się stało, gdyby pliki w internecie, np. książki, filmy, gry, muzykę udostępniali sami twórcy i pobierali za to jakąś symboliczną opłatę, powiedzmy 10 % wartości rynkowej. I oni by zyskiwali, a i potencjalni użytkownicy byliby zadowoleni za książkę płacąc 3 zł, a nie 30. Ale z drugiej strony, naszła mnie refleksja, że gdyby udostępniono je w Internecie i pozwalano ściągać, to w końcu znalazłby się ktoś taki, kto zrobiłby to samo, tzn. ściągnąłby plik i również by go udostępnił, tym razem albo za mniejszą kwotę, albo w ogóle za darmo.
    Czy można z tym walczyć. Można. Poprzez śledzenie. Ale w takim razie należałoby ukarać 90 % użytkowników komputerów w Polsce, bo większość z nas coś kiedyś ściągnęła.
    Pierwszy! :D

  2. Rafal Kosik Says:

    Udostępnianie plików z własnymi dziełami za „co łaska” w niewielkim stopniu udaje się na Zachodzie. Nie wierzę w to samo w Polsce, szczerze mówiąc. I nawet nie chodzi o to, że ktoś udostępni pliki ponownie, tylko że samym zainteresowanym nie będzie się chciało płacić. A poza tym podstawowym problemem jest dotarcie do „klienta”, a to bardzo trudno zrobić bez sieci dystrybucji. Drugi.

  3. Magd Says:

    Ja bym dorzuciła do rozważań parę kwestii w roli paliwa do myślenia.

    Jeśli w Polsce istniałby serwis typu Hulu/Netflix, abonamentowy, to bardzo chętnie opłacałabym stały abonament, żeby oglądać bieżące odcinki moich ulubionych seriali (bieżące - czyli te emitowane w US/UK, nie w Polsce).

    Dopóki ściąganie pirackich odcinków będzie tak wygodne - dwa kliknięcia na odpowiedniej stronie na odcinek, czasem trzy + wpisanie czegoś w wyszukiwarkę danego serwisu kilka godzin po emisji, a kupowanie legalne będzie oznaczało czekanie aż się dany sezon skończy + czekanie aż wyjdzie DVD + nadzieja, że dany serial będą wysyłać w ogóle do Polski z Amazonu (lub innego sklepu tego typu) + przepłacanie za wersje kolekcjonerskie, to nie ma co się dziwić, że ściąganie seriali kwitnie. Jakiś czas temu świetnie to podsumował oatmeal: http://theoatmeal.com/comics/game_of_thrones Niestety ani Hulu, ani Netflix nie sprzedają swoich usług do Polski, a mieliby pewnie wielu klientów, jeśli tylko abonament byłby dostosowany cenowo do naszych warunków, chętnie bym to opłacała zamiast normalnej kablówki.

    Z reguły najwięcej piracą ci, którzy pieniędzy nie mają za wiele. Czy oni by kupili daną książkę / serial czy poszliby na film do kina? Zapewne nie - zakładając, że nie spiracą danej pozycji - skorzystaliby z usług biblioteki, przeczytali po lekcjach w empiku albo wysępili od kolegi/koleżanki, który akurat na daną pozycję kasę uzbierał. Kasa do twórcy nie trafia tak czy inaczej. I teraz pytanie - czy lepiej, że taki pirat jeden z drugim obejrzy film czy przeczyta książkę i powie znajomym, że to fajne, idźcie przeczytać/obejrzeć, a przynajmniej część która się zainteresuje i kasę ma pójdzie i kupi ze źródeł legalnych, czy lepiej żeby łańcuszek się urwał na piracie, który nie spiraci, więc znajomi nie dostaną nie tyle informacji o książce, co dodatkowej zachęty, żeby ją kupić?

    A, i przy okazji - będą jakoś wkrótce legalne powergraphowe e-booki?

  4. agrafek Says:

    To wszystko nie jest aż tak proste.
    W przypadku “ukradł mi pomysł” ów pomysł rzeczywiście Ci przepada. Bo ktoś inny go wykorzystał i nie napiszesz już powieści o np. krasnoludach podróżujących w czasie, ponieważ niebacznie opowiedziałeś o tym zdradzieckiemu kumplowi przy piwie. On ma powieść, a Ty nie. Starta jest wyraźna.
    Jeżeli natomiast trzymałeś pomysł w tajemnicy i wydałeś “Krasnoludy w kosmosie”, a ktoś skopiował je, żeby sobie przeczytać, to Twoja strata mieście się tylko na poziomie zakładanych zysków ze sprzedaży książki.

    Żeby całą sprawę jeszcze zaciemnić i zaplątać, to robione co pewien czas badania wskazują, że “piraci” są tymi właśnie, którzy najczęściej kupują muzykę/filmy/książki/gry. Dlaczego? Dlatego, że apetyt rośnie często w miarę jedzenia, a “piracenie” wynika z głodu dóbr kultury. Mówiąc prosto - nie piraci ten, kogo i tak filmy itd. nie interesują, a ten, który piraci wyrabia sobie apetyt na więcej. I koniec końców, często zaczyna kupować. Oczywiście, nie wszystko - zwyczajnie nie stać go na kupowanie wszystkiego. Być może płaci za produkty swoich ulubionych twórców (których nie poznałby gdyby nie piractwo), albo kieruje się jakimś innym systemem. W każdym razie daje swoje pieniądze.

    Żeby było jeszcze trudniej przykłady takiego np. kickstartera pokazują, że ludzie chcą płacić. Firma Obsidian w ciągu miesiąca zebrała 4 miliony dolarów za produkt, nad którym dopiero zaczyna pracować. Ale ludzie (ja też) przesyłali jej kasę dlatego, że 1. mieli zaufanie do marki 2. wiedzieli, że płacą za grę, której kształt zależny będzie dzięki temu nie od księgowych firmy (jak 99,99% powstających obecnie gier), ale rzeczywiście od twórców gry. Przekonanie, że o jakości produktów popkultury decydują nie artyści i twórcy, ale właśnie “białe kołnierzyki” jest powszechne. A wielu odbiorców nie chce płacić za wciąż takie same gry.filmy/płyty. Ludzie chcieliby, aby pieniądze trafiały przede wszystkim do twórców, a nie do dystrybutorów jak to jest obecnie.

    “Ochrona własności intelektualnej” przepoczwarzyła się obecnie w nowotwór zagryzający rozwój technologii. Nie zdziwiłbym się, gdybym się dowiedział, że wielkie koncerny wydają obecnie więcej kasy na prawników toczących wojny patentowe, niż na naukowców. Ale jest jeszcze gorzej. Porozmawiaj z dowolnym pracownikiem naukowym/technicznym korpo. Znaczna część innowacyjnych projektów nie trafia do etapu realizacji, niemniej większość z nich jest patentowana i publikowana w wydawnictwach korpo, po to, by korpo mogło wyciągnąć te publikacje w razie, gdyby dany pomysł próbował wykorzystać ktoś inny (bo np. sam wpadł na podobny pomysł). Doszliśmy do momentu, w którym innowacyjne pomysły nie służą postępowi technologicznemu, ale zachowywane są jako amunicja w wojnie prawników.
    Gdyby pług, o którym piszesz, powstał dziś, szanse na to, że ów wynalazek się rozpowszechni byłyby minimalne. Gdyby “ochrona własności intelektualnej” w obecnej formie obowiązywała od zawsze, być może nie opuścilibyśmy jeszcze epoki kamiennej.

    Przykład z czechosłowacką Majką mam za nieco bałamutny. Rozwinięcie wizji “dyngdsów” znaleźć można w Star Trek z ich kompilatorami materii. Cały numer polega na tym, że dostęp do nich ma także Twój producent kufli, nie popada więc w ruinę, bo też może sobie skopiować co tylko zechce. Oczywiście, pytanie, czy dysponując taką technologią ludzkość nie popadnie w marazm i nie zdegeneruje, ale to inna sprawa. Twoja Majka może doprowadzić świat do ruiny tylko, kiedy zachowuje się jak kolonizator dystrybujący nowoczesną technologię w ograniczony sposób.

    No i koniec końców, wydaje mi się, że to nie piraci są dziś największym problemem twórców, ale ci, którzy odpowiadają za dystrybucję ich twórczości. Wysokie ceny dóbr kultury biorą się przecież z potrzeby rozrośniętego mechanizmu dystrybucji. Nowoczesne środki przekazu nie mogą się rozwinąć w wyniku wojen patentowych. Pamiętasz ten dowcip: “co to jest stu prawników utopionych pod mostem”?

  5. wmq Says:

    Zgadzam się z komentarzem powyżej. Czy jeżeli nie będę mógł pobrać z sieci muzyki jakiegoś artysty, to czy kupię jego album w ciemno? Wręcz przeciwnie, jeżeli pobiorę jakiś jego kawałek z sieci, to jest dużo większa szansa, że kupię album za realne pieniądze.
    Fragment jednego z komentarzy na http://antyweb.pl/absurdy-legalnej-i-nielegalnej-muzyki-w-internecie/:
    “(…) To przecież oczywiste, że ludzie młodzi (gimnazjum, szkoła średnia, studenci). Sądzisz, że gdyby nie mogli pobrać muzyki za darmo z sieci, to kupili by płyty? Wolne żarty.
    Popatrz na piractwo jak na pożyczkę długoterminową. Młodziak pobiera muzę z neta, jeżeli płyta jest dobra to w momencie, gdy będzie go stać (pójdzie do dobrej pracy) w końcu kupi oryginał.
    W większości takie gadki jak Ty opisują ludzie z paroma płytami na półce, które gdzieś tam kiedyś dostali. Wyobraź sobie, że są ludzie, którzy potrzebują kontaktu z kulturą na co dzień, nie tylko od święta. (…)”

    Polecam też przeczytanie tego artykułu:
    http://www.dobreprogramy.pl/A-jednak-piractwo-nie-zmniejsza-sprzedazy-muzyki,Aktualnosc,36791.html
    Jak się okazuje, to właśnie “piraci” przynoszą najwięcej zysku producentom, to oni wydają najwięcej realnej kasy!

    I jeszcze odnośnie tematu, przykład filmu, który uzyskał prawdziwy sukces komercyjny dopiero po “spiraceniu” go w sieci:
    http://webhosting.pl/Ink.piractwo.umozliwilo.sukces.filmu.nieznanych.producentow

  6. wmq Says:

    btw mój komentarz odnosił się do komentarza użytkownika “Magd”, w czasie pisania “agrafek” dodał kolejny komentarz :)

  7. Anonimek Says:

    Uważam, że jednym z najbardziej sprzyjających piractwu działań jest wprowadzanie zabezpieczeń… przeciw piratom. Przykładowo - po grę komputerową idziemy do sklepu, wkładamy do napędu, instalujemy. I już gramy? Skąd! Musimy przejść przez szereg dziwnych wymysłów anty-pirackich, do tego często jest tak, że trzeba być stale podłączonym do internetu, mieć płytę w napędzie. A właśnie piraci mają łatwiej. Po instalacji gry wgrywają cracka, i tyle. Niektórzy do LEGALNEJ gry używają takiego cracka, bo jest po prostu wygodniej.

    To tylko jeden przykład. W każdym razie chodzi o to, żeby z piractwem walczyć przez obniżanie cen i wygodną konsumpcję produktu. Metody stosowane obecnie wcale nie zwalczają piractwa.

  8. Zegarmistrz Says:

    A co z bibliotekami i pożyczaniem książek, filmów i gier znajomym? Czy to także zabija rynek? Nie wydaje mi się, jak powiedziała (?) Magd, przeczytam coś pożyczonego, spodoba mi się, polecę innym, kupię kolejne dzieła tego twórcy. Pojadę na koncert, zamówię t-shirt czy podkładkę pod mysz.

    Czy internet nie jest jedną wielką, póki co nielegalną, biblioteką? Państwo wydaje pieniądze podatników na utrzymanie pracowników, na wyposażenie regałów z książkami, po to, by kultura była jak najszerzej dostępna. Im więcej pieniędzy się wyda, tym rzekomo lepiej, prawda? Więcej ludzie będzie miało do niej dostęp, to jest warte tych pieniędzy. Ale czy istnieje jakaś granica? Czy może być za dużo ludzi mających dostęp do książek i filmów? Czyli wydajemy jak najwięcej pieniędzy na rozpowszechnianie sztuki, rozwój społeczeństwa, ale jednak nie za dużo, by reszta kupowała i nakręcała biznes?

    Ludzie naprawdę chcą kupować, płacić twórcom za coś, co im się spodobało. Ale w większości są to właśnie ludzie, którzy dużo kupują, ale jeszcze więcej “kradną”. Tacy, którzy konsumują najwięcej kultury będą dopiero świadomi, że płacąc, wspierają twórcę. Będą wiedzieli, dlaczego ebooki nie są za darmo. Tutaj bardzo ciekawe badanie:
    http://obiegikultury.centrumcyfrowe.pl/mashup/

    A ograniczenie piractwa wydaje się niemożliwe w obecnych czasach. W czasach, kiedy Pirate Bay nie przechowuje plików torrent, a jedynie tak zwane magnet linki będące hashem jednoznacznie identyfikującym dany plik niezależnie od trackera, kiedy serwis nie ma jednego serwera a wszystko znajduje się gdzieś w chmurze, w wielu różnych, nie do końca wiadomo gdzie, kiedy część użytkowników nawet pamięta jego ip, w razie zablokowania dnsów. W reszcie w czasach, kiedy serwis ten chce wysłać satelitę, by uniezależnić się od innych. Żyjemy w czasach, w których za bitcoiny można zamówić najpaskudniejsze narkotyki, broń palną i ostrą amunicję, gdzie przez TORa pedofile wymieniają się wrażeniami i zdjęciami czy nawet filmami ze swoich przestępstw… Takie okropieństwa istnieją i władze nie potrafią sobie z tym poradzić. Z technicznego punktu widzenia nie wyobrażam sobie skutecznego sposobu walki z piractwem.

    O wiele lepszą i skuteczniejszą metodą jest edukacja. Uświadamianie społeczeństwa. Coraz więcej widzę w internecie miejsc, w których można podzielić się z autorem przysłowiową złotówką. I coraz częściej mam ochotę to zrobić. Ten ignorant i tak nie zapłaci, więc mamy go pozbawiać dostępu do kultury? Nie, lepiej sprawić, by przestał być ignorantem.

    Co do ebooków Powergraphu, znalazłem to:
    http://woblink.com/katalog-ebooki?query=kosik
    Ale jakoś dziwnie wygląda…

    PS
    Ukradłem Verticala. Dość krótki czas po jego premierze, znając tylko Felixa, Neta i Nikę, chciałem przeczytać coś “dorosłego”. Więc wpisałem w wyszukiwarkę, zdziwiłem się, że jest do ściągnięcia i ściągnąłem. Przeczytałem, a teraz na półce obok wszystkich Felixów mam też Marsa, Kameleona, miejsce na Różaniec, jak już w końcu wyjdzie… I na Verticala, którego w końcu może kupię, bo coraz to pojawiają się inne wydatki.

  9. Magd Says:

    Zabezpieczenia DRM dla e-booków są również koszmarem - Kindle, najpopularniejszy chyba czytnik w Polsce, nie obsługuje DRM od Adobe, który to z kolei system zabezpieczeń jest kochany u nas przez wydawnictwa… konia z rzędem temu, kto mnie nauczy ściągania DRM z pdf-ów, żebym mogła czytać legalnie kupione publikacje na Kindle. Dochodzi do prawnego absurdu - żeby dobrać się do treści zabezpieczonych jakimś systemem, za który zapłaciło się pieniądze, trzeba łamać prawo i łamać te zabezpieczenia… Jasne, można czytać te pdf-y w ADE, ale nie po to człowiek ma czytnik, żeby czytał e-booki z ekranu komputera, korzystając z beznadziejnego programu.

    Filmy/seriale na DVD posiadają nieprzewijalne reklamy, nieprzewijalne plansze antypirackie - dziwić się ludziom, że wolą ściągnąć to samo z sieci, skoro pliki w sieci są pozbawione wszelkich plansz antypirackich, reklam - czysta żywa treść?

    Niech sobie wydawcy zabezpieczają te pliki - tylko dlaczego musi to się wiązać z utrudnianiem życia użytkownikowi, który po prostu chce przeczytać książkę/obejrzeć film?

  10. Zegarmistrz Says:

    Aha, zapomniałęm o Obywatelu, który się zawiesił…. Też go kupiłem i to dwa egzemplarze. Jeden dla siebie, drugi dla kolegi na urodziny.

  11. Magd Says:

    @Zegarmistrz:

    A?, epub-drm. No to dziękuję, nie kupię. Patrz wyżej, wpis o DRM właśnie. Nie bawi mnie nielegalne zdejmowanie zabezpieczeń, żeby przeczytać legalnie kupioną książkę, utrudnianie życia i strata czasu.

    Felixy akurat stoją na półce w papierze i dalej wolę papier, choćby dlatego, że ładnie wyglądają na półce jako seria. Ale chętnie za to bym przygarnęła Herosów na przykład, albo Obywatela…, albo zapowiadane książki Ani Kańtoch - ale przygotowane w mobi lub epub ze znakiem wodnym, nie z DRM.

  12. Dziobal Says:

    Zeg, nie porównuj netu do bibliotek. Te wypożyczają tak mało, że można je pominąć w rachunkach.

    Co się tyczy tematu:
    1.) To, czy artysta traci, nie jest wcale tak oczywiste. Jeśli pirat czegoś nie ściągnie, to prawdopodobnie też nie kupi, bo gomzwyczajnie nie stać. Można tu mówić o tym, jak moralne jest ściąganie, ale powoływanie się na straty to chybiony pomysł.

    2.) e-book kosztuje 30zl, paperback 34,90. Co jest grane? Serio wrzucenie na serwer tych 2MB kosztuje tyle, że niemalże taniej wychodzi płacenie drukarni dostawcy dystrybutorowi księgarni magazynierom i całej reszcie łańcuszka pomiędzy Twórcą a Odbiorcą?

    3.) W Stanach, z tego co czytałem w dość rzetelnym źródle (Scientific American) zyski ze sprzedaży pozycji rosną, kiedy można ją też pobrać za darmo.

    4.) Czy tylko ja mam wrażenie, że składacze e-książek nie wiedzą co robią? Chciałem kiedyś kupić MacCarthyego. Zrezygnowałem na rzecz pirata. Przynajmniej dało się to czytać.

    I jeszcze jedno: ktoś mnie ostatnio skarcił za posiadanie Dukaja na kindlu. Pirackiego.
    Nie wiem, nie mogę dojść dlaczego. Mam go w całości niemal na papierze, kpuję te hardcovery po 60 zł, bo wyglądają oblędnie, a tego pisarza cenię jak mało którego. Ale tak to jest, że są to książki piękne właśnie i chcę, żeby takie pozostały. Więc nie wożę tych cegieł w plecaku. Wchodzę na chomika, ściągam, zgrywam na czytnik i wsiadam do pociągu. Tam mogę przeskakiwać między pozycjami, zaznaczać highlighty do matury czy robić notatki. I doprawdy nie rozumiem, czemu Pan Dukaj (czy ktokolwiek inny) miałby się na mnie obrazić z tego powodu. Że nie płacę dwa razy za tę samą książkę, kupując tez oficjalnego e-book’a?

  13. Rafal Kosik Says:

    Wszyscy macie rację. Zabezpieczeń typu DRM też nie lubię. Niedawno kupiłem całkiem legalnie pewną grę komputerową i po zainstalowaniu na jednym komputerze okazało się, że nie da się w nią pograć. Chciałem więc zainstalować na drugim i wtedy wyskoczyła informacja, że sorry już się nie da. No to sobie nie pograłem.

    Wojny patentowe również mnie brzydzą i ostatnio mam kolejny powód, by nie lubić firmy Apple. Na ich tle Microsoft jawi się niemal jako organizacja charytatywna.

    E-booki będą dostępne w wersji z watermarkiem nie DRM-em. Powinniśmy się z tym uporać do końca roku.

    W następnym numerze NF-a będzie mój felieton, gdzie m.in. piszę o temacie łatwej dostępności legalnych plików jako zachęcie do niepiracenia.

  14. Jaden Says:

    @Magd - też ubolewam nad niedostępnością wielu treści (np. seriali amerykańskich i brytyjskich) w Polsce. Reklamy na DVD są upierdliwe, chociaż akurat odtwarzając na komputerze można je pominąć. Póki co ceny DVD/BR są takie, że też nie życzyłbym sobie dorzucania tam reklam, chociaż rozumiem tę politykę.

    Natomiast sądzę, że dobrym rozwiązaniem w kwestii byłoby udostępnianie ich na stronie stacji telewizyjnych wraz z reklamami, których nie można ominąć. Takie rozwiązania są już w USA, szkoda tylko że reszta świata widzi zazwyczaj coś w stylu: “Treść jest niedostępna w twoim regionie.” Chętnie oglądałbym w ten sposób seriale, nawet z mikroopłatami na odpowiednim poziomie, bo raz że płaciłbym twórcą za ich produkt, a dwa zwiększyłoby to znacznie wyniki oglądalności wielu produkcji, które są przedwcześnie kasowane ze względu na niskie wyniki właśnie.

    Sam jestem w stanie wymienić kilka dóbr kultury, które zdarzyło mi się “pozyskać inną drogą”, tylko po to, żeby potem kupić film/płytę i to nierzadko ściągając je z zagranicy, z powodu niższej ceny lub niedostępności produktu w Polsce. Zresztą wiele wydawnictw gier/płyt już zauważyło, że zapewniając świetną jakość swojego produktu można zachęcić “piratów” do kupienia oryginału. CD Projekt RED wydał drugiego Wiedźmina bez DRM, a w wersji na Xbox 360 za cenę samej gry, można było kupić naprawdę wypasioną wersję kolekcjonerską z masą dodatków.

    Wydaje mi się więc, że przemyślenie (uproszczenie) sieci dystrybucji i dostosowanie cen do treści może dużo zdziałać w kwestii pozyskania klientów ze strefy nielegalnej. Bo na całkowitą likwidację piractwa nie ma co liczyć.

  15. Felix Says:

    Na szczescie istnieja pragramy do lamania DRM z ebookow. Na szczescie jeszcze nie musialem korzystac, bo duzo ksiazek elektronicznych jest bez DRM.
    Troche denerwuje mnie format mobi na kindle, ale na szczescie jego coraz wiecej.
    Istnieja juz z 2 serwisy self-publishingowe, gdzie placimy autorowi dowolna kwote za jego dzielo.

  16. Felix Says:

    Ech, powtorzylem sie…

  17. flamenco108 Says:

    Agrafek mnóstwo bardzo powiedział, co chciałem rzec. Generalnie, podobnie jak to miało miejsce w dawnych czasach, znowu postęp techniczny zmienia uwarunkowania rynkowe. Chwilowo jeszcze nie wiadomo, co z tego wyniknie - z jednej strony mamy tonące w forsie kancelarie prawne zatrudnione do wojen patentowych i kurczowej obrony przed najmniejszym śladem piractwa, z drugiej Pirate Bay i kolesiów, którzy zarabiają na cudzej twórczości niejako mimochodem upowszechniania jakiejś ideologii.

    Twój wywód miał dwa słabe punkty. Agrafek wyśmiał jeden, więc nie będę powtarzał: analogia z Majką z dalekich gwiazd i producentem kufli była słabiutka, wstydź się. Punkt drugi to sam początek: twórca publikuje coś w sieci i oczekuje za to zapłaty. To zdanie jest słabe logicznie, bo publikacja w sieci, jeśli już szukamy analogii, przypomina położenie tego pośrodku ruchliwego placu i pójście sobie gdzieś, skąd będzie dobry widok na to, kto, jak i kiedy spróbuje to porwać nie szukając wcześniej właściciela, żeby mu zapłacić. Oczywiście, chwalebne jest liczyć na uczciwość przechodniów, ale praktyka pokazuje, że różnie z tym bywa.

    Zatem powinniśmy oczekiwać, że technika, która obala stary porządek, pomoże zbudować nowy. Nie będzie on rewolucyjnie inny od poprzedniego, ale trochę różnić się będzie. Po cichu liczę na wyeliminowanie drogich pośredników - portale agregujące inteligentnie autorów dzieł, które statystycznie rzecz biorąc mogłyby mi się podobać (vide takie coś na Biblionetce), zarabiać mogą na wiele sposobów nie pobierając ode mnie opłaty za dokonane komputacje. Autorzy będą serwować swoją twórczość za mikropłatności, których dokonanie będzie tak proste, że aż trzeba będzie uważać, żeby jej nie dokonać - kliknięcie w “Pobierz” automagicznie naliczy niewielką, ale jednak opłatę. Wszystko to będzie obudowane różnymi programami, jedne będą ściągać forsę z frajerów (nieświadome lub półświadome kliknięcia), inne przeciwnie - chronić. Gra toczyć się będzie dalej, ale tylko pod warunkiem, że będzie o co.

    Zwracam Ci uwagę, że równocześnie obserwujemy powstanie kolejnej warstwy usług niezbędnych do działania w społeczeństwie - podobnie jak współcześnie banki są nie tylko prywatnymi przedsiębiorstwami, ale niejako krwią społeczeństwa, przez co cieszą się specjalnymi przywilejami ze strony rządów, tak informatyka przez takie korpo jak Małymiętki dąży do uzyskania analogicznej pozycji. Związek tych dwóch sił wygeneruje nową maszynkę do robienia pieniędzy na nas - ale musi być za co płacić. Zatem nie martw się. Będzie dobrze. Pamiętaj, że Małymiętki wielką część swojej potęgi zawdzięcza tym, których rzekomo tak nie lubi: piratom!

  18. Telchar Says:

    http://torrentfreak.com/file-sharers-buy-30-more-music-than-non-p2p-peers-121015/

    I tyle w temacie.

  19. szary Says:

    Zgadzam się z główną tezą tego felietonu:
    “Do jednego worka wrzucamy wiele różnych zjawisk i dzięki temu każdy czuje że ma rację”.

    To ja chciałbym wyekstrahować jeden z aspektów “ochrony wartości intelektualnej”. Chodzi mi o to, że w wielu przypadkach kupując jakiś produkt np Iphone, konsolę do gier itp okazuje się, że nie jestem do końca jej właścicielem. Producent zastrzega sobie prawo do zepsucia (zablokowania) mi tego urządzenia jeżeli będę go używał niezgodnie z przeznaczeniem. I to jest coś, z czym nie mogę się zgodzić. Jeżeli już wydałem tyle pieniędzy to mogę sobie tym urządzeniem siekać kapustę.

    Druga cegiełka to idea biblioteki publicznej.

  20. Werrnerr Says:

    @flamenco108, co Ci nie pasuje w przykładzie z kuflami? IMHO bardzo trafny. Gdyby piractwo wzorów kufli miało się przyczynić do wzrostu zainteresowania konsumpcją piwa jako nowością kulturową, to miałbyś rację. W felietonie mamy do czynienia (domyślnie) z sytuacją, gdzie wszyscy wiedzą, że piwo pije się z kufli. Czyli nie masz racji.

  21. Jeżyk Says:

    Nie myślał Pan kiedyś o napisaniu artykułu nt. teorii spiskowych?

  22. Rafal Kosik Says:

    Nawet zacząłem go pisać, w kontekście Smoleńska oczywiście, ale jakoś mi przeszła ochota koło drugiego akapitu.

  23. Jeżyk Says:

    :(
    A akurat jestem bardzo ciekawe Pańskiego zdania w tej kwestii.
    To może chociaż miniaturę w komentarzach Pan da?

    P.S. odechciało się Panu pisać samo z siebie, czy też na myśl o tym, co będzie się działo po publikacji?

  24. Jeżyk Says:

    To może chociaż o Marszu Niepodległości?
    I policyjnych prowokacjach?
    Bo jak dla mnie to TVN manipuluje nie pokazując pięknych obrazów z marszu tylko prowokatorów (policyjnych…?)

Leave a Reply

Przed wyslaniem komentarza na wszelki wypadek skopiuj jego tresc do clipboardu (CTRL+A CTRL+C). Jesli cos sie rypsnie i komentarz pojdzie w kosmos, bedziesz mogl sprobowac ponownie (CTRL+V).